„Anima” od Thoma Yorke’a i Paula Thomasa Andersona to szczypta audiowizualnej magii w formacie krótkometrażowym

Recenzja/Film 28.06.2019
Nasza ocena:
„Anima” od Thoma Yorke’a i Paula Thomasa Andersona to szczypta audiowizualnej magii w formacie krótkometrażowym

„Anima” od Thoma Yorke’a i Paula Thomasa Andersona to szczypta audiowizualnej magii w formacie krótkometrażowym

Krótkometrażowy film stanowi wspaniałą kontynuację współpracy Thoma Yorke’a z Radiohead i reżysera Paula Thomasa Andersona. „Anima” jest już dostępna do słuchania i oglądania na Netfliksie.

Drogi Paula Thomasa Andersona i grupy Radiohead zeszły się po raz pierwszy w 2016 roku. Reżyser takich filmowych arcydzieł jak „Magnolia” czy „Aż poleje się krew” nakręcił ponad 6-minutowy klip do utworu Daydreaming z albumu „A Moon Shaped Pool”.

Teraz, w momencie premiery trzeciego solowego albumu frontmana Radiohead, Anderson ponownie dał się zanurzyć w oniryczny, elektroniczny świat dźwięków muzyka.

Krótkometrażowy film towarzyszący premierze krążka „Anima” zawiera w sobie trzy kawałki autorstwa Yorke’a – Not the News, Traffic i Dawn Chorus.

Na samym początku wita nas obraz jadącego pod ziemią metra. W środku siedzą ludzie, wszyscy ubrani praktycznie tak samo, bezbarwnie, smutno – wyglądają niczym niewolnicy wiezieni do obozów pracy. Pośród nich znajduje się sam Thom Yorke. W pewnym momencie dostrzega w pociągu kobietę (w tej roli prawdziwa partnerka muzyka Dajana Roncione). Zostawia ona po sobie torbę. Postać grana przez Yorke’a podnosi ją i zaczyna podążać za kobietą w celu zwrócenia jej rzeczy.

„Animę” ogląda się w dużej mierze jak futurystyczny pokaz baletowy.

Przez cały czas trwania filmu postaci, na które spoglądamy na ekranie wykonują robotyczno-kukiełkowe ruchy, sprawiające wrażenie, jakby byli męczeni przez wszelkiej maści spazmy. Otoczenie (film został nakręcony w czeskiej Pradze) sprawia wrażenie dystopijnej fantazji sennej. Obrazy z miejsca skojarzą się z „Nowym wspaniałym światem” bądź „1984” Orwella.

Twórcy przy okazji próbują też pożenić ze sobą przeszłość z teraźniejszością. „Anima” dostępna jest (oprócz incydentalnych projekcji w IMAX-ie) na największej streamingowej platformie świata. Można ją więc oglądać na każdym ekranie (choć osobiście polecam jak największy plus dobre głośniki, by w pełni doświadczyć „Animę”).

Z kolei formalnie film Yorke’a i Andersona wydaje się być listem miłosnym do niemego kina oraz filmów Chaplina i Bustera Keatona.

Yorke, razem z profesjonalnymi tancerzami, pod okiem choreografa Damiena Gileta (panowie poznali się na planie remake’u „Suspirii”, do której muzykę napisał frontman Radiohead) wykonuje serie intrygujących układów tanecznych. Wyraźnie inspirowane twórczością Piny Bausch sekwencje oddają melancholię, pustkę, ale i pragnienie wyrwania się z więzów oraz wzajemne poszukiwanie się pierwiastków męskich i żeńskich. Koniec końców Yorke i Anderson serwują nam dystopijną opowieść miłosną.

„Anima” nie jest wizualnym arcydziełem. Nie jest to też artystyczne wydarzenie sezonu. Tym niemniej, jeśli uda się wam wygospodarować kwadrans, dajcie się zaprosić na tę magiczną podróż. Sądzę, że nie pożałujecie.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...