Serwisy streamingowe toczą właśnie prawdziwą grę o tron. Która platforma będzie numerem jeden?

Felieton/VOD 14.08.2019
Serwisy streamingowe toczą właśnie prawdziwą grę o tron. Która platforma będzie numerem jeden?

Serwisy streamingowe toczą właśnie prawdziwą grę o tron. Która platforma będzie numerem jeden?

Czasy, w których pośród serwisów VOD rządził Netflix (nie licząc YouTube’a) powoli odchodzą w zapomnienie. Przed nami premiery Disney+, HBO Max, Canal+ także szykuje się do startu swojej platformy, a istniejące serwisy (Amazon Prime Video, Hulu itd.) tylko rosną w siłę. Kto wyjdzie zwycięsko z tego starcia?

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Jak zawsze w przypadku takich przewidywań trudno to jednoznacznie stwierdzić. Od kiedy tylko lata temu Netflix zrobił pierwszy, odważny, pionierski krok ku otworzeniu się na streaming i produkowaniu treści dla użytkowników sieci, świat rozrywki zmienił się nie do poznania.

Teraz właściwie każde duże medium filmowo-telewizyjne chce mieć swojego „Netfliksa”. I trudno się temu dziwić.

To z jednej strony komfortowa sytuacja dla odbiorców, którzy dzięki konkurencji (cen i treści) będą mogli przebierać w ciekawych ofertach. Z drugiej strony, powoduje to kłopotliwe rozdrobnienie rynku. A to prowadzi z kolei do problemów z wyborem, decyzją który serwis wybrać. A będzie jeszcze trudniej, bo lada moment najciekawsze treści będą rozsiane po wielu platformach. Budżety w naszych portfelach są jednak ograniczone.

Obecnie streamingiem rządzi Netflix. To drugi po YouTubie najpopularniejszy agregator treści wideo w sieci.

O ile YouTube opiera się na autorskich treściach, tworzonych przez użytkowników, tak Netflix bazuje na filmach i serialach, które kupuje od wytwórni albo sam produkuje. W swojej szufladce YouTube nie ma konkurencji i pewnie nie będzie mieć. Netflix natomiast cały czas ma za plecami rywali. Na razie jedynie zbierają oni siły i opracowują strategię, ale to tylko do czasu, aż rozkład sił ulegnie zmianie.

Netflix obecnie wygrywa tym, że ma najchętniej oglądane seriale na licencjach, w tym przede wszystkim „Przyjaciół” i tym podobne evergreeny, którymi miliony ludzi karmią swoje sentymenty. Raz na jakiś czas uda im się też wyprodukować serial oryginalny, który staje się kultowy. Upraszczając – mają wszystko, czego potrzeba do szczęścia człowiekowi lubiącemu oglądać filmy i seriale.

Sęk w tym, że za chwilę straci sporą część produkcji, które trafią do konkurencyjnych serwisów, czyli HBO Max oraz Disney+.

Już kilka razy przytaczałem badania, z których wynika, że oferta Netfliksa wcale nie jest na tyle genialna, by użytkownicy nie zrezygnowali z subskrypcji, gdyby serwis stracił np. „Przyjaciół” oraz filmy Disneya/Marvela.

Netflix ma sporo dobrych seriali, znalazłyby się nawet ze dwa wybitne („Nawiedzony dom na wzgórzu”, „Dark” dla przykładu), ale pod tym względem nadal na głowę bije go HBO. Zostawmy nawet z tyłu „Grę o tron” i skupmy się na takich perełkach jak „Sukcesja”, „Wielkie kłamstewka”, „Czarnobyl”, „Westworld”, „Ostre przedmioty”, nie wspominając już o klasykach w stylu „Rodziny Soprano”, „Sześć stóp pod ziemią” czy „Deadwood”.

Do tego dojdą z czasem „Przyjaciele”, seriale i filmy z uniwersum DC. Firma zaoferowała też 1,5 mld dol. na zakup szalenie popularnych produkcji – „Teoria wielkiego podrywu” i „Dwóch i pół”. Jeśli dojdzie do tego zakupu, platforma Warnera będzie potentatem na rynku sitcomów w streamingu. A to jest absolutna żyła złota.

Koniec końców, gdy ludzie będą podejmować decyzję odnośnie wyboru platformy VOD, za którą chcą płacić, jakość, obok ceny, będzie kluczowym kryterium.

