„Rolling Thunder Revue: Opowieść o Bobie Dylanie od Martina Scorsese” to mistrzowska zabawa obrazem i dźwiękiem. Dokument obejrzycie na Netfliksie

Recenzja/Film 13.06.2019
Nasza ocena:
„Rolling Thunder Revue: Opowieść o Bobie Dylanie od Martina Scorsese” to mistrzowska zabawa obrazem i dźwiękiem. Dokument obejrzycie na Netfliksie

„Rolling Thunder Revue: Opowieść o Bobie Dylanie od Martina Scorsese” to mistrzowska zabawa obrazem i dźwiękiem. Dokument obejrzycie na Netfliksie

Jeszcze przed premierą filmu „The Irishman” Martin Scorsese połączył siły z Netfliksem i dał światu niezwykły dokument o jednym z najważniejszych bardów i poetów popkultury. Przed wami „Rolling Thunder Revue: Opowieść o Bobie Dylanie od Martina Scorsese”. 

Jest rok 1975. Bob Dylan postanowił powrócić po latach do idei tras koncertowych. Nie chciał jednak, by była to typowa trasa. Skłonił się więc ku rewii, swoistemu przeglądowi i zaprosił do tej przygody muzyków, takich jak Joan Baez, Joni Mitchell, poetę Allen Ginsberga czy scenarzystę Sama Sheparda. Wszyscy oni ruszyli w podróż po niedużych miastach i klubach USA, tworząc coś na kształt artystycznej trupy cygańskiej z końca XX wieku. Całość przedsięwzięcia została sfilmowana i… trafiła do szuflady na dekady. Część zdjęć została użyta wprawdzie w debiutanckim surrealistycznym debiucie reżyserskim Boba Dylana „Renaldo i Clara”, jednak większość, do tej pory, nie ujrzała światła dziennego.

I wtedy na scenie pojawili się Martin Scorsese i niezawodny Netflix. A naszym oczom ujawnił się „Rolling Thunder Revue: Opowieść o Bobie Dylanie od Martina Scorsese”.

Jeśli jednak oczekujecie klasycznego dokumentu albo filmu koncertowego, to miejcie na uwadze, że „Rolling Thunder Revue” jest czymś zdecydowanie więcej.

Najbardziej fascynujące w filmie Netfliksa jest to, że nie bierze on siebie w pełni poważnie. Z jednej strony zaczyna się on od ujęć pokazujących jak Amerykanie obchodzą 200. rocznicę powstania swego kraju. Po czym, kilkanaście minut później, w jednym z komentarzy mieszkańca niedużego miasta słyszymy, że na dobrą sprawę nikogo to święto zbytnio nie obchodzi.

„Rolling Thunder Revue” chwilami wydaje się być pomnikiem geniuszu Boba Dylana, by w kolejnych scenach ten pomnik lekko zburzyć pokazując samego muzyka, który prawi truizmy (np. wtedy gdy po latach stwierdza, że „W drodze” Kerouaca opowiada o drodze życia – eureka!).

Oglądając  „Rolling Thunder Revue”, miałem nieodparte wrażenie, że, przynajmniej chwilami, obcuję z mockumentem, czyli fałszywym dokumentem, zrobionym po trosze dla zabawy. We fragmentach wywiadu nakręconych współcześnie Dylan, zapytany o swoje wspomnienia z trasy z 1976 roku, mówi śmiejąc się: „To było tak dawno temu, nie było mnie jeszcze wtedy na świecie”. W filmie padają więc różne wersje tego skąd wzięła się nazwa „Rolling Thunder”, a nawet kto wpadł na pomysł, by zorganizować to tournee.

Stefan van Dorp, który według tego co oglądamy miał być reżyserem trzymającym pieczę nad dokumentowaniem trasy Rolling Thunder, jest tak naprawdę postacią zmyśloną (!).

Nie przeszkadzało to Dylanowi wymyślać niezbyt pochlebnych opinii na jego temat.

