„Cities of Last Things” to znakomite studium genezy przemocy. Recenzujemy nowy film dostępny na Netfliksie

Recenzja/Film 15.07.2019
Nasza ocena:
„Cities of Last Things” to znakomite studium genezy przemocy. Recenzujemy nowy film dostępny na Netfliksie

„Cities of Last Things” to znakomite studium genezy przemocy. Recenzujemy nowy film dostępny na Netfliksie

Uwielbiam takie filmowe niespodzianki. Netflix nieczęsto raczy nas dobrymi filmami oryginalnymi, a gdy na takowy natrafimy, to okazuje się on niepozorną perełką ukrytą gdzieś głębiej. To jest właśnie przypadek „Cities of Last Things”.

Bohaterem filmu jest Zhang Dong-Ling, który na samym początku filmu… ginie. Zgodnie z naukami Hitchcocka, to jednak tylko rozgrzewka przed prawdziwym filmowym mięsem.

„Cities of Last Things” opowiadane jest bowiem od tyłu, wedle odwrotnej chronologii zdarzeń.

Film podzielony jest na trzy segmenty, z których każdy opowiada o przełomowych momentach w życiu Zhanga, stopniowo odsłaniając motywacje jego działań z wcześniejszych segmentów (czyli późniejszych wydarzeń, jeśli mielibyśmy trzymać się tradycyjnej chronologii).

Ta zabawa z czasem stanowi jednocześnie mocną i słabą stronę „Cities of Last Things”. Z początku powoduje u widza zwyczajne zdezorientowanie. Jako że najpierw obserwujemy na dobrą sprawę koniec opowieści o życiu Zhanga, pewne wątki zdają się niejasne, reguła przyczyna-skutek też wydaje się być mocno kulawa i enigmatyczna. Niektóre wydarzenia zdają się naciągane i chaotyczne. Dopiero później, w miarę cofania o kilkadziesiąt lat, zaczynamy w pełni łączyć kropki. Oczywiście ma to swój logiczny sens, wywodzący się z tej konstrukcji narracyjnej, ale siłą rzeczy przez to „Cities of Last Things” może łatwo „zgubić” bądź zniechęcić do siebie część widowni.

A byłaby szkoda, bo mamy tu do czynienia z bodaj najlepszym (jak na razie) filmem Netfliksa 2019 roku.

„Cities of Last Things” to ambitna i porywająca opowieść o genezie przemocy. O tym, jak pewne zdarzenia w życiu modelują nasze osobowości.

Twórcy zadają pytania o naturę zła, skąd ono się bierze, na ile jest wypadkową doświadczeń, życiowych dramatów i porażek, a na ile tkwi ono w naszych genach niczym zły demon, który tyko czeka, by się uwolnić z zamknięcia. Zło i przemoc niczym fatum potrafią unosić się nawet nad dobrym człowiekiem i każdego pchnąć w otchłań mroku.

Odwrócona chronologia sprawia, że jesteśmy w stanie wyraźnie wyłapać w historii Zhanga te decydujące momenty, kluczowe zdarzenia, które stały się punktami zwrotnymi w jego życiu i ukształtowały jego przyszłe „ja”. Gdybyśmy oglądali tę historię wedle normalnej chronologii, owe punkty zwrotne nie wybrzmiałyby w pełni z taką samą siłą.

Opowiadanie tej historii od tyłu nie jest więc pustym formalnym „bajerem”, tylko naprawdę ważnym tworzywem filmu.

Reżyser Wi Dong Ho znalazł naprawdę naprawdę mocną i atrakcyjną formę dla filozoficznych rozważań, nie popadając przy tym ani w teatralne przejaskrawienie, ani w tani melodramatyzm.

„Cities of Last Things” to o tyle imponujące dzieło, że do tego wszystkiego zręcznie przeskakuje pomiędzy gatunkami. Wspomniane przeze mnie wcześniej trzy segmenty filmu, rozgrywające się na odległych czasowych płaszczyznach, różnią się od siebie tonalnie.

Część pierwsza rozgrywa się w przyszłości, w roku 2049, kiedy to Zhang jest starszym mężczyzną. Reżyser rozwija wówczas przed nami neo-noirowy thriller w dystopijnym świecie, w którym ludzie są jeszcze bardziej samotni oraz ogarnięci manią na punkcie młodości.

Część druga, rozgrywająca się współcześnie, to już klasyczny dramat sensacyjny, natomiast część ostatnia to niemalże teatr dwóch aktorów w ujęciu klasycznego melodramatu. Te różnice gatunkowe są widoczne, ale na szczęście reżyser i scenarzysta rozrysowali je dość smukłymi liniami, tak więc przejścia pomiędzy nimi zdają się płynne i tworzą spójną całość.

Dobre oryginalne filmy na Netfliksie to rzadkość. Szkoda więc, że gdy już serwis ma w swojej bibliotece takowy, niewiele robi, by go promować (nie znalazłem polskiego zwiastuna na YouTubie) czy chociażby nadać mu polski tytuł. Trochę to straszne i smutne, gdyż zawsze wydawało mi się, że serwisy streamingowe pozwalają właśnie na o wiele lepsze i łatwiejsze podsuwanie ludziom filmowych perełek, na które niekoniecznie łatwo byłoby namówić potencjalnego widza w kinach. Cóż… tym bardziej w takim razie polecam waszej uwadze „Cities of Last Things”, bo to jeden z tych nielicznych filmów Netfliksa, które szkoda przegapić.

„Cities of Last Things” znajdziecie na Netfliksie.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...