„Midsommar. W biały dzień” to najbardziej popieprzony folk-horror XXI wieku – recenzja

Recenzja/Film 05.07.2019
Nasza ocena:
„Midsommar. W biały dzień” to najbardziej popieprzony folk-horror XXI wieku – recenzja

„Midsommar. W biały dzień” to najbardziej popieprzony folk-horror XXI wieku – recenzja

Ari Aster, twórca znakomitego „Dziedzictwa Hereditary”, powraca ze swoim drugim filmem. „Midsommar. W biały dzień” stawia poprzeczkę naprawdę wysoko. I to nie tylko w gatunku horrorów.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Główną bohaterkę „Midsommar”, Dani (fenomenalna Florence Pugh), poznajemy w momencie, gdy jej siostra i rodzice umierają w wyniku samobójczego zaczadzenia spalinami samochodowymi. Pogrążona w żałobie dziewczyna z początku nie radzi sobie z tą stratą. Po czasie jednak postanawia dołączyć do wyprawy do Szwecji, którą organizuje jej chłopak, Christian, wraz z kolegami. Wszyscy mają wziąć udział w prastarym święcie organizowanym w odciętej od świata komunie z okazji letniego przesilenia.

Z początku wioska, do której trafiają bohaterowie filmu, zdaje się być sielską, arkadyjską krainą. W skutek zjawiska dnia polarnego, praktycznie cały czas jest tam jasno, pogodnie i słonecznie. Panują ład i harmonia, ludzie są uśmiechnięci i żyją w zgodzie z prawami natury. Ale, jako że natura potrafi też być brutalna i bezwzględna, Dani i jej towarzysze stopniowo zaczną odkrywać mroczną i niepokojącą stronę tego miejsca.

Już „Dziedzictwo. Hereditary”, kapitalny pełnometrażowy debiut Ariego Astera, dowiódł, że na scenie pojawił się niebanalny, intrygujący twórca filmowy, który może co nieco namieszać w X muzie.

W „Midsommar. W biały dzień” Aster rozwija swoje skrzydła jeszcze bardziej, serwując widzom pełen niepokoju, dezorientacji koszmar, który wżera się głęboko pod skórę i na długo zostaje pod jej tkanką.

To opowieść o sile rozpaczy, żałobie, radzeniu sobie ze stratą i smutkiem. To także historia o tragedii ludzkiego życia, jego nagłej brutalności, bezwzględnych cyklach, dramatycznych zmianach, takich jak starzenie się, śmierć czy choćby koniec związku. Ari Aster nie tylko wymyślił fascynującą i oryginalną formę dla swojego filmowego koszmaru, ale też – zamiast tworzyć abstrakcyjne demony – skupił się na tym, by przypomnieć nam, że nie ma nic bardziej przerażającego niż nasza egzystencja.

Choć „Midsommar. W biały dzień” przynależy gatunkowo do horroru, to nie pamiętam, kiedy oglądałem „straszny film”, który byłby pełen tylu jasnych, kojących, przyjemnych dla oka barw. Mistrzostwo Astera przejawia się jednak w tym, że pomimo sielskiej i słonecznej atmosfery, udało mu się stworzyć poczucie strachu i niepokoju towarzyszące widzowi niemalże przez cały seans.

Niemałą rolę odgrywają w tym stanie rzeczy genialne zdjęcia Pawła Pogorzelskiego. Wspaniałe, treściwe panoramy, zabawy z perspektywą, wirtuozerskie długie ujęcia pod nietypowymi kątami i robiące niesamowite wrażenie obroty o 180 stopni (to trzeba zobaczyć na dużym ekranie!) tylko potęgują wrażenie czyhającej na bohaterów grozy.

Co ważne, w „Midsommar” Ari Aster korzysta z przeróżnej maści środków, by wywołać w widzu strach. I nie są to tylko i wyłącznie klasyczne motywy horrorowe.

Dużą część filmu zajmuje twórcom ekspozycja, nie tylko bohaterów, ale przede wszystkim odseparowanej od świata wioski i zamieszkującej jej komuny. Przygląda się jej z niemalże antropologiczną uwagą i fascynacją. Bada ich zwyczaje, symbole, wspaniałe stroje, obrzędy, pozornie oszczędną architekturę. Chwilami skręcając wręcz w stronę dokumentalnego reportażu, ale też i delikatnej satyry, a nawet… komedii.

Dosłownie przerażających scen nie ma tu wcale tak wiele, ale jak już się pojawiają, to gwarantuje, że zostaną w waszej pamięci na dłużej, niż byście tego chcieli. Tym bardziej, że kamera wręcz każe nam się przyglądać im z bliska.

Reżyser po mistrzowsku ogrywa przestrzenie, sprawiając, że – pomimo swojej otwartości – wydają się na swój sposób ciasne, duszące.

