Od „Pulp Fiction” do „Nienawistnej ósemki”. Najlepsze filmy Quentina Tarantino

Top/Film 16.08.2019
Od „Pulp Fiction” do „Nienawistnej ósemki”. Najlepsze filmy Quentina Tarantino

Od „Pulp Fiction” do „Nienawistnej ósemki”. Najlepsze filmy Quentina Tarantino

Cudowne dziecko pasji i miłości do kina. Niemal z miejsca stał się legendą, a jego filmy obiektami kultu. Z okazji premiery jego dziewiątego (ostatniego?) dzieła „Dawno temu w Hollywood” przypominam sobie, od najgorszego do najlepszego, jego artystyczne CV.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Nienawistna ósemka

Bez wątpienia w „Nienawistnej ósemce” można znaleźć wiele dobrego filmowego mięska. Nawet jeśli ewidentnie jest to najsłabszy film w dorobku Tarantino. Przede wszystkim za długi, ze źle rozłożonymi akcentami, zbyt wolno się rozkręcający. Ale też, jak to zwykle bywa u mistrza, pełen świetnych dialogów, znakomitych kreacji aktorskich, ciekawie bawiący się poetyką westernu, sztuki teatralnej oraz kryminalnych powieści autorstwa Agathy Christie. Nawet w najsłabszym swoim filmie Tarantino serwuje widzom solidne rzemiosło.

Kill Bill vol. 2

Na dobrą sprawę „Kill Bill vol. 2” tworzy z „jedynką” całość. Spójną w obrębie fabuły, ale formalnie już trochę mniej. Druga odsłona zemsty Czarnej Mamby na morderczym Billu odznacza się trochę wolniejszym tempem, jest cięższa, bardziej poważna i przy tym też bardziej brutalna. Nadal oczywiście dostajemy reżyserski i scenopisarski popis umiejętności Tarantino. Podobnie jest z jego zabawami z chronologią czy z poetyką kina klasy B. Aczkolwiek w tym przypadku to zwolnienie biegu zadziałało trochę na niekorzyść, sprawiając, że „Kill Bill” vol. 2”, obok „Nienawistnej ósemki” to najbardziej przegadany (ale w tym złym, nietarantinowskim stylu) i rozwlekły film reżysera.

Grindhouse: Death Proof

Projekt „Grindhouse” Tarantino nakręcił na spółkę z Robertem Rodriguezem. Twórcy „Pulp Fiction” przypadł „segment” „Death Proof” opowiadający o grupie młodych dziewczyn, za którymi podąża, niemający dobrych zamiarów, kaskader Mike (w tej roli Kurt Russell). Tym razem mistrz wziął na warsztat kino drogi, do tego w stanie czystym i podkręconym potężną dożylną dawką nitrogliceryny. Nie jest to wielkie kino, ale dostarczające masę dobrej, choć brutalnej, zabawy. W dodatku Tarantino, który od zawsze miał dryg do pisania niebanalnych i silnych postaci kobiecych, tym razem poszedł w stronę bezpretensjonalnego manifestu feministycznego.

Django

Quentin Tarantino jest mistrzem w wielu filmowych materiach, także w zręcznym balansowaniu pomiędzy pastiszem, mruganiem okiem do widza, nadawaniem kinu klasy B artystycznych rysów a prawdziwym, kinofilskim hołdem. Wypadkową tego wszystkiego jest właśnie „Django”. Prawie trzygodzinny kolos, który ogląda się tak, jakby trwał godzinę. Co nie jest takie łatwe, szczególnie gdy na warsztat bierze się western, czyli na dobrą sprawę wymarły (niestety) gatunek. Po raz kolejny, dzięki fenomenalnym dialogom, charyzmatycznym postaciom (i aktorom) udało mu się opowiedzieć fascynującą historię niewolnika, który staje się wolnym rewolwerowcem ruszającym w podróż w celu uwolnienia swojej żony z rąk bezwzględnego plantatora.

Kill Bill. Vol. 1

Był taki moment, w którym pierwszy „Kill Bill” był jednym z moich ulubionych filmów. Płytę DVD z nim męczyłem niemalże codziennie. Jako dzieciak wychowany na filmach akcji i kung-fu byłem wniebowzięty, że Tarantino nakręcił tak cudowny list miłosny do tych gatunków. Podchodząc do kręcenia „Kill Billa” Tarantino chciał się zmierzyć z wyzwaniami, jakie stawia przed twórcą kino akcji – dla niego miał być to sprawdzian umiejętności formalnych. Który zdał celująco.

