Lana Del Rey i jej epitafium dla amerykańskiego snu – recenzja albumu „Norman Fucking Rockwell”

Recenzja/Muzyka 30.08.2019
Nasza ocena:
Lana Del Rey i jej epitafium dla amerykańskiego snu – recenzja albumu „Norman Fucking Rockwell”

Lana Del Rey i jej epitafium dla amerykańskiego snu – recenzja albumu „Norman Fucking Rockwell”

Szósty studyjny album Lany Del Rey nie przynosi zbyt wielu rewolucji, natomiast jej oddani fani zapewne będą zachwyceni. “Norman Fucking Rockwell” to najbardziej popowy krążek z poezją śpiewaną XXI wieku.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Sam tytuł najnowszego albumu Lany Del Rey można odczytywać na wiele sposobów. Kawałek tytułowy dla przykładu jest m.in. opowieścią o homoseksualnej miłości pomiędzy dwoma mężczyznami – Normanem i Rockwellem. Ta głębsza interpretacja jednak wiedzie nas w sam środek amerykańskiej popkultury. Norman Rockwell to bowiem także imię i nazwisko słynnego za wielką wodą malarza i ilustratora, który swoimi pracami kultywował baśniowy, sentymentalny mit amerykańskiego życia. I choć krytycy zarzucali mu banalizację i sentymentalizację sztuki, to jednak mało kto miał równie wielki wpływ na odmalowywanie wyobraźni Amerykanów i ich samopoczucia.

Tytuł krążka Lany Del Rey wcale nie jest jednak ani specjalnie ironiczny, ani krytyczny pod adresem Rockwella.

Artystka, swoim delikatnie chropowatym i aksamitnie zadziornym głosem, wyśpiewuje epitafium za światem, którego już nie ma.

Światem, który zaczął się kończyć w momencie, gdy Lana Del Rey przyszła na świat. „Norman Fucking Roswell” jest więc, co chyba nie powinno być szokiem dla znawców twórczości wokalistki, albumem przepełnionym  smutkiem, nostalgią, zadumą, oniryczną atmosferą, która mogłaby stanowić ścieżkę dźwiękową do filmu Davida Lyncha.

Del Rey w warstwie czysto muzycznej odwołuje się też do klasyki popu z lat 50. i 60., zapuszcza się w klimaty soft psychodelii. Daje to nam jej absolutnie najmniej komercyjne wydawnictwo. Zresztą nie trzeba długo szukać najlepszego przykładu, jak ambitnie artystka podeszła do nagrywania „Norman Fucking Rockwell”. Wystarczy wspomnieć o kapitalnym kawałku Venice Bitch, który trwa prawie 10 minut i płynnie przechodzi od nostalgicznych, spokojnych dźwięków do ciekawych psychodelicznych pasaży, by następnie skierować się w stronę soft-rockowego hymnu z użyciem gitar elektrycznych i syntezatorów. Kapitalny kawałek.

Na “Norman Fucking Rockwell” dominuje spokojna, nieśpieszna rytmika. Del Rey jak mało kto potrafi łączyć ze sobą smutek z pięknem, optymizm z melancholią, opowiadać o pięknych uczuciach, jednocześnie nie szczędząc słuchaczom gorzkich i przykrych momentów z nimi powiązanych.

W zamykającym album utworze wokalistka śpiewa: „Nie pytaj czy jestem szczęśliwa. Wiesz, że nie jestem. Ale w najlepszym wypadku, można powiedzieć, że nie jestem smutna”.

Czyż to nie jest swoisty mini-manifest, nie tylko twórczości Lany Del Rey, ale i całego pokolenia milenialsów, do których śpiewa? Del Rey jest niczym muzyczny ekwiwalent powieści Charlotte Bronte. To Fiona Apple i Tori Amos XXI wieku skrzyżowana ze Stevie Nicks po solidnej dawce Relanium. Spoglądając na nią przez ten pryzmat można ją traktować jako poetkę, która dostarcza fanom kolejny tomik swoich przemyśleń. A oni oczywiście na ów tomik czekają. Zastanawiam się tylko, co z resztą słuchaczy.

Już po wydaniu swojego pierwszego albumu Lana Del Rey stwierdziła, że „powiedziała już wszystko co miała do powiedzenia”. I jak na razie każdym kolejnym krążkiem tylko to potwierdza. Jej muzyczne poszukiwania są oczywiście momentami ciekawe, natomiast całościowo na „Norman Fucking Rockwell” nie znajdziemy niczego nowego względem jej poprzednich dokonań.

O ile jeszcze poprzednia płyta, „Lust for Life” była pewnym krokiem naprzód (była to zdecydowanie najbardziej komercyjna, wręcz taneczna płyta popowa), tak jej najnowsze dzieło to powrót do starych i sprawdzonych rozwiązań. W dodatku słuchana jako całość szybko staje się monotonna, a poszczególne otwory wydają się do siebie podobne, tak jakby to był po prostu jeden bardzo długi kawałek. Zdecydowanie „Norman Fucking Rockwell” zyskuje, gdy słuchamy go we fragmentach. Trudno też w nim znaleźć jakiś szczególnie wyróżniający się utwór, taki który od razu zapadłby w pamięć.

Jeśli jednak jesteście w melancholijnym nastroju i chcecie się nim upajać, to Lana Del Rey w tym względzie jest niezawodna.

Jej zmysłowy głos, delikatne aranżacje rodem z zadymionego klubu muzycznego, przyjemne dla ucha melodie i atmosfera jak z mglistego snu powinny was utulić w wygodnym kożuchu z marzeń jeszcze przed nadejściem kalendarzowej jesieni.

lana del rey norman fucking rockwell recenzja

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (2)

156 odpowiedzi na “Lana Del Rey i jej epitafium dla amerykańskiego snu – recenzja albumu „Norman Fucking Rockwell””

  1. Tylko się nie zgodzę z tym, że nie ma żadnego wyróżniające się utworu, bo “Fuck it, I love you” śniło mi się ze swoją melodią i bridgem nawet w nocy, mimo kilkudziesięciu przesłuchań od premiery.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...