I gdyby tylko bitwa rozgrywała się pomiędzy Netfliksem a HBO Max, to nie miałbym problemu ze wskazaniem zwycięzcy. Natomiast do walki dołącza także tytan o niepozornym uśmieszku Myszki Miki. Disney+ poważnie namiesza na rynku. Już na etapie przedpremiery badania wskazują, że ludzie czekają na jego wdrożenie i z wielką chęcią rozpoczną subskrypcję. Trudno się dziwić i w tym przypadku.

Disney jest władcą i powiernikiem naszych marzeń oraz dzieciństwa. Jego familijna i na wskroś rozrywkowa biblioteka to istne El Dorado dla pasjonatów popkultury. Filmy i seriale Marvela (w tym nowe produkcje, tworzone specjalnie na potrzeby Disney+), sprzężone z kinowym MCU, dostępne w jednym miejscu – już samo to stanowi nie lada gratkę. A dołóżmy sobie do tego całe uniwersum Gwiezdnych wojen (w tym także nowe seriale tworzone specjalnie na platformę).

Nie zapominajmy też o produkcjach samego Disneya i Pixara, zarówno klasyce animacji, od seriali z Myszką Miki i pełnometrażowych filmów po obecne przeboje, takie jak „Kraina lodu”. Właściwie jestem w stanie w ciemno stwierdzić, że Disney+ będzie numerem jeden w streamingu, czy to się komuś podoba czy nie. HBO Max, nawet biorąc pod uwagę najlepszą jakościowo bibliotekę, przegra z behemotem super popularnych treści dla całych rodzin. Serwis HBO siłą rzeczy będzie bardziej hermetyczny, skierowany raczej tylko do dorosłego odbiorcy. Disney wygra tym, że będzie to serwis dla wszystkich. I do tego naprawdę konkurencyjny cenowo.

W dodatku, ostatnie wieści z rynku donoszą o opcji pakietu, w skład którego wchodziłby Disney+, Hulu oraz kanały sportowe ESPN (wszystko to należy do Disneya).

W ten sposób taki pakiet będzie miał absolutnie wszystko, czego ludziom potrzeba. Poza produkcjami należącymi do Disneya będą tu też ambitniejsze filmy i seriale dostępne na Hulu (który z czasem może wyrosnąć na godnego konkurenta HBO i Amazona) plus sport, którego ciągle względnie mało jest w ofertach innych serwisów. I to wszystko za niecałe 13 dolarów. To kwota równa pakietowi standard w Netfliksie w USA. A posiada o wiele więcej rodzajów treści. Oczywiście nie wiadomo, czy Disney udostępni pakiet z Hulu i ESPN w Polsce, ale w ujęciu globalnym zapowiada się rewolucyjna zmiana.

Jedyną alternatywą na rynku platform streamingowych może być zapowiadany przez Canal+ MyCanal, który obecnie działa tylko we Francji i powoli szykuje się na ekspansję na inne kraje. W MyCanal widz dzięki dostępności samych tylko kanałów tematycznych należących do nc+ (Planete+, Kuchnia+, MiniMini+) dostaje treści kulinarne, lifestyle’owe, dziecięce oraz ciekawe dokumenty. A gdy dodamy do tego ofertę Canal+, czyli filmy, seriale i sport, to wtedy urasta nam to do całkiem kompleksowego i ciekawego pakietu. No, ale to dotyczy niedużej części rynku w ujęciu światowym.

Globalnie wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że to Disney+ będzie numerem jeden. Tuż za nim HBO Max. Najciekawsza bitwa rozegra się o miejsce trzecie. Tutaj walczyć ze sobą będą Netflix z Amazonem.

A Amazon też nie próżnuje. Cały świat oczekuje serialu „Władca Pierścieni”, który będzie najdroższą produkcją w historii telewizji. Poza tym platforma cały czas wypuszcza nowe treści, które zyskują coraz większą popularność. „Fleabag”, „Dobry omen”, „Człowiek z wysokiego zamku”, „Homecoming”, „The Boys”. Lada moment zobaczymy tam też „Carnival Row”, „Star Trek: Picard”, 4. i 5. sezon znakomitego „The Expanse”.

Amazon Prime raczej z Disneyem nie wygra, ale ma na tyle wielkie budżety, że spokojnie może powalczyć z Netfliksem, którego biblioteka jest bardzo nierówna. A jak będzie? Czas pokaże.

Jedno jest pewne – gra o tron wśród serwisów streamingowych właśnie wchodzi w ostateczną fazę, która sporo namiesza.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (2)

2 odpowiedzi na “Serwisy streamingowe toczą właśnie prawdziwą grę o tron. Która platforma będzie numerem jeden?”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...