Co jest nie tak ze współczesnymi serialami science fiction? Niszczą je nostalgia i brak wizji

Felieton/Seriale 31.07.2019
Co jest nie tak ze współczesnymi serialami science fiction? Niszczą je nostalgia i brak wizji

Co jest nie tak ze współczesnymi serialami science fiction? Niszczą je nostalgia i brak wizji

Na papierze wydaje się, że science fiction na małym ekranie ma się bardzo dobrze. Telewizja nigdy wcześniej nie była tak chętna na produkowanie seriali z tego gatunku. Niestety, ilość nie przekłada się na jakość, co potwierdzają choćby „Another Life”, „Origin” czy 2. sezon „Westworld”. Dlaczego w ostatnich latach tak rzadko dostajemy udane dzieła sci-fi?

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

„Star Trek”, „Battlestar Galactica” i „Firefly”. Bez względu na to, jakiego fana science fiction zapytalibyśmy o pięć najlepszych seriali z tego gatunku, to któraś z wymienionych produkcji musiałaby się na niej pojawić. Każda z nich („Star Trek” oczywiście w różnym wydaniu) doczekała się statusu kultowego dzieła, ale fani często czuli, że nie były one dostatecznie doceniane i rozumiane przez szeroko pojęty mainstream. Sposób traktowania dzieła Jossa Whedona przez telewizję FOX i jego przedwczesne skasowanie pokazuje, iż w tych głosach jest przynajmniej ziarno prawdy.

Z tej perspektywy trudno mówić, że obecne czasy są w jakikolwiek sposób gorsze od początku XXI wieku czy jeszcze wcześniejszych dekad. Niemal każdego miesiąca na którąś z platform VOD lub do klasycznej telewizji trafia serial mniej lub bardziej powiązany ze sci-fi. Swojej reprezentacji doczekali się niemal wszyscy najważniejsi twórcy i prawie każdy podgatunek: od post-apokaliptycznych wizji, przez klasyczne opowieści z początku XX wieku aż po cyberpunk i horror z elementami science fiction. Nie wszystkie doczekały się równie licznego grona filmów i seriali, ale zainteresowanie wśród producentów oraz widzów nadal nie maleje. Dlatego choćby w ofercie zapowiedzianej niedawno platformy HBO Max znalazło się mnóstwo produkcji fantasy i sci-fi (m.in. „Dune: The Sisterhood”, „Station Eleven” i „Lovecraft Country”).

Należy więc zapytać: „Skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?”. Science fiction cieszy się olbrzymim powodzeniem, ale ilość nie przekłada się na jakość.

Najpierw warto jednak dla porządku przyporządkować dostępne obecnie produkcje do trzech grup. Pierwsza z nich to seriale mające ambicję stworzenia pełnego, futurystycznego świata ze wszystkimi jego aspektami. Druga zawiera skromniejsze opowieści o przetrwaniu w ekstremalnych warunkach i zagrożeniach technologii, a w trzeciej znalazły się różnego rodzaju remaki i rebooty. Nie jest to oczywiście idealne zestawienie, bo motywy literatury science fiction zwykły się dosyć mocno przenikać, ale mimo wszystko pomocne.

Do pierwszej grupy należą takie produkcje jak „Westworld”, „The Expanse” czy „Altered Carbon”. W następnej wypadałoby wymienić „Origin” od YouTube’a, a także „Nightflyers” i „Another Life” udostępniane na Netfliksie. Ostatnia jest zaś reprezentowana głównie przez nowe seriale powiązane z uniwersum „Star Treka”. Teoretycznie do drugiej zbiorowości można by również dopasować „Czarne lustro”, ale z uwagi na epizodyczną naturę antologii byłoby to do pewnego stopnia przekłamaniem.

Twórcza wizja w przypadku science fiction bardzo mocno kształtuje wiele aspektów filmowego rzemiosła – od budżetu, przez wykorzystanie CGI, aż po zatrudnienie odpowiedniej obsady. Produkcje nastawione na kształtowanie szerokiego świata starają się pokazać życie w wielu jego aspektach, zarówno z perspektywy ludzi młodych, jak i starszych. Mogą sobie pozwolić na większą swobodę i z reguły są odważniejsze w podejmowaniu zaskakujących decyzji fabularnych. Seriale o zamkniętej historii i mniejszym budżecie koncentrują się bardziej na przeżyciach bohaterów i stawiają na ciągłą, ekscytującą akcję. A jednocześnie dotyczą ich te same wymagania dotyczące liczby sezonów. Dlatego choć na ekranie dzieje się dużo, to w większości mamy do czynienia z wydarzeniami bez wpływu na zakończenie.

