4. faza Marvel Cinematic Universe nie mogła być mi bardziej obojętna

Opinia/Film 22.07.2019
4. faza Marvel Cinematic Universe nie mogła być mi bardziej obojętna

4. faza Marvel Cinematic Universe nie mogła być mi bardziej obojętna

Na tegorocznym Comic-Conie poznaliśmy w końcu dokładne plany odnośnie nadchodzącej czwartej fazy Marvel Cinematic Universe. Sęk w tym, że wydaje się ona niewyraźnym cieniem poprzednich odsłon.

Wszyscy wiedzieliśmy, że „Avengers: Koniec gry” stanowić będzie punkt graniczny w całym MCU i tej niesamowitej filmowej przygodzie, którą przygotował dla nas Kevin Feige wraz ze swoją ekipą. Można też było domniemywać, że siłą rzeczy kulminacja trzech poprzednich etapów MCU zakończy pewną erę, po której nic już nie będzie takie samo. I gdzieś tam z tyłu głowy chodziła mi po głowie myśl, że nadchodząca 4. faza nie będzie już tak porywająca i ekscytująca jak wcześniejsze. Bo to, że będzie 4. faza MCU to sprawa oczywista. Marvel nie zakończyłby tak nagle przypływu ogromnej gotówki, tym bardziej tuż po premierze filmu, który ostatecznie stał się najbardziej kasowym filmem w historii kina.

Nie sądziłem jednak, że ostateczny line-up 4. fazy MCU będzie mi aż tak obojętny. Są w nim oczywiście zawarte produkcje, na które jakoś tam czekam, jak „Thor: Love and Thunder” czy „Doctor Strange and the Multiverse of Madness”, ale w porównaniu z tym, co działo się we wcześniejszych fazach, są to zaledwie przystawki. Odpowiednika „Kapitana Ameryki”, kolejnych „Avengersów” czy nowych „Strażników Galaktyki” na razie nie widać na horyzoncie.

Przepraszam jeśli kogoś urażam, ale solowe filmy i seriale o najmniej interesujących bohaterach MCU, czyli Czarnej Wdowie, Hawkeye’u czy Falconie to ewidentne rozmieniane się na drobne.

Oczywiście ci bohaterowie mają swoje wierne grono fanów, a produkcje z ich udziałem z pewnością będą solidną porcją rozrywki, no, ale to nie ten sam kaliber co Iron Man, Spider-Man, Hulk, Kapitan Ameryka. „Eternals” wprawdzie są całkiem intrygujący, głównie ze względu na masę niewiadomych z tym tytułem związanych oraz nieoczekiwany udział Angeliny Jolie w tym projekcie.

Loki to jedna z ciekawszych postaci MCU, natomiast serial z nim w roli głównej, w dodatku rozgrywający się w przeszłości, nie brzmi dla mnie jak coś, na co czekam z niecierpliwością. Jak już „Loki” pojawi się na Disney+, to pewnie z przyjemnością obejrzę, ale nie mam poczucia, że będzie to wydarzenie sezonu.

Skąd pomysł na pokazanie widowni postaci Shang-Chi i to w dodatku w solowym filmie kinowym?

Poniekąd jest to zapewne ukłon w stronę rosnącego w siłę azjatyckiego rynku, a także wyraz chęci reprezentacji. Tyle że Shang-Chi to jednak nie to samo co Czarna Pantera. Serial z Shang-Chi bym zrozumiał, ale od razu film kinowy, z kompletnie nową postacią, bazującą na niszowej serii komiksowej? Wiem, że podobny przypadek miał miejsce przy okazji pierwszych „Strażników Galaktyki”, ale jednak przygodowa space opera siłą rzeczy miała w sobie o wiele większy potencjał.

Seria „What If…? To ciekawa zabawa  formą i treścią ze strony Marvela. Wydaje mi się, że jest to jednak sięganie zbyt głęboko do kufra historii komiksów. „What If…?” to raczej zawsze była ciekawostka, dla dość hermetycznej grupy największych maniaków komiksów i raczej tak też będzie w przypadku serialu na Disney+.

W tym wszystkim na dobrą sprawę najciekawiej kształtuje się to zwiększenie symbiozy pomiędzy filmami kinowymi i serialami.

Wcześniej Marvel obiecywał, że serial „Agents of S.H.I.E.L.D.” będzie powiązany z kinowym MCU, a jak się to skończyło – wszyscy wiemy. Także i netfliksowe seriale Marvela działały raczej w odłączeniu od tego, co działo się w filmach kinowych Marvela. Teraz studio nie musi niczego obiecywać, już sam fakt, że w serialach Disney+ będą grać ci sami aktorzy co w filmach jest już ważnym, wręcz przełomowym momentem. Tym bardziej, że także i fabularnie (przynajmniej niektóre) mają być one powiązane, jak to jest w przypadku serii „WandaVision”, która ma być związana ściśle z nadchodzącym filmem o Doktorze Strange.

Swoją drogą, nie dziwi mnie to zbytnio. Marveli Disney nie mieli pilnej potrzeby na pomoc w promocji seriali Netfliksa i życie z nimi w symbiozie.

Teraz, kiedy Disney będzie miał w swojej stajni wszystkie najważniejsze studia i serwis streamingowy, może z łatwością i tym większą chęcią łączyć je wszystkie ze sobą i przeplatać.

Dla fanów jest to świetna wiadomość, gdyż zostanie zachowana ciągłość z ich ulubionymi bohaterami z ekranu kinowego (i na odwrót). Dla Disneya również, bo to kolejny genialny w swej prostocie zamysł marketingowy, pozwalający na budowanie więzi z widzem i utrzymanie jego uwagi maksymalnie długo.

I wszystko pięknie, tylko tak jak pisałem, jakoś mnie ta 4. faza niezbyt emocjonuje. Może moje zaangażowanie w jedną serię i bohaterów z komiksowym rodowodem wystarcza tylko na 10 lat? Może to już po prostu nie są „moje” postaci i brakuje mi między nimi wyrazistych i charyzmatycznych herosów? Nie da się ukryć, że przez ostatnią dekadę Marvel rozpieścił nas znakomitymi adaptacjami komiksów i podniósł poprzeczkę bardzo wysoko. Z jednej strony cieszę się, że nie stoją w miejscu i się rozwijają, ale z drugiej kierunek tych zmian jest mi (na razie) nie po drodze.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (12)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...