Przeważnie w horrorach bohaterowie przebywają w klaustrofobicznych pomieszczeniach. W „Midsommar” natomiast Aster „zamknął” ich pod gołym niebem, do tego w pełnym, jasnym świetle słonecznym. Wydaje się, że to w mroku i ciemności bohaterowie są tu w stanie znaleźć schronienie.

Poza postacią Dani, reszta ekipy „gości z zewnątrz”, którzy trafiają do tajemniczej szwedzkiej wioski, stanowią chodzącą satyrę na postaci młodych ludzi (Amerykanów?) znanych z klasycznych horrorów. Josh (William Jackson Harper) skupiony jest na zbieraniu materiałów do pracy doktorskiej, Mark (Will Poulter) myśli jedynie o tym, by imprezować, ćpać i zaliczać młode Szwedki, a Christian (Jack Reynor) to średnio inteligentny koleś, który kompletnie nie dba o swoją dziewczynę, Dani, popełniając wszystkie, najbardziej oczywiste błędy, jakie można odhaczyć, będąc w związku.

Dani z kolei fascynuje najbardziej. Jest w pewnym sensie duchową siostrą postaci granej przez Toni Colette w „Dziedzictwie. Hereditary”. Ciąży nad nią „klątwa” depresji, nawiedzająca całą jej rodzinę. W dodatku przez cały seans obserwujemy, jak radzi sobie ze smutkiem i żałobą po stracie bliskich, a także jak bardzo patologicznie uczepiona jest swojego beznadziejnego chłopaka. Na jednym z poziomów „Midsommar” to film o dojrzewaniu do zakończenia toksycznego związku. W tym przypadku ukazany jako terapia szokowa.

Florence Pugh jako Dani jest fenomenalna! Kamera towarzyszy jej przez większość seansu, a aktorka wypełnią ją imponującą paletą emocji.

Od dezorientacji, przez niepewność, strach, aż po smutek, żal, ból. Ari Aster nie pierwszy raz wyciska z aktorów wybitne popisy i maksimum umiejętności. Nie zdzwiłbym się, gdyby Pugh otrzymała za rolę w „Midsommar” aktorską nominację do Oscara.

„Midsommar. W biały dzień” na długo zrobi spore zamieszanie w waszej psychice.

To film, który uderza widza prosto między oczy przerażającą prawdą o brutalności życia, śmierci, narodzinach, czy nawet akcie rozmnażania. Przypomina o naszej jedności z naturą, a także o kruchości, nieprzewidywalności życia oraz o tym, że nie ma przed tym ucieczki. Czy może być coś bardziej przerażającego?

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (11)

116 odpowiedzi na “„Midsommar. W biały dzień” to najbardziej popieprzony folk-horror XXI wieku – recenzja”

  1. Sam klnę jak szewc jednak uważam, że taki tytuł artykułu na portalu o takim zasięgu to przegięcie. Czuję się nieswojo gdy nastolatek w rozmowie z dorosłym na legalu eksponuje przymiotnik „zajebisty” bo przecież jest to powszechne, zwykłe słowo w jego mniemaniu. Teraz „popieprzony”. Co dalej?

    • Nastepne beda recenzje telefonow, ktore sa nie do zajebania, oraz laptopow, ktore sa kurewsko szybkie. Do tego nowy iPhone, w ktorym Apple dojebalo do pieca i Galaxy Fold ze spierdolonymi zawiasami. I kazdy poczuje sie swojsko.

  2. Okej, może i Midsommar ma potencjał, ale odsłona Heredity według mnie i całej sali kinowej na premierze była PORAŻKĄ. Tam nie było elementów horroru… Tam było wszystko poza horrorem. Ten film miał przestraszyć, a spowodował tylko głębokie refleksje nad tym, dlaczego tam przyszłam. Szczerze powiem, że jeżeli takie same emocje wywoła we mnie Midsommar to nie warto iść na film tegoż reżysera.

  3. Gniot jakich mało. Byłem, widziałem, ale nie do końca, bo po dwóch godzinach oglądania tego chłamu wyszedłem z sali. Poszedłem na film grozy, ale śmiałem się razem z resztą sali. Z tu zaprezentowanej recenzji wszystko wygląda OK, ale w praktyce to porażka. Tylko zdjęcia ten film ratują. Fabuła i sposób opowiedzenia historii przypomina sztukę na poziomie ” gówno artysty w puszce”. Dobrze że bilet miałem za darmo. Nie polecam, chyba że chcecie zmarnować 2,5 godziny, bo aż tyle to badziewie trwa.

  4. Dołączam się do przedmówców. Nie pamiętam czy kiedykolwiek tak się rozczarowałem w kinie… Jedyna refleksja jaka mnie naszła po seansie, to dlaczego w ogóle na niego poszedłem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...