Brak poczucia realnego zagrożenia, to największy problem seriali takich jak „Nightflyers” czy „Another Life”.

W kinie i telewizji mamy ostatnio wysyp produkcji opowiadających o niewielkiej grupie podróżników przemierzających kosmos, która musi sobie poradzić w ekstremalnie niebezpiecznej sytuacji. Nie ma się co oszukiwać – cała kultura popularna znajduje się obecnie w fazie nostalgii, dlatego wielu twórców ma ochotę powtórzyć sukces „Obcego”. Elementy horroru napędzanego strachem przed nieznanym życiem spoza naszej planety są przy tym najczęściej wzmocnione przez obawy związane z błyskawicznie przyspieszającym rozwojem technologicznym. Dlatego życie bohaterów seriali z drugiej grupy bywa zagrożone nie tylko przez obce organizmy (od mikroskopijnych bakterii aż po tak zaawansowane rasy kosmitów, że ludzie są dla nich niczym insekty), ale też zbuntowaną sztuczną inteligencję.

Na papierze brzmi to całkiem interesująco i – pomimo futurystycznej otoczki – bardzo aktualnie. Szybko można jednak zauważyć liczne problemy, spośród których na pierwszy plan wychodzą powtarzalność i niedopasowanie do struktury wieloodcinkowego serialu. „Origin”, „Another Life” i „Nightflyers” to w dużej mierze ta sama opowieść. Można by bez wielkiego wysiłku wyciągnąć wydarzenia z jednego serialu i włożyć je do drugiego. Współcześni twórcy seriali science fiction mają tendencję do masowego wykorzystywania gatunkowych klisz, co w tym wypadku jest szczególnie widoczne. A ponieważ żaden z wymienionych seriali nie ma wystarczająco rozbudowanego pomysłu na fabułę („Żeglarze nocy” George’a R.R. Martina nie bez powodu są nie powieścią lecz opowiadaniem), to całość wydaje się nadmiernie rozciągnięta i z tempem akcji posuwającym się w ślimaczym tempie.

Seriale z większym budżetem i światem mają pod tym względem łatwiej. Co nie oznacza, że nie napotykają własnych problemów.

Wykreowanie wiarygodnego i pełnego życia uniwersum rodem z technologicznej przyszłości nie jest łatwe. Pod tym względem seriale mają przewagę nad kinem, ale nawet w wieloodcinkowej produkcji wymaga to bardzo mocnej i pasjonującej historii. Zresztą właśnie na taki problem natrafił 2. sezon „Westworld”. Twórcy serialu HBO postanowili otworzyć świat przed swoimi bohaterami. Okazało się jednak, że im więcej informacji, tym mniejsze zainteresowanie widzów indywidualnymi przeżyciami bohaterów. Koncept stworzony przez Micheala Crichtona po prostu nie był wystarczająco rozbudowany, żeby można było z niego robić drugą „Grę o tron”. Wydaje się, że właśnie dlatego 3. odsłona produkcja pójdzie w zupełnie inną stronę niż dotychczas.

Podobny kłopot ze zrównoważeniem jakości wykreowanego otoczenia i indywidualnej historii miał „Altered Carbon” Netfliksa. Tutaj jednak niemal od samego początku zdecydowano się jednak na formę bardziej zbliżoną antologii i sezony stosunkowo luźno powiązane ze sobą fabularnie. Czy to się uda, przekonamy się po premierze 2. serii. Pod wieloma względami najlepiej z wymienionych dzieł poradził sobie „The Expanse” i to ze znacznie bardziej ograniczonymi możliwościami finansowymi dostępnymi stacji Syfy. Twórcom docenianej produkcji udało się to głównie dzięki cierpliwości i umiejętności przełożenia problemów ludzkości na codzienność bohaterów, co wcale nie było takie oczywiste na początku.

Widać przy tym jeszcze jeden niepokojący aspekt związany ze współczesnymi serialami science fiction – brak przyszłościowej wizji.

