Mam nadzieję, że ktoś wymaże mi ten film z pamięci. „Men In Black: International” rozczarowuje

Recenzja/Film 14.06.2019
Nasza ocena:
Mam nadzieję, że ktoś wymaże mi ten film z pamięci. „Men In Black: International” rozczarowuje

Mam nadzieję, że ktoś wymaże mi ten film z pamięci. „Men In Black: International” rozczarowuje

Chris Hemsworth i Tessa Thompson po raz kolejny stają ramię w ramię w jednym filmie. Tym razem jednak efekt jest poniżej oczekiwań. „Men in Black: International” to spin-off, którego nikt nie potrzebował.

22 lata temu „Faceci w czerni” idealnie wpasowali się w oczekiwania masowej publiczności, a nawet je przeskoczyli. Film Barry’ego Sonnenfelda z Willem Smithem i Tommy Lee Jonesem był powiewem świeżości na tle niezbyt wyszukanych widowisk hollywoodzkich końca lat 90.

Będący adaptacją komiksów Marvela pierwsi „Men in Black” nie tylko zachwycali rozmachem i wielką ilością barwnych kosmitów, których na swej drodze spotykali główni bohaterowie. Film ten odznaczał się świetnym humorem, masą dziarskich gadżetów, ciekawą mitologią będącą zarazem satyrą na filmy o superagentach, która nie brała siebie na poważnie i co chwila mrugała do widza. Do tego charyzma Smitha i Jonesa oraz znakomita chemia między nimi sprawiły, że kinomani dostali wartą uwagi blockbusterową perełkę.

Nie udało się jednak rozwinąć „Men in Black” do rozmiarów wielkiej franczyzy. W 2002 roku na światło dzienne wyszedł rozczarowujący sequel, którego złe wrażenie zdołała wymazać część trzecia, powstała jednak aż dekadę później.

„Faceci w czerni” jako seria jedzie więc na ostatnich oparach. I niestety „Men in Black: International” nie poprawia sytuacji.

Na początek sprostowanie dla tych, którzy nie mają pewności czym jest ten film. Nie, to nie jest remake, ani reboot, dzięki bogu. „Men in Black: International” to spin-off. Oznacza to, że rozgrywa się w tym samym uniwersum co poprzednie części serii (w filmie pojawiają się, w epizodach, znane z nich postaci). Przy tym wszystkim nowa odsłona „Facetów (i facetek) w czerni” to osobna historia i odrębny byt.

I w sumie dobrze. Główni bohaterowie funkcjonują bowiem w uniwersum, którego nie trzeba stwarzać i przedstawiać od nowa. Osobiście nie należę do fanów filmów, które próbują wymazać z pamięci poprzednie części danej sagi i opowiedzieć ją raz jeszcze na nowo.

Szkoda tylko, że twórcy „Men in Black: International” nie wykorzystali tej okazji do napisania bardziej kreatywnego scenariusza.

Efekt jest taki, że znowu oglądamy historię czarnoskórej osoby (tym razem kobiety, Molly – w tej roli Tessa Thompson), która po latach wytrwałego śledztwa w końcu namierza siedzibę Facetów w czerni i robi wszystko, by zostać jedną z kultowych agentek. Traf (albo pech) sprawia, że niemalże z miejsca trafia pod skrzydła młodego i podziwianego przez wszystkich agenta H (Chris Hemsworth). Oboje zostają skierowani do sprawy, od której zależą losy wszechświata. I tak dalej… Słowem nic nowego w świecie mężczyzn i kobiet w czerni.

A szkoda, bo aż się prosi, by wykorzystać okazję (i nowych bohaterów) i bardziej zabawić się z poetyką serii. Tym bardziej, że „Men in Black”, przynajmniej na samym początku, odznaczali się niemałą wyobraźnią, brawurą, ciekawymi pomysłami i przede wszystkim dobrym humorem. A tego wszystkiego zabrakło w najnowszej odsłonie.

Co dziwi, gdyż reżyser, F. Gary Gray, może nie jest wielkim artystą kina, ale jest solidnym rzemieślnikiem, który potrafi dobrze wykorzystać wielki budżet i zrobić za te pieniądze niemały spektakl (patrz: „Szybcy i wściekli 8”).

Tymczasem „Men in Black: International” jest filmem niejako pozbawionym życia i energii. Wszystko w nim wydaje się sztywne, pod przysłowiowym krawatem.

Trochę tak, jakby ten film powstał wedle wytycznych księgowych zaczytanych w excelowskich tabelkach. Akcji tu nie brakuje, ale są one pozbawione wyrazu. Nie ma tu właściwie żadnej sekwencji, o której można rozmawiać wychodząc z kina, a już tydzień po seansie cały film przepadnie w odmętach waszej pamięci.

Galeria kosmitów, wizytówka poprzednich części, też wypada blado i zadziwiająco nijako. Nieliczne zwroty akcji są totalnie przewidywalne i nie wywołują żadnych emocji.

Tessa Thompson i Chris Hemsworth dali całkiem solidne popisy aktorskie w obrębie gatunku, natomiast polegli jako duet, a to też była zawsze wizytówka tej serii.

Hemsworth gra ładnego, sprawnego i trochę tłumokowatego kolesia, który zdaje się być niczym więcej jak poczciwym i uroczym idiotą. Tą lepszą połową ma być postać Tessy Thompson. To ona jest mądrzejsza, bardziej zaradna, lepiej kojarzy fakty i w ogóle niemalże w każdej dziedzinie góruje nad kolegą. Szkoda tylko, że w tym wszystkim jest zwyczajnie nudna.

Gdy przypomnę sobie niewymuszone interakcje pomiędzy zawadiackim Willem Smithem i stoickim, trochę cholerycznym Tommy Lee Jonesem, to po dziś dzień na mojej twarzy pojawia się uśmiech i chęć obejrzenia tego po raz kolejny. Thompson i Hemsworth tymczasem nie wyszli poza poetykę klasycznego duetu komediowego, tyle że bez wyrazu.

Byłem pozytywnie nastawiony do tego filmu. Dwójka nowych postaci pasowała mi do tego uniwersum. Liczyłem jednak na rozwinięcie świata przedstawionego, masę dobrej zabawy, udanego humoru i efektownych sekwencji. Dostałem za to co najwyżej hollywoodzkiego średniaka, zrobionego bez krzty serca i pasji.

Nie jest to film szkodliwy dla szarych komórek, więc jeśli tylko macie czas i chęć na niezobowiązującą rozrywkę, to nie sądzę byście się jakoś straszliwie rozczarowali. Na pewno nie jest to jednak blockbuster, który zapisze się na dłużej w waszej pamięci.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...