„Anna” od Luca Bessona to płytka i nieudana próba wskrzeszenia „Nikity”

Recenzja/Film 28.06.2019
Nasza ocena:
„Anna” od Luca Bessona to płytka i nieudana próba wskrzeszenia „Nikity”

„Anna” od Luca Bessona to płytka i nieudana próba wskrzeszenia „Nikity”

Jeśli ciągle nie dość wam oglądania kobiet kopiących tyłki przerośniętym facetom z wielkimi spluwami, to „Anna” ma szansę stać się waszym guilty pleasure. O ile nie zaśniecie podczas seansu.

Był taki moment, w samym sercu lat 90., gdy Luc Besson pretendował do miana europejskiego Spielberga, złotego dziecka kina komercyjnego Starego Kontynentu. Jego „Nikita” czy „Leon Zawodowiec” wprowadzały pewien powiew świeżości do kina akcji, głównie dzięki przerzuceniu akcentów na postaci kobiece. Następnie „Piąty element”, który nie był wprawdzie wybitnym filmem, zdołał pokazać, że także w Europie, bez scentralizowanego systemu studyjnego i z mniejszym budżetem można stworzyć wystawne i rozbuchane wizualnie widowisko w hollywoodzkim stylu.

Jednak pomysły Bessona szybko się skończyły i zaczęły trącić myszką. W XXI wieku filmy akcji z jego stajni były wyraźnie przestarzałe, a pierwsza próba nowej inkarnacji Nikity, czyli „Lucy”, choć stała się kasowym przebojem, była niedorzecznym i rozczarowującym akcyjniakiem bez pomysłu.

Kilka lat temu twórca postawił wszystko na jedną kartę, kręcąc adaptację francuskich komiksów o przygodach Valeriana. „Valerian i miasto tysiąca planet” okazało się jednak wtórną, banalną i w gruncie rzeczy nijaką zrzynką z „Avatara” (który sam nie był specjalnie oryginalny) i do tego doprowadziło wytwórnię Europacorp na skraj bankructwa, jako że stał się on potężną finansową klapą.

Teraz „Anna” niestety nie poprawia sytuacji Bessona. To film, który istnieje niejako w odklejeniu od rzeczywistości, trochę wręcz zacierający ślady istnienia innych filmów akcji z kobietami jako zabójcami.

Reżyser zdaje się tak budować sceny jej poczynań, jakby był to pierwszy raz, gdy na ekranie możemy oglądać śmiertelnie niebezpieczną niewiastę.

Fabularnie też w sumie jest podobnie. „Anna” to film poskładany z całej masy znanych nam klisz. Oto poznajemy młodą kobietę (w tej roli rosyjska modelka Sasha Luss), której życie sięgnęło dna. Jej dnie mijają na intensywnym przyjmowaniu dragów wraz ze swoim patologicznym „chłopakiem” – poza tym nie ma przed sobą żadnych perspektyw. Do momentu, aż w jej mieszkaniu pojawia się tajemniczy mężczyzna, będący agentem KGB (Luke Evans), który proponuje jej pracę agentki-zabójczyni na zlecenie rosyjskiego rządu. Resztę fabuły możecie sobie dopowiedzieć.

„Anna” to na dobrą sprawę powtórka z „Atomic Blonde” i „Czerwonej jaskółki” razem wziętych.

Z tą różnicą, że jest jeszcze gorszym filmem niż dwa wyżej wymienione (a i one nie należały do wybitnych produkcji). Historia podąża znanymi ścieżkami i pomimo licznych wysilonych zwrotów akcji nie wprowadza praktycznie żadnego napięcia i bardziej nuży niż ekscytuje. Ewentualnie śmieszy, bo Besson próbuje co jakiś czas puszczać oko do widza. Robi to jednak na tyle nieudolnie, że zamiast lekkiej satyry na thrillery szpiegowskie i kino akcji zaszytej w „poważnym” akcyjniaku, dostajemy niezamierzoną parodię wyżej wymienionych gatunków. Zwrotów akcji i męczących przeskoków po chronologii zdarzeń jest tu tyle, że najpierw zaczynają one irytować, a pod koniec seansu zaczynają być na swój sposób zabawne.

Luc Besson powierzył główną rolę w filmie „Anna” stawiającej pierwsze kroki w aktorstwie rosyjskiej modelce Sashy Luss i niestety tym razem spudłował.

Jest ona kompletnie pozbawiona wyrazu, niemal nieobecna. Nie ma w niej ani krzty charyzmy czy energii potrzebnej do zagrania heroinę w filmie akcji. Luss przypomina bardziej androida ze zbolałą (jedną) miną. Składanie całego filmu na jej barkach to duży błąd.

Koniec końców „Anna” wydaje się być zrobionym trochę na siłę skokiem na kasę. I to nieudanym, gdyż nie zapamiętacie z tego filmu właściwie ani jednej sekwencji akcji. Zresztą nie ma ich tu wcale tak dużo, a tę najbardziej efektowną możecie obejrzeć prawie w całości w zwiastunie.

A przy okazji, „Anna” jest też swoistym artystycznym uderzeniem się w pierś reżysera, który oskarżony jest o molestowanie przez dziewięć kobiet.

Szkoda tylko, że jego jedyną odpowiedzią na stawiane mu zarzuty jest zrobienie płytkiego (melo)dramatu akcji z posągowo piękną modelką, która kopie tyłki złym facetom i próbuje znaleźć dla siebie miejsce i spokój w męskim świecie.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...