Ten film opowiada o zombie i, podobnie jak one, jest pozbawiony życia. „Truposze nie umierają” – recenzja

Recenzja/Film 26.07.2019
Nasza ocena:
Ten film opowiada o zombie i, podobnie jak one, jest pozbawiony życia. „Truposze nie umierają” – recenzja

Ten film opowiada o zombie i, podobnie jak one, jest pozbawiony życia. „Truposze nie umierają” – recenzja

Nie udał się Jarmuschowi nowy film. „Truposze nie umierają” zanudzi na śmierć nawet największych fanów zombiaków oraz miłośników twórczości reżysera.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Nie chce od razu grzmieć, że Jim Jarmusch się skończył, bo byłoby to też przesadzone twierdzenie, ale na pewno nie jest dobrze. W „Truposze nie umierają” reżyser stara się wrzucić do filmowego kociołka bardzo dużo tematów i paraboli, zarówno społecznych, jak i politycznych, tyle tylko, że brakuje mu w tym finezji i jakiegoś świeżego pomysłu. Na tym etapie jego twórczość trochę jednak podgniła i sama wydaje się być artystycznym odpowiednikiem zombie.

Akcja rozgrywa się w małym miasteczku, Centerville, w którym nagle dzień się nienaturalnie wydłuża, a zwierzęta zaczynają znikać w tajemniczych okolicznościach. Na tropie tajemnicy jest dwóch miejscowych policjantów, Cliff (Bill Murray) i Ronnie (Adam Driver). Tymczasem z doniesień medialnych słyszymy, że w wyniku odwiertów na Arktyce zostały zaburzone bieguny Ziemi i w skutek tego okazało się, że umarli powrócili do życia.

Film Jarmuscha jest po trosze horrorem, a po części też i komedią. W żadnym z tych gatunków reżyser nie odnosi jednak sukcesu.

„Truposze nie umierają” przypomina coś na kształt nieudanego żartu, który w dodatku jest spóźniony o jakieś 5 lat.

Filmy o zombie na topie były już dawno, moda na truposze jest już raczej za nami, a tymczasem Jim Jarmusch zdecydował, że teraz jest najlepszy moment na nakręcenie filmu o tych stworzeniach. Tak jakby próbował być na bieżąco, ale jednak zawsze zostaje w tyle. Podobnie zresztą było przy okazji filmu „Tylko kochankowie przeżyją”, który opowiadał o wampirach w momencie, gdy stawały się one znowu passe.

Jednak nie to jest największym problemem najnowszego dzieła reżysera. Filmy o zombie na dobrą sprawę przyjmą się zawsze. Przede wszystkim wydaje się jakby „Truposze nie umierają” byli poskładani ze strzępków luźnych pomysłów, co do których nikt nie miał pomysłu na to, jak je ciekawie rozwinąć. Niby mamy w filmie duet policjantów z potencjałem komediowym i po trosze dramatycznym, ale nie jest on prawie w ogóle wykorzystany. Dostali oni parę barwnych i absurdalnych kwestii do wypowiedzenia, ale w większości snują się, jakby sami byli zombiakami.

Adam Driver po raz kolejny gra wyciszonego, trochę autystycznego typka jakby odklejonego od rzeczywistości i w tej roli sprawuje się poprawnie, ale jest to artystycznie wtórne względem jego dorobku. Bill Murray już kompletnie stracił swój urok. Jeszcze do niedawna potrafił grać nawet znudzonych staruszków z werwą i charyzmą, a w „Truposze nie umierają” wydaje się on być znudzony przede wszystkim obecnością na planie.

W obsadzie znajdują się też inne imponujące nazwiska, tyle że nie mają zbyt wiele do grania.

Steve Buscemi na dobrą sprawę gra siebie, Danny Glover pojawia się łącznie na jakieś 5 minut i nie odgrywa żadnej ważnej roli w fabule. Tom Waits przemyka gdzieś na drugim planie jako mieszkający w lesie pustelnik-dziwak pełniący rolę chóru greckiego i prawiącego jakieś grafomańskie banały. Tilda Swinton gra jeszcze inną dziwaczkę – zachowującą się jak kosmitka właścicielkę domu pogrzebowego, która, nie wiedzieć czemu, potrafi władać samurajskim mieczem.

No i jest jeszcze Iggy Pop, wciela się on w jednego z zombie. Na tym etapie popkultura widziała już na tyle dużo, że Pop jako zombie nie jest już ani niczym zabawnym, ani specjalnie atrakcyjnym. Podobnie jak drobne nawiązania do „Gwiezdnych wojen” w dialogach. Bo wiecie, Adam Driver gra obecnie w tej sadze.

Co więcej, Jarmusch postanowił powtykać w scenariusz całą masę metafor i niezbyt zręcznych paraboli dotyczących tematów społeczno-politycznych. Też nie jest to nic odkrywczego, bo już pierwsze filmy o zombie George’a Romero również mierzyły się z tymi tematami. W dodatku z o wiele większą finezją.

W „Truposze nie umierają” postać grana przez Buscemiego dumnie nosi czerwoną czapkę z napisem „Make America White Again”. Podczas filmu widzimy zombiaki, które chodzą ze smartfonami w ręku, reżyser delikatnie robi sobie żarty z hipsterów, społeczeństwa konsumpcyjnego, dezinformacji oraz fake newsów, a także porusza kwestie niszczenia środowiska przez człowieka. Ogólnie rzecz biorąc, „Truposze nie umierają” można by pewnie potraktować jako jedną wielką satyrę na obecną Amerykę rządzoną przez Donalda Trumpa. Wszystko to jednak czerstwe, napisane ciężką ręką, pełne banałów i zwyczajnie nudne.

Tak nieciekawego i sennego filmu o zombie chyba jeszcze nie widziałem.

A przyznam, że nie sądziłem, że można się nudzić na produkcji o żywych trupach. Szkoda tylko, że sam Jarmusch, niegdyś ikona kina niezależnego, reżyser nadający rytm amerykańskim filmom artystycznym i inspirujący cały nurt indie, dziś jest już co najwyżej ciekawostką dla koneserów. Ostateczną decyzję o wyprawie na jego najnowszy film pozostawiam wam, tym niemniej, jeśli widzieliście choć jeden film o zombie albo odcinek serialu „The Walking Dead” to nie znajdziecie tu nic ciekawego. Ten obraz mógłby być udaną komedią, gdyby tylko znalazła się w nim więcej niż jedna zabawna scena. W takich przypadkach wolałbym, by Jarmusch poświęcił się medytacjom i rozwojowi osobistemu

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...