Bękarty wojny

Jeśli już znamy prawidła rządzące stylem i poetyką filmów Tarantino, to na dobrą sprawę „Bękarty wojny”, opowiadające fantazję o Żydach mszczących się na nazistach podczas II wojny światowej, nie wydadzą się nam specjalnie oryginalnym pomysłem. Tarantino garściami czerpie tu z kina wojennego, zemsty, przygodowego, odwołuje się do francuskiej Nowej Fali. Ta przemyślana filmowa swawola gwarantuje katartyczną rozrywkę na najwyższym i wysmakowanym poziomie, mimo że skąpana jest w niemałej ilości krwi i przemocy. Ale jak wiemy, Tarantino, jak nikt, potrafi ze scen przemocy wykrzesać coś więcej niż tylko flaki czy hektolitry czerwonego syropu.

Jackie Brown

„Jackie Brown” to wspaniały hołd Quentina Tarantino dla kina lat 70., ze szczególnym naciskiem na podgatunek blaxploitation. W roli głównej, jego królowa, Pam Grier, która znana jest m.in. z kultowej „Foxy Brown”. Jest to też jeden z najbardziej ambitnych projektów w karierze reżysera. Ewidentnie bardziej „spokojny”, nie przesiąknięty aż tak bardzo przemocą jak wcześniejsze „Pulp Fiction”. Stąd też „Jackie Brown” dla wielu znajduje się w niskich pułapach rankingu filmów Tarantino. Dla mnie jednak to kapitalna robota, tak od strony fabularnej (scenariusz to majstersztyk), jak i oczywiście aktorskiej (no, ale jakże mogło być inaczej skoro w obsadzie m.in. Robert De Niro, Michael Keaton czy Samuel L. Jackson). Do tego jak zawsze wyborny soundtrack i soczyste dialogi. A wszystko to stanowi wyśmienitą otoczkę dla wciągającej intrygi kryminalnej.

Wściekłe psy

Ależ to był debiut! Jeden z najbardziej imponujących nie tylko w latach 90., ale w ogóle w historii kina. Pełen energii, niestandardowych pomysłów, niepokorny, krwisty, brutalny, przerysowany i fenomenalnie napisany. Tarantino porwał się na całkiem ambitne i wcale nie takie łatwe zadanie – postanowił opowiedzieć o relacjach między gangsterami, ale nie skupiając się na scenach akcji, strzelanin czy pościgów, tylko kładąc nacisk przede wszystkim na dialogi. I okazało się to strzałem w dziesiątkę.

Pulp Fiction

Po takim debiucie jak „Wściekłe psy” widzowie mogli oczekiwać albo jeszcze mocniejszego uderzenia albo jednak wielkiego rozczarowania. Tarantino jednak po mistrzowsku dostarczył kinomanom prawdziwą petardę. „Pulp Fiction” to, jak wszyscy wiemy, postmodernistyczne arcydzieło ruchomych obrazów. W latach 90., kiedy kino zbliżało się do swoich setnych urodzin, mało kto spodziewał się, że pojawi się film, który tak bardzo zdoła porwać miliony i wzbudzać zachwyty nawet najbardziej surowych krytyków. „Pulp Fiction” stało się biblią dla twórców filmowych, którzy zaczęli pojawiać się na rynku już po jego premierze, punktem odniesienia, artystyczną Księgą Genesis. I przy okazji niedoścignionym wzorem filmowej maestrii, pisania dialogów,

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (1)

0 odpowiedzi na “Od „Pulp Fiction” do „Nienawistnej ósemki”. Najlepsze filmy Quentina Tarantino”

  1. Moim zdaniem Nienawistna Ósemka nie jest najgorszym filmem, oglądałam niedawno i cholernie mi się podobało. Z filmów Tarantino najmniej podpasowały mi Jackie Brown i Grindhouse: Death Proof (filmy super, ale według mnie najsłabsze produkcje tego reżysera). Dla mnie top 3 to Bękarty Wojny, Pulp Fiction i Nienawistna Ósemka właśnie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...