„Świat w ogniu” mógłby być hitem w 1993 roku – recenzja

Recenzja/Film 23.08.2019
Nasza ocena:
„Świat w ogniu” mógłby być hitem w 1993 roku – recenzja

„Świat w ogniu” mógłby być hitem w 1993 roku – recenzja

Niezniszczalny i niezatapialny Gerard Butler, którego kariera jest dla mnie jedną z największych zagadek stulecia, powraca po raz trzeci jako Mike Banning, ochroniarz prezydenta USA, który zostaje wrobiony w zdradę stanu.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Fajnie jest być Gerardem Butlerem. Facet przez ponad dekadę odcina kupony od sukcesu filmu „300”, grając ciągle na tej samej minie i w większości praktycznie te same postaci twardzieli, którzy ratują dzień. Czym grany przez niego w „Świecie w ogniu” Mike Banning różni się od jego wcześniejszych ról to dla mnie zbyt zniuansowana kwestia, bym był w stanie poddać ją rzeczowej wiwisekcji.

Mimo wszystko to właśnie Banning zyskał sobie największa sympatię zarówno samego aktora, jak i widzów (ciekawe czy chociaż oni go jakoś odróżniają od innych).

Dowodzi tego fakt, że oglądamy już trzeci film z jego przygodami. Po „Olimpie w ogniu” i „Londynie w ogniu” przyszedł czas na „Świat w ogniu” (ciekawe czy czwarta odsłona będzie nosić tytuł „Kosmos w ogniu”).

W trzeciej odsłonie twórcy postanowili w końcu nadać Banningowi ludzki rys. Bohater cierpi na mocne nerwobóle, migreny, ma kłopoty z kręgami. Nie jest to nieskazitelny heros. Przynajmniej fizycznie, bo emocje nadal trudno wyczytać z jego twarzy. Banning jednak nosi się z zamiarem przejścia na emeryturę. Zbiera się nawet, by powiedzieć o tym prezydentowi Trumballowi (Morgan Freeman), ale mniej więcej w tym samym momencie zostaje przeprowadzony zamach na życie głowy państwa. Stado śmiercionośnych dronów atakuje z powietrza prezydenta USA i jego ochroniarzy. Tylko Trumball i Banning uchodzą z życiem. Z jasnych względów Banning staje się głównym podejrzanym. Tym bardziej, że na miejscu zdarzenia FBI znajduje masę poszlak i śladów wskazujących na udział w tym wszystkim głównego bohatera, który staje przed zadaniem udowodnienia swojej niewinności.

„Świat w ogniu”, jak możecie wyczytać z powyższego opisu fabuły, nie prezentuje nic specjalnie odkrywczego.

Film poskładany jest ze znanych nam wszystkich schematów i motywów, które przewijają się w kinie sensacyjnym oraz akcyjniakach od dekad. Trochę tu „Ściganego” w wersji light, trochę „Szklanej pułapki”, „Rambo” czy seriali „24 godziny”. Jeśli widzieliście w życiu choćby ze trzy solidne filmy akcji, to „Świat w ogniu” okaże się dla was przewidywalną rozrywką. Niemalże od razu domyślicie się kto stoi za całą intrygą, wszelkie zwroty akcji raczej nie wywołają w was zaskoczenia czy żywej reakcji. Wydaje mi się wręcz, że twórcy są tego świadomi do pewnego stopnia i nie próbują zbytnio zbudować wokół całej intrygi aury ogromnej tajemnicy.

Nie spodziewajcie się też jakichś wymyślnych czy przełomowych scen akcji. To nie wypieszczone wizualnie pełne pięknych kolorów i choreografii kadry a la „John Wick” czy nawet komiksowe efekciarstwo rodem z serii „Szybcy i wściekli”. „Świat w ogniu” trzyma się raczej bezpiecznej i przeciętnej średniej, także jeśli wystarczą wam staroszkolne strzelaniny, parę pościgów i szczypta wybuchów, to narzekać strasznie nie powinniście.

Jasnymi punktami „Świata w ogniu” są kreacje aktorskie na drugim planie.

Mam tu na myśli niezawodnego i pełnego godności oraz budzącego respekt Morgana Freemana jako prezydenta USA. Ciekawym dodatkiem do obsady jest też Nick Nolte, wcielający się w wiodącego pustelnicze życie ojca Mike’a Banninga. Wprowadza on zarówno elementy dramatyczne jak i trochę… komediowe.

Przy całej wtórności i przewidywalności oraz braku jakichkolwiek wyróżników, które sprawiłyby, że „Świat w ogniu” byłby w stanie zabłysnąć na tle współczesnych blockbusterów, jakoś tak przyjemnie oglądało mi się ten film. Jest w nim pewna bezpieczna bezpretensjonalność, jasny podział na dobro i zło, klarowna ścieżka prowadząca od rozpoczęcia do zakończenia. Z jednej strony, nawet formalnie nie jest to do końca dopracowane dzieło (nietrudno natrafić na przedziwny, nieudolny montaż), a z drugiej, nie jest to kino na tyle źle skrojone, by powodowało nieprzyjemny zgrzyt zębów.

Jeśli więc tęskno wam do kina akcji klasy B z lat 90. i nie chcecie powtarzać sobie znanych na pamięć tytułów, to „Świat w ogniu” może się okazać dla was ciekawą opcją do rozważenia przy okazji wyprawy do kina u schyłku lata.

Teksty, które musisz przeczytać:

„Świat w ogniu: Początki” to brytyjska produkcja z polskimi aktorami i gwiazdą „Gry o tron”. Oceniamy nowość od BBC

Serial „Świat w ogniu: Początki” wzbudził kilka miesięcy temu duże poruszenie wśród polskiej widowni. W końcu nieczęsto możemy oglądać polskich aktorów w tej samej produkcji, w której występuje też gwiazda „Gry o tron”. „Świat w ogniu” już dzisiaj pojawi się na kanale Epic Drama, więc sprawdźcie nasze wrażenia po premierowym odcinku.

Recenzja/Seriale 10.11.2019

Dołącz do dyskusji (1)

Jedna odpowiedź do “„Świat w ogniu” mógłby być hitem w 1993 roku – recenzja”

  1. no to się rozpisał , nie każdy jest smakoszem kina czy wina , jedni lubią to inni tamto.
    Zamiast rzetelnej recenzji mamy przemyślenia krytyka z bożej laski , i nic to nie wnosi .
    Nie wiem kto mu płaci za te wypociny ale zdecydowanie za dużo

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...