„Rambo: Ostatnia krew” to najlepsza komedia ostatnich miesięcy. Ten film nie powinien w ogóle powstać

Recenzja/Film 20.09.2019
Nasza ocena:
„Rambo: Ostatnia krew” to najlepsza komedia ostatnich miesięcy. Ten film nie powinien w ogóle powstać

„Rambo: Ostatnia krew” to najlepsza komedia ostatnich miesięcy. Ten film nie powinien w ogóle powstać

Pozwolę sobie na osobisty apel do Sylvestra Stallone’a – proszę, nie, błagam, niech pan pozwoli już odejść Johnowi Rambo w spokoju. To, co z tą serią wyprawia „Rambo: Ostatnia krew”, jest po prostu smutne.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Nie żeby „Rambo” był jakąś wielce wybitną serią w historii kina. Znam lepsze. Aczkolwiek filmowe przygody Johna Rambo zaczęły się nadzwyczaj dobrze. Pamiętam, że ja sam poznałem tę postać najpierw poprzez film animowany nagrany na kasecie wideo, a następnie obejrzałem w telewizji „Rambo II”. Miałem więc obraz tej postaci jako bohatera kina akcji pełną gębą. I to takiego klasycznego action hero – z gołą klatą, opaską na czole i karabinem w dłoni.

Jakiś czas później zabrałem się za pierwszego „Rambo” i ku mojemu pozytywnemu zdziwieniu był to kompletnie inny film od swoich następców. Pierwszy „Rambo” to na dobrą sprawę psychologiczny dramat wietnamski, mierzący się z tematem powojennej traumy i prób odnalezienia się w normalnym życiu po powrocie z frontu. Dopiero kolejne części zmieniły się w pełnoprawne kino akcji nastawione głównie na strzelaniny i setki trupów.

I kiedy świat już powoli zaczął zapominać o Johnie Rambo na początku XXI wieku, Sylvester Stallone własnoręcznie wyreżyserował czwartą odsłonę serii, o wiele bardziej mroczną, surową i piekielnie brutalną. Do tego stopnia, że film spokojnie plasował się w kategorii kina gore. Już wtedy można było uznać, że jest to powrót nie tylko nieudany, ale i kompletnie niepotrzebny. Cofam jednak tę opinię, gdyż po seansie „Rambo: Ostatnia krew” absolutnie jestem pewien, że on bardziej na nią zasługuje.

Ten film jest potwornie zły! I to tak naprawdę potwornie. Jeśli dotąd uważaliście, że „Rambo III” jest fatalnym filmem, to po „Ostatniej krwi” diametralnie zmienicie zdanie.

Od czego by tu zacząć… Fabuła. Cóż, ona w tej serii nigdy nie była najważniejsza, ale dotąd przynajmniej jako tako trzymała się kupy i można ją było uznać za przyzwoity pretekst do pokazywania scen akcji. W „Rambo: Ostatnia krew” scenariusz i fabuła to luźno pojmowane koncepty. Ich praktycznie nie ma.

Jest ogólny zarys historii – starzejący się John Rambo żyje sobie na farmie razem z siostrzenicą Gabrielle i jej babcią. Nękają go nadal wizje przeszłości, jednak stara się trzymać je w ryzach. Pewnego dnia Gabrielle postanawia, wbrew ostrzeżeniom wujka Rambo, pojechać do Meksyku, by skonfrontować się ze swoim ojcem, który zostawił ją, gdy była małym dzieckiem. Podczas tej wyprawy zostaje jednak porwana przez handlujących kobietami przedstawicieli meksykańskiego kartelu.

Wierzcie mi, ten opis fabuły brzmi sto razy lepiej w formie pisanej niż na ekranie. Całość jest tak marnie i amatorsko poprowadzona przez reżysera (Adrian Grunberg – nie zapamiętujcie nawet tego nazwiska), że już od pierwszych chwil poczujecie przeszywające fale zażenowania.

Poszczególne wątki są na tyle banalnie rozpisane i poskładane, że aż zastanawiam się, czy przypadkiem nie były improwizowane. Z kiepskim skutkiem. Napięcia nie ma tu w ogóle. I to pomimo faktu, że film zaczyna się od kuriozalnej, szaleńczej i tandetnej sekwencji wielkiej ulewy w lesie, podczas której Rambo próbuje ratować miejscowych. Nie mija minuta od początku seansu, a dostajemy potężny potop rodem z kina katastroficznego. Czy muszę nadmieniać, że ze względu na mały budżet ów potop wygląda żałośnie tanio?