W filmie pojawia się nawet Sharon Stone, która opowiada o tym, jak Dylan wypatrzył ją z tłumu i zaprosił, by dołączyła do trasy, podczas której m.in… prasowała koszule dla Joan Baez. W pewnym momencie obecność na koncercie Rolling Thunder Revue wspomina w filmie polityk Jack Tanner, który… też jest postacią fikcyjną. W dodatku „zapożyczoną” z innego mockumentu, wyreżyserowanej przez Roberta Altmana miniserii „Tanner ’88”.

Znamiennie jest już to, że pierwsze kadry „Rolling Thunder Revue” przedstawiają film Georgesa Meliesa (któremu hołd oddał Scorsese we wspaniałym „Hugo i jego wynalazek”), na którym widać pokaz magika, sprawiającego, że oglądana przez nas kobieta siedząca na krześle znika i potem pojawia się znikąd. Tym samym niejako już we wstępie Scorsese i Dylan dają nam znać, że mamy do czynienia z formą iluzji.

Można więc to dzieło traktować jako zabawę z formą, medytację na temat samej poetyki filmu, także dokumentalnego, który zawsze, w mniejszym bądź większym stopniu „oszukuje” widza iluzjami oraz wykorzystuje fikcyjne zdarzenia.

W późniejszych scenach z wywiadu Dylan opowiada o tym, że tylko ludzie w maskach nie kłamią oraz, że życie nie polega na poznaniu/odnalezieniu siebie, tylko na stworzeniu siebie. No i o tym głównie jest ten film. O sztuce kreacji, micie stworzenia, który wykorzystuje w swoim przepisie składniki zarówno pochodzące z rzeczywistości jak i te, które zostały zwyczajnie zmyślone. I jest to naprawdę misterna i mistrzowska filmowa robota. O ile sam Martin Scorsese nie nakręcił archiwalnych scen z trasy Rolling Thunder Revue, tak po raz kolejny udowodnił, że jest geniuszem opowiadania obrazami, tym razem jako fenomenalny montażysta-demiurg. Żonglujący faktami, dbający o perfekcyjne zremasterowanie obrazu i dźwięku, nadający tej historii nie tylko cechy półpoważnej zabawy z formą, ale też zajmującej nadbudowy duchowo-socjoligicznej.

W filmie zobaczymy jedne z najlepszych sfilmowanych występów Boba Dylana na scenie (dla fanów muzyka jest to nie lada gratka!).

Wyglądający jak krzyżówka trubadura i kowboja Dylan ma w sobie ogromne pokłady energii. Bawi się gatunkami muzycznymi, na scenie wychodzi z niego niemalże rock’n’rollowe zwierzę (trochę tak, jakby naśladował/przedrzeźniał Rolling Stonesów). Częste zbliżenia w pełnej krasie ukazują jego wymalowaną na biało twarz (film nie wyjaśnia do końca czy jest to efekt fascynacji make upem grupy Kiss czy raczej hołd dla japońskiego teatru Kabuki). Zajrzymy za kulisy koncertów jak i również przyjrzymy się temu jak wyglądało życie imprezowe artystycznej bohemy lat 70. w USA. A w tle przemiany społeczne, sygnalizowane wielokrotnie pokłosie wojny w Wietnamie czy kryzys gospodarczy i bezrobocie.

Martinowi Scorsese udała się więc nie lada sztuka. Dał on światu z jednej strony hybrydę koncertu z filmem dokumentalnym, który jest jednocześnie traktatem portretującym stan społeczny USA lat 70. i do tego wszystkiego frywolnym kinem eksperymentalnym. Jeśli ktoś jeszcze miał jakiekolwiek wątpliwości co do geniuszu pana Scorsese to sądzę, że „Rolling Thunder Revue” powinien je już ostatecznie rozwiać.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (2)

5 odpowiedzi na “„Rolling Thunder Revue: Opowieść o Bobie Dylanie od Martina Scorsese” to mistrzowska zabawa obrazem i dźwiękiem. Dokument obejrzycie na Netfliksie”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...