Fakty kontra fikcja. Które wydarzenia i postaci w filmie „Pewnego razu… w Hollywood” są prawdziwe?

Analiza/Film 16.08.2019
Fakty kontra fikcja. Które wydarzenia i postaci w filmie „Pewnego razu… w Hollywood” są prawdziwe?

Fakty kontra fikcja. Które wydarzenia i postaci w filmie „Pewnego razu… w Hollywood” są prawdziwe?

Możemy już oglądać najnowszy film Quentina Tarantino „Pewnego razu… w Hollywood”. To swoista wariacja, bazująca na realnych wydarzeniach i postaciach. Które z nich są prawdziwe, a które fikcyjne?

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Na początku zaznaczam, że tekst zawiera spoilery dotyczące kluczowych momentów filmu „Pewnego razu… w Hollywood”, tak więc zalecam czytanie już po seansie, by nie zepsuć sobie zabawy.

Jak pisałem w recenzji filmu „Pewnego razu… w Hollywood”, najnowszy film Quentina Tarantino jest jednym z jego najbardziej osobistych. To baśń, w której reżyser powraca z nostalgią do czasów bohaterów swojego dzieciństwa. Do świata filmów i seriali lat 60.

Posługując się więc poetyką baśni, Tarantino tworzy swoją własną, alternatywną rzeczywistość, w której miesza ze sobą fakty i fikcję. Wydarzenia i postaci, które są prawdziwe z tymi, które nie istniały i nie miały miejsca. Dało to nam interesującą miksturę, bajkową wersję świata realnego, do którego dodano fikcyjne składniki pozwalające potoczyć się znanej nam historii zupełnie inaczej.

Czy Rick Dalton jest prawdziwą postacią?

Podstawą tej „bajkowej” wersji Hollywood końca lat 60. są dwie główne postaci filmu „Pewnego razu… w Hollywood”. Aktor i przygasająca gwiazda, Rick Dalton (Leonardo DiCaprio) oraz kaskader i najlepszy przyjaciel Daltona, Cliff Booth, grany przez Brada Pitta. Obaj są postaciami fikcyjnymi. Tarantino ulepił je, bazując na prawdziwych przedstawicielach hollywoodzkiej branży.

Rick Dalton jest bez wątpienia wariacją reżysera opartą na takich aktorach jak Steve McQueen czy Burt Reynolds. Oprócz tego spotykają się w nim także kultowi bohaterowie srebrnego ekranu, tacy jak George Maharis znany z serialu „Route 66”. Ed Byrnes, występujący w serii „77 Sunset Strip” także zostawił swój ślad w postaci granej przez DiCaprio. Najwięcej z Daltonem wydaje się mieć wspólnego Ty Hardin – gwiazda serialu „Bronco”.

Czy Cliff Booth istniał naprawdę?

Co do kaskadera Cliffa Bootha – można domniemywać, że Tarantino wymodelował go w oparciu o swoją wyobraźnię, posiłkując się po trochu całą maścią historii z przeszłości Fabryki Snów oraz rozmów z kaskaderami, z którymi sam pracował. Najbliżej postaci Bootha jest do osobistego kaskadera Burta Reynoldsa, Hala Needhama, ale filmowy życiorys bohatera granego przez Pitta jest kompletnie odmienny od Needhama.

W tym miejscu wypada też nadmienić, że wizyta Bootha na ranczu Mansona (w filmie Tarantino skonstruowana niczym rasowy western) nie miała miejsca. Aczkolwiek dzięki tym scenom reżyser umożliwił widowni wycieczkę po miejscu, w którym żyła cała komuna zbrodniarza

Jednym z ciekawszych pomysłów zawartych w „Dawno temu… w Hollywood” jest to, że obie te fikcyjne postaci spotykały na swojej drodze prawdziwych ludzi – aktorów, reżyserów, producentów.

Oprócz Sharon Tate (Margot Robbie) czy Romana Polańskiego (Rafał Zawierucha), przez film przewijają się m.in. Steve McQueen, słynny fryzjer gwiazd Jay Sebring, a także sam Bruce Lee. Choć w tym przypadku Tarantino pozwolił sobie na dość luźne podejście do tej postaci. W dodatku takie, które może rozzłościć niemałą liczbę fanów Lee (jego rodzina już daje wyraz swojemu niezadowoleniu).

Bruce Lee w filmie „Pewnego razu… w Hollywood” przedstawiony został niemalże jak parodia samego siebie. Jest arogancki, nie ma szacunku dla przeciwnika, sprawia wrażenie narcyza, który lubi się popisywać. W scenie przyjacielskiego pojedynku z Cliffem, Lee wypada żałośnie i do tego wyraźnie przegrywa z kaskaderem, który stawia go do pionu jak rozkapryszonego bachora.

Scenę tę można potraktować jako propagandową metaforę amerykańskiego kina, które czuło się zagrożone zdobywającymi coraz większą sławę i pozycję filmami kung-fu w tamtych czasach, a pojedynek Lee-Booth jako symboliczne starcie dwóch kultur. Mimo wszystko jednak szkoda, że odbyło się to kosztem Bruce’a Lee.

