Kino autorskie ma się lepiej, niż myślisz. I nie tylko sukces „Zimnej wojny” o tym świadczy

Felieton/Film 05.06.2019
Kino autorskie ma się lepiej, niż myślisz. I nie tylko sukces „Zimnej wojny” o tym świadczy

Kino autorskie ma się lepiej, niż myślisz. I nie tylko sukces „Zimnej wojny” o tym świadczy

Wbrew pozorom w erze wielkich widowisk o superbohaterach oraz taśmowych produkcji Netfliksa bardziej niszowe i autorskie filmy wcale nie mają takiego złego życia w dystrybucji kinowej. Najlepszym tego dowodem jest nowy film „Bong Joon-Ho, „Parasite”, który w rodzimej Korei jest większym przebojem niż nowa „Godzilla”.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Zewsząd słychać głosy, że film, także jako doświadczenie kinowe, jest obecnie w okresie schyłkowym. Zresztą nie pierwszy raz. Kryzys dosięgał X muzę choćby w latach 50., gdy telewizja wchodziła pod strzechy i była atrakcyjną nowinką, którą każdy chciał mieć w domu.

Potem w latach 70. gdy zaczął rodzić się rynek kaset wideo, a widzowie zaczęli czuć przesyt autorskimi dramatami i szorstkimi filmami sensacyjnymi, Hollywood wyraźnie nie mogło złapać świeżego oddechu. Jak wiemy z ratunkiem przybyli George Lucas z „Gwiezdnymi wojnami” oraz Steven Spielberg ze „Szczękami” i uratowali dzień. A wręcz całe dekady. Kolejny kryzys przyszedł wraz z początkiem XXI wieku, a na sile przybrał wraz z rozwojem serwisów streamingowych.

Wielu twierdzi, że przyszłość kina rysuje się tak, że na dużych ekranach będziemy oglądać albo skromne arthouse’owe i dopieszczone wizualnie produkcje celujące w Oscary albo ogromne widowiskowe spektakle.

Już teraz widać, że produkcje średniobudżetowe powoli zanikają. Ich domami stają się przede wszystkim serwisy takie jak Netflix czy Hulu.

Ale jest światełko w tunelu. Po kilku latach posuchy globalny widz powoli zaczyna szukać jakiegoś rozróżnienia w często dość przaśnym, a przynajmniej jednorodnym, rynku. Okazuje się bowiem, że pomimo rozwoju serwisów streamingowych i dominacji filmowych Behemotów w rodzaju Disneya, ciągle jest zapotrzebowanie na mniej oczywiste i bardziej autorskie dzieła.

Obecnie jesteśmy świadkami wielkie triumfu koreańskiego reżysera Bong Joon-Ho i jego filmu „Parasite”, który dopiero co został nagrodzony Złotą Palmą na festiwalu w Cannes. W miniony weekend na rodzimym rynku „Parasite” zadebiutował zarabiając 25 mln dol. To znakomity wynik! Biorąc pod uwagę renomę samej tylko Złotej Palmy jak i popularność Bong Joon-Ho pośród arthouse’owej widowni na całym świecie, nie jest wykluczone, że „Parasite” zarobi nawet 100 mln dol. w globalnej dystrybucji.  Jak i również, że zostanie nominowany do Oscara w kategorii „film nieanglojęzyczny”.

Od co najmniej kilku lat można zaobserwować pozytywny trend wskazujący, że filmy niezależne, autorskie, albo po prostu niskobudżetowe, są w stanie zainteresować widzów i przynosić producentom niemałe zyski.

Oczywiście nawet jeśli „Parasite” dobije do 100 mln dol. to nadal będą go dzielić lata świetlne od produkcji Marvela czy Disneya, ale taka kwota, w obrębie kina artystycznego to prawdziwy kosmos.

Na przykład w 2017 roku świetna niezależna komedia „I tak cię kocham” przy budżecie 5 mln dol. zdołała zarobić ponad 50 mln dol, czyli 10 razy więcej. Kosztujący 10 mln dol. niezależny komediodramat „Lady Bird” zarobił prawie 80 mln dol. ze światowej dystrybucji. Nasz rodzimy „Twój Vincent” będący artystyczną animacją wykonaną w stylu malarskim przy budżecie 5,5 mln dol. zarobił globalnie ponad 42 mln dol. Japońska animacja „Your name”, która kosztowała 3 mln dol. zarobiła na świecie niesamowite 357 mln. dol. Ponad 100 razy więcej!

W minionym, 2018 roku „Zimna wojna”, przy kosztach produkcji wynoszących niecałe 5 mln dol., zarobiła prawie 20 mln dol..

Jeszcze lepiej poradził sobie genialny „Kafarnaum” w reżyserii Nadine Labaki. Kosztował 4 mln dol. a zarobił znakomite 68,6 mln dol. Stając się przy tym najbardziej kasowym arabskim i bliskowschodnim filmem w historii kina.

Równie fenomenalny film „Złodziejaszki” prosto z Japonii także zarobił znakomite 72,7 mln dol. globalnie. Wprawdzie konkretnych danych odnośnie budżetu nie udało mi się znaleźć, ale „na oko” wątpię, by wyniósł on więcej niż kilka mln dol.

W skali świata to nadal jest skromna widownia, ale u progu trzeciej dekady XXI wieku doszliśmy do punktu, w którym autorskie, oryginalne kino jest w cenie i ma prawdopodobnie większą publiczność niż kiedykolwiek wcześniej.

Na świetne wyniki wyżej wymienionych filmów złożyły się przede wszystkim rynki europejskie i azjatyckie, pokazując, że nadal istnieje potencjał w tego typu historiach. A poza potencjałem można też na nich zarobić niemałe fortuny.

Miejmy nadzieję, że nie jest to chwilowy trend i swoista cisza przed przesiadką jeszcze większej widowni na Netfliksa i podobną mu konkurencję. Sam też, jako pasjonat kina i to szeroko rozumianego, cieszę się, że wcale niemała widownia cały czas chętnie wychodzi do kina i ogląda nie tylko wielkie spektakle, ale i bardziej intymne i poruszające emocjonalnie historie. Ciągle jest dla nich miejsce na salach kinowych i dla mnie jest to bardzo pozytywna informacja. Bo gdy serwisy streamingowe w większości celują w bezpieczne kino środka, tak kina ciągle jeszcze pozostają domem zarówno widowisk jak i autorskich produkcji.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...