Dialogi w „Rambo: Ostatnia krew” są tak kwadratowe, naiwne, dziecinne i pozbawione jakiejkolwiek naturalności, że sprawiają wrażenie, jakby konsultantem scenariusza był Tommy Wiseau.

Dawno już nie miałem styczności z czymś tak kiepskim. Gwarantuję, że będziecie mieli z nich niezły ubaw. O ile potraficie się śmiać z tego typu nieudolności. Ja chwilami musiałem się szczypać w rękę, bo nie chciało mi się wierzyć, że oglądam to wszystko naprawdę.

Jak wspominałem na początku, „Rambo” – jako seria – nigdy nie należał do wybitnych przedstawicieli sztuki filmowej. Nie oczekuję po tych filmach dialogów na miarę Woody’ego Allena, głębi dzieł Bergmana, kunsztu Kurosawy czy geniuszu Kubricka. Ale to, co przyjdzie wam oglądać podczas seansu „Rambo: Ostatnia krew”, to poziom rynsztokowy.

Fabuła to zbiór luźnych wytycznych prowadzących do tego, by Rambo ponownie sięgnął po nóż, łuk i karabin.

Da się jednak tego typu umowną historię rozpisać tak, że nie czuje się potrzeby zgrzytania zębami i padania ze śmiechu, dowodem na to niech będzie choćby seria „John Wick”. Twórcy „Ostatniej krwi” uznali jednak, że Rambo to na tyle legendarna postać, że właściwie nie musi się przejmować jakimkolwiek skryptem.

No więc historia tak sobie płynie samoczynnie – Rambo kocha swoją nastoletnią siostrzenicę, ta nie widzi nic złego, by samotnie wyruszyć do Meksyku (musi to zrobić koniecznie teraz!) i szwendać się po tamtejszych klubach nocnych. Wujek rusza jej z pomocą, dostaje w kość, ale podnosi się, leczy rany i odpłaca kartelowi z nawiązką. Ja wiem, że to są stare schematy kina zemsty, ale naprawdę nie oznacza to, że nie można było ich rozpisać tak, by były choć trochę angażujące dla widza.

Od strony formalnej „Ostatnia krew” również prezentuje poziom najniższej klasy. Chaotyczna praca kamery, przedziwne zbliżenia na twarze bohaterów (lico Stallone’a z bliska to nie jest miły dla oka widok na dużym ekranie), kiepskie ujęcia podczas scen strzelanin. Amatorszczyzną bije na kilometr.

Do tego nad całym filmem unosi się bardzo nieprzyjemna, wręcz odpychająca aura przemocy, smutku, brutalności (nadmiernej), surowości, gdzieś na styku mrocznego thrillera, a nawet horroru.

Przedziwna to mieszanka, w dodatku przyprawiona mizoginistycznym i rasistowskim sosem. Nie czuć też w tym filmie przynależności do uniwersum „Rambo”. To kompletnie inne kino niż wszystkie poprzednie odsłony. Nie mam poczucia ciągłości ani wrażenia, że John Rambo z „Ostatniej krwi” to starsza wersja tej postaci z „Pierwszej krwi”. Chwilami miałem wrażenie, że to smutna karykatura bądź wręcz parodia.

Pomiędzy częścią pierwszą a piątą jest wielka przepaść, nie tylko jakościowa, ale też formalna – to zupełnie inne filmy, zarówno jeśli chodzi o sposób filmowania (odstęp czasowy nie ma tu na dobrą sprawę aż tak dużego znaczenia) jak i podejmowane wątki. „Ostatnia krew” przypomina raczej tanią (i niezamierzenie zabawną) wersję kina zemsty, którego bohater tylko przypadkiem nazywa się tak samo jak heros akcji z lat 80.

Nie piszę tego wszystkiego z satysfakcją. Choć nie miałem zbyt dużych oczekiwań, to jednak John Rambo był niegdyś jedną z ulubionych postaci mojego dzieciństwa. Tak więc mimo wszystko smutno mi patrzeć na to, co żądni pieniędzy producenci zrobili z tą postacią, tylko po to, by ją raz jeszcze zaciągnąć na duży ekran.

Ponawiam prośbę – pozwólcie Johnowi w końcu odpocząć na zasłużonej emeryturze. Naprawdę już wystarczy.

Jeśli macie dobre wspomnienia związane z serią „Rambo”, to szczerze doradzam, aby sobie ich nie psuć seansem piątej odsłony. Ja stawiam ten film w czołówce najgorszych produkcji XXI wieku.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (65)

Advertisement

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...