„Upiorne opowieści po zmroku” próbują być jak „Stranger Things”. A szkoda, bo końcówka jest genialna

Recenzja/Film 09.08.2019
Nasza ocena:
„Upiorne opowieści po zmroku” próbują być jak „Stranger Things”. A szkoda, bo końcówka jest genialna

„Upiorne opowieści po zmroku” próbują być jak „Stranger Things”. A szkoda, bo końcówka jest genialna

„Upiorne opowieści po zmroku” to jedna z najbardziej znanych w USA książek grozy dla młodzieży. Filmowa adaptacja Andre Ovredala i Guillermo del Toro w udany sposób wykorzystuje oryginalne dzieła, ale za bardzo próbuje być jak „Stranger Things”. Jaki jest więc końcowy efekt?

Horrory to obecnie jeden z najbardziej popularnych gatunków filmowych. Duża konkurencja sprawia jednak, że każdej nowej produkcji coraz trudniej wyróżnić się z tłumu. Niektórym tytułom pomaga powiązanie ze znanym reżyserem lub bycie adaptacją popularnej książki (dobrym przykładem jest tu „Smętarz dla zwierzaków”). Debiutujący właśnie film „Upiorne opowieści po zmroku” teoretycznie mieści się w obu tych kategoriach, ale tylko na papierze.

Produkcja jest bowiem sygnowana nazwiskiem samego Guillermo del Toro. Meksykański reżyser, laureat Oscara za „Kształt wody” początkowo miał ją wyreżyserować, ale ostatecznie pozostał zaangażowany w projekt wyłącznie jako współscenarzysta i producent wykonawczy. Równie dyskusyjna jest sprawa popularności „Upiornych opowieści po zmroku” w Polsce. To jedna z najsłynniejszych (i najczęściej atakowanych) serii opowiadań grozy, skierowana przede wszystkim do nastolatków. Stanowi doskonałe połączenie tekstów autorstwa Alvina Schwartza i przerażających ilustracji Stephena Gammella. W sierpniu zbiór zostanie po raz pierwszy wydany w Polsce.

Ekranizacja „Upiornych opowieści po zmroku” dosyć swobodnie korzysta z materiału źródłowego.

Film rozpoczyna się od krótkiej sekwencji rozgrywającej się podczas Halloween 1968 roku. Senne miasteczko, nawiązania do polityki (rzecz rozgrywa się tuż przed wyborami prezydenckimi) i niepokojąca atmosfera wzmocniona przez puszczany w lokalnym radiu utwór Season of the Witch – wszystko to budzi automatyczne skojarzenia z „To” i „Stranger Things”. A to nie koniec podobieństw.

Trójka przyjaciół szykuje kostiumy z okazji Halloween, w rzeczywistości to jednak początek ich zemsty na szkolnym dręczycielu. Stella, Auggie i Chuck odnoszą sukces, ale zmuszeni są uciekać przed bandą Tommy’ego. Znajdują ratunek w aucie nieznajomego chłopaka, który ogląda akurat w kinie samochodowym „Noc żywych trupów”. Cała czwórka decyduje się odwiedzić opuszczony dom Bellowsów, gdzie przed laty samobójstwo popełniła pewna dziewczynka.

Wszystko to brzmi bardzo standardowo i faktycznie podstawowy klucz tej opowieści złożony jest z horrorowych klisz. A przy tym reżyser Andre Ovredal (autor niezłych „Łowcy trolli” i „Autopsji Jane Doe”) za bardzo próbuje wpisać się w panujące obecnie trendy. Dlatego ubiera „Upiorne opowieści po zmroku” w płaszczyk młodzieżowej opowieści o grupie przyjaciół. To podwójny błąd, bo oznacza niewykorzystanie pełnego potencjału tkwiącego w oryginalnych opowieściach i narzucenie niewłaściwego stylu tej historii. Bo „Upiorne opowieści po zmroku”, choć skierowane do młodszych czytelników, paradoksalnie są znacznie bardziej brutalne niż wspomniane wcześniej „To” i „Stranger Things”.

Na szczęście film Ovredala z czasem się rozkręca, a ostatnie 30 minut to prawdziwe arcydzieło horroru.

Siłą „Upiornych opowieści po zmroku” jest brak jednego przeciwnika czy potwora. Możliwość skorzystania z różnych opowiadań okazała się tutaj strzałem w dziesiątkę. Każdego dnia kolejna z osób zostaje zaatakowana przez innego stwora, dzięki czemu produkcja może wykorzystać zupełnie różne rodzaje przerażenia i metody straszenia widzów.

Im dalej posuwa się fabuła, tym mniej jest tu jump scare’ów, a więcej atmosferycznej ścieżki dźwiękowej i wizualnej pomysłowości. Twórcy wykorzystali jako bazę opowieści i ilustracje z różnych zbiorów Schwartza (m.in. „The Big Toe”, „The Red Spot”, „Harold” i „Me Tie Dough-ty Walker”). Największe wrażenie robi blada kobieta, która oryginalnie pojawiła się w „The Dream” – sekwencja z jej udziałem to prawdopodobnie kilka najlepszych minut grozy w tej dekadzie.

Szkoda tylko, że na ten doskonały finisz trzeba czekać tak długo. Gdyby choć 50 proc. filmu stało na równie wysokim poziomie, moglibyśmy mówić o absolutnym artystycznym sukcesie. Zamiast tego otrzymaliśmy produkcję pełną sprzeczności i okropnie nierówną. Jeżeli del Toro i Ovredal chcieli udowodnić, że dzieła duetu Schwartz-Gammell nadają się do ekranizacji, to absolutnie im się to udało. Problem w tym, że chyba nie do końca wierzyła w to wytwórnia lub nawet oni sami. Co brzmi dosyć paradoksalnie w kontekście zakończenia, które otwiera bardzo szeroko drzwi prowadzące do powstania sequela. O jego losach zapewne zadecydują jednak widzowie.

„Upiorne opowieści po zmroku” są dostępne w polskich kinach od 9 sierpnia.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (1)

24 odpowiedzi na “„Upiorne opowieści po zmroku” próbują być jak „Stranger Things”. A szkoda, bo końcówka jest genialna”

  1. Zgadzam się jeżeli chodzi o podobieństwo z „To” i „Stranger Things”. No i coś w tym jest, że te ostatnie 30 minut to prawdziwe arcydzieło :D No i dla mnie kostiumy! Nawet dla nich samych warto wybrać się do kina.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...