Wszystkie wymienione dzieła (tak udane, jak i naprawdę fatalne) koncentrują się albo na pokazaniu obecnych problemów świata w futurystycznym opakowaniu, albo powtarzaniu motywów i pomysłów z przeszłości. W odrobinie nostalgii nie ma nic złego, ale istnieje zagrożenie, że sci-fi w wydaniu telewizyjnym utraci przez to swój podstawowy wyróżnik. Nie oznacza to wcale, że „Star Trek: Picard” będzie nieudanym serialem. Sam czekam z zainteresowaniem na premierę tej produkcji, bo w odwiecznym sporze Kirk czy Picard bliżej mi do tego drugiego.

Coraz więcej wskazuje jednak na to, że science fiction stało się bardziej scenografią niż sposobem myślenia. Cieszy, że w tego typu produkcjach coraz lepiej reprezentowane są mniejszości rasowe i seksualne (ostatnio poprzez obecność trangenderowego aktora, JayR Tinaco w „Another Life”). Chciałoby się jednak powiedzieć, że nie do końca to powinno być rolą sci-fi. Twórcy współczesnych seriali przeważnie pokazują przyszłość tak jak chcieliby, żeby wyglądała teraźniejszość. A rolą futurologii powinno być raczej zastanawianie się, do czego nasz obecny świat może doprowadzić.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (12)

39 odpowiedzi na “Co jest nie tak ze współczesnymi serialami science fiction? Niszczą je nostalgia i brak wizji”

  1. Moim zdaniem fani s-f są bardziej wymagający od przeciętnego oglądacza seriali i ciężko im gdy twórcy serialu częstują ich powielanymi do znudzenia historiami, płaskimi bohaterami którym rzuca się pod nogi typowe “kosmiczne” problemy. Do tego gdy absurd goni absurd w takim dziele to ciężko przymykać na to oko bo oprócz fiction musi być też sporo science. Dla mnie głównie liczy się ciekawa i wciągająca opowieść dlatego współcześnie “The Expanse” czy “Westworld” mnie nie zawodzi. Gorzej z produkcjami netflixa. “Altered Carbon” podobał mi się, “Zagubieni w kosmosie” też mnie czymś ujął ale potem są już schody w dół.

    • W “The Expanse” polityka i relacje międzyludzkie grają największą rolę i dlatego dobrze się to ogląda. Rzeczywiście po “Coś”, “Obcym”, “Terminatorze”, 2001, trudno o nową świeżą koncepcję, która nie powiela klisz.

  2. Niech ktoś z wyobraźnią i pieniędzmi sfilmuje pilota Pirxa, Iona Tichego i mamy hity na lata.
    Pan Lodowego Ogrodu ( to już trochę bardziej fantasy) – podobnie.

  3. Another life? Zawiedzione nadzieje, wyłączyłem po 15 minutach. Przełknąłbym słabe efekty, rozumiejąc że budżet na serial nie był rozdmuchany, nawet słabą grę aktorską można zrozumieć, ale to, że reżyser obsadził w roli załogi statku, udającego się na ważną misję, grupę zidiociałych nastolatków, to już było za dużo.

  4. Podpowiedź dla twórców z Hollywood: wczesniej wspomniany “Pan lodowego ogrodu” i “Opowieści z Meekhańskiego pogranicza” i macie murowany hit na miarę “Gry o Tron”

  5. Kogoś zregenderowani ludzie cieszą w filmach a kogoś nie. Propaganda zawsze szła razem z twórczością. W niektórych filmach to widać bardziej w innych mniej, bo też i reżyserzy są może czasami mniej świadomi swojej cywilizacji. Ja bym wolał widzieć więcej wątków z technologiami które mogą zaistnieć w przyszłości, z teoriami fikcyjnymi bez poparcia obecnej nauki, czy świata jakiego nigdy nie widzieliśmy a mógłby istnieć. Tymczasem mamy to co mamy. Czyli filmy które zaczynają iść w stronę porno. I roztrząsają wątki typu czy ta krowa jest brązowa w białe łaty czy biała w brązowe.

  6. Zgadza się. Coraz więcej shitu ostatnio. Wszystko to, co wiąże się z paranormaliami, zaświatami i różnymi stworami, „superbohaterami”, czy też ekranizacje komiksów to dla mnie nie sci-fi. Ciekawe, kiedy znów zacznę oglądać od nowa np. Defiance z braku czegokolwiek lepszego.
    Another Life, może pod wieloma względami słaby, ale daje realistyczne spojrzenie na ewentualny pierwszy kontakt. Jeżeli napotkamy kiedyś latające symbole nieskończoności, których wystarczy trzy, aby unicestwić planetę, to mamy przerąbane i g… poradzimy na takie zagrożenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...