Morderstwo Sharon Tate – co wydarzyło się naprawdę?

Przy okazji kluczowego momentu fabuły „Pewnego razu… w Hollywood” (i przy okazji też dramatycznego zamknięcia lat 60.) Quentin Tarantino pozwolił sobie na dość luźną mieszankę faktów i fikcji. I co ważne, stworzył z nich całkiem zajmującą i chwilami fascynującą całość. Nadmienię tylko, że kompletnie zmieniającą zakończenie. A jak to było naprawdę?

W sierpniu 1969 roku Sharon Tate była w 8. miesiącu ciąży z Romanem Polańskim, jej ówczesnym mężem. Prawdą jest, że mieszkali przy 10050 Cielo Drive w Beverly Hills. W tym samym domu mieszkał wcześniej Terry Melcher, producent muzyczny, którego znajomym był, również swego czasu działający w tej branży Charles Manson.

Również zgodne z rzeczywistością jest to, że szukając Melchera, w marcu 1969 roku Manson natrafił na mieszkającą już tam wówczas Tate. Jak się miało wkrótce okazać, zupełnie przypadkowe spotkanie na zawsze przesądziło los Sharon.

Aktorska kariera i dorobek Sharon Tate również nie zostały zmyślone.

W „Pewnego razu… w Hollywood” bohaterka grana przez Margot Robbie ogląda w kinie swój własny film „The Wrecking Crew”. To piękny hołd dla Tate, dzięki któremu my, jako widzowie, możemy obejrzeć jedną z jej ostatnich ról.

Sharon Tate w filmie The Wrcking Crew

Relacja Tate z Polańskim, choć nie zajmuje dużo czasu w filmie Tarantino, wydaje się zgodna z prawdą, podobnie jak przyjaźń z jej byłym chłopakiem, Jayem Sebrigniem, który towarzyszył jej podczas nieobecności Romana.

Rzeczona absencja Polańskiego w USA w sierpniu 1969 roku też jest prawdziwa. Reżyser kręcił wówczas w Londynie film „Dzień delfina”. Ze względu na tragiczną śmierć żony przerwie zdjęcia i wróci do Stanów, filmu nigdy nie skończy, a jego miejsce na stołku reżyserskim zajmie Mike Nichols. „Dzień delfina” pojawi się w kinach dopiero w 1973 roku.

Ostatnim z prawdziwych wydarzeń z feralnego 9 sierpnia 1969 roku pokazanych w „Pewnego razu… w Hollywood” jest ostatnia wieczerza Sharon Tate.

Aktorka zabrała do swojej ulubionej restauracji El Coyote Cafe Jaya Sebringa, a także Wojciecha Frykowskiego i jego dziewczynę Abigail Folger. Po 22:00 wszyscy wrócili do domu, parę minut po północy w ich domu zjawiła się czwórka „apostołów” Charlesa Mansona, którzy z zimną krwią i w bestialski sposób zamordowali Folger, Frykowskiego, Sebringa i ciężarną Sharon Tate. Ponoć tej nocy miał im także towarzyszyć wybitny kompozytor i producent Quincy Jones.

W tym jednak miejscu wydarzenia rzeczywiste rozbiegają się z fikcją. W filmie Quentina Tarantino postaci Ricka Daltona oraz Cliffa Bootha kompletnie zmieniają bieg zdarzeń.

Pierwszy z bandą Mansona styczność miał Dalton, który pełen gniewu i irytacji przegonił ich spod swojego domu. Tym samym odciągając uwagę od pierwotnego celu ataku bandy, czyli domu Romana Polańskiego i Sharon Tate.

Gdy ludzie Mansona przybywają do posiadłości Datlona, czeka tam na nich Booth, wraz ze swoim gotowym do walki psem. Jeden z oprawców, Tex Watson, wykrzykuje do niego „Jestem Diabłem i mam diabelską robotę” – tak naprawdę słowa te usłyszał od niego Frykowski niedługo przed swoją śmiercią. W fikcyjnej wersji Tarantino słowa te są ostatnimi, które wypowie Watson, bowiem chwilę później cała grupa Mansona zostaje dosłownie zmasakrowana przez Bootha, jego psa, a swoje trzy grosze dołoży do tego także i Rick Dalton.

W świecie Tarantino zło spotkała zasłużona, surowa kara, świat i kultura lat 60. nie doznały szoku i tragedii śmierci Sharon Tate.

Widz, rodzina i bliscy tragicznie zmarłych otrzymali możliwość przeżycia katharsis. W „Pewnego razu… w Hollywood” Tarantino celowo nie pozwala epoce lat 60. dobiec końca, tak jak każdy z nas kurczowo trzyma gdzieś w pamięci wspomnienia ze swojego dzieciństwa i nie chce pozwolić mu się w pełni zakończyć. Wykorzystuje przy tym magię kina, która umożliwia ucieczkę do trochę lepszego świata, gdzie możemy mieć większy wpływ (przynajmniej jako reżyser) na to, jak wszystko się poukłada. Jak na Tarantino jest to naprawdę piękna i romantyczna wizja.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (4)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...