Biografie muzyków to wdzięczny temat. Jakie inne filmy oprócz „Rocketmana” warto sprawdzić?

Artykuł/Film 04.06.2019
Biografie muzyków to wdzięczny temat. Jakie inne filmy oprócz „Rocketmana” warto sprawdzić?

Biografie muzyków to wdzięczny temat. Jakie inne filmy oprócz „Rocketmana” warto sprawdzić?

Portrety znanych ludzi i ich życiorysy są często bardzo atrakcyjną pożywką dla twórców filmowych. Zwłaszcza, jeśli ci biorą na warsztat biografie muzyków.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

W takich przypadkach materiał na scenariusz jest z góry gotowy. Mało tego, jest go na tyle dużo, że trudno to wszystko upchać w jednym filmie. Sytuacje, w których finalne dzieło cierpi z tego powodu widzieliśmy już nie raz. Jednym z ostatnich tego przykładów jest „Bohemian Rhapsody”, który choć zgarnął szereg prestiżowych nagród i doczekał się świetnego wyniku box office, tak jednocześnie spotkał się ze sporym niezadowoleniem ze strony krytyków, ale i części fanów, gdyż dopuszczono się na ekranie wielu przeinaczeń faktów.

Niemniej filmowa biografia Freddiego Mercury’ego pozostaje dowodem na to, że istnieje duże zapotrzebowanie na ukazywanie losów znanych i lubianych w fabule. Ponad 900 mln dolarów zysku mówi samo za siebie. Już niedługo ten sukces będzie próbował powtórzyć „Rocketman”.

Nim jednak zaczęto pompować grube miliony w tego typu produkcje, sięgano po nieco inną formę.

Do opowiadania o muzykach czy też muzyce w ogóle, wykorzystywano przede wszystkim dokumentalną estetykę. Na określenie tego typu dzieł, których powstały dziesiątki, ukuto nawet termin rockumentary, a jego twórcą był Bill Drake. Z kolei „Don’t Look Back” (1967) w reżyserii D. A. Pennebaker’a to opowieść o angielskim tournee Boba Dylana, która usankcjonowała ten podgatunek.

Również „Monterey Pop” (1968) tego samego twórcy dało podwaliny rockumentowi. Tym razem nie była to opowieść o danym muzyku czy zespole, a o festiwalu muzycznym. Trwał on przez trzy dni w tytułowym Monterey i odbył się tylko raz, co wystarczyło, by stał się świadectwem swoich czasów. Dzięki niemu Brytyjczycy z The Who awansowali do amerykańskiego mainstreamu, Janis Joplin zaimponowała feministkom, a Jimi Hendrix podpalił tam swoją gitarę i roztrzaskał ją na scenie. Film rozpoczął na dobre erę filmów koncertowych, gdzie reżyser nie ingeruje w sceniczny świat – tu dominuje artysta i jego muzyka, możemy obserwować, jaki wpływ dźwięk wywiera na ludzi, spojrzeć w twarze artystów podczas ich występów, podziwiać ich instrumenty i to co z nimi robią. Doświadczamy muzyki nie tylko za pomocą słuchu, ale też poprzez emitowane obrazy. Tu też można się było przyjrzeć odbiorcom muzyki rockowej, dzięki ukazywaniu ich reakcji na dźwięki i panującą atmosferę.

Od ujęcia pokazującego ogromne puste pole, na którym po chwili pojawią się setki ludzi rozpoczyna się „Woodstock” (1970), dokument o legendarnym festiwalu. Jego podstawową treść wypełnia muzyka, ale równie ważne są tam sekwencje pozamuzyczne. Dokument bodaj jako pierwszy pokazywał koncert rockowy nie jako widowisko, lecz jako wydarzenie, gdzie równoprawnymi aktorami są muzycy i publiczność, scena i widownia. Burzliwa końcówka lat 70. została uchwycona w rockumencie o charakterze społecznym, jakim jest „Rude Boy” (1980) o The Clash i w „Breaking Glass” (1980), w którym przedstawiono świadectwo ekonomiczne ówczesnej Anglii. Do fabuły włączono silnie zaangażowane utwory i umieszczono je w ich kontekście społecznym. Filmy starają się z całym realizmem oddać obraz prawdziwego świata pełnego niepokojów.

Status gwiazdora filmowego przejmą muzycy rockowi, oni też będą obsadzani w filmach, tak jak np. Elvis Presley (zagrał w ponad trzydziestu filmach).

Filmowcy nie raz jeszcze sięgną po gwiazdora rocka jako aktora. Producenci mieli bardzo eksploatacyjne nastawienie do tematu rocka, traktowali go jako chwilową modę, na której trzeba jak najwięcej zarobić nim przeminie. Na ekranie pojawiały się przeróżne zespoły, wykonujące z reguły jedną piosenkę. Selekcja grup była przypadkowa, liczono po prostu na to, że muzycy w chwili wejścia filmu do kin będą obecni na listach przebojów. W dobry czas i we właściwego wykonawcę trafił Richard Brooks przy okazji premiery „Szkolnej dżungli” w 1955 roku, w której znalazł się Rock Around the Clock Billa Haleya.

Przełom nastąpił w 1964 roku, przynosząc kres starej formule kręcenia filmów rockowych. W „A Hard Day’s Night” o The Beatles, zaczęto traktować wykonawców i ich twórczość podmiotowo, pokazano, że film rockowy może posiadać sprawną warstwę fabularną – dowcipny scenariusz i dynamizm reżyserii. Muzycy są tu ukazani jako cztery odrębne osobowości, to gwiazdy własnego filmu, a nie tylko zespół. To też pierwsze dzieło, w którym pozwolono rozbrzmieć muzyce tylko jednej grupy.

Swego rodzaju rewolucją był też „Stardust” z 1974 roku. Do tej pory filmy rockowe pokazywały szczęśliwych ludzi, wielkie kariery, wspaniałe koncerty, może z wyjątkiem „Gimme Shelter” o morderstwie podczas występu The Rolling Stones. Jednak to dopiero dzieło Michaela Apteda jawnie zerwało z ukazywaniem sielankowości i pokazało ciemną stronę rocka. Bohater dramatu jest ofiarą gry interesów, mediów i adorującej publiczności, to obraz stopniowej demoralizacji człowieka. Brak tu miejsca na triumf wieńczący karierę, zamiast tego jest wycofanie się i rezygnacja prowadząca do śmierci przez przedawkowanie narkotyków – i to w dniu wywiadu, który miał być transmitowany na cały świat. Film traktuje o uniwersalnych ludzkich sprawach, nie jest kolejnym produktem żerującym na popularności rocka. Obraz dał początek biografiom, które mówią o przerażającym obliczu sławy i sukcesu – ten motyw będzie w przyszłości często poruszany w takich filmach, nie zabraknie też tematyki uzależnień, które prowadzą do destrukcji bohatera.

Przemysł filmowy nie zawsze był zainteresowany fabułami dotyczącymi karier znanych muzyków.

Jeśli pominąć filmy zrealizowane przed nastaniem epoki rock’n’rolla w rodzaju „Dzień i noc” z 1946 roku o kompozytorze Colu Porterze, to zauważymy, że muzyczne biografie rzadko trafiały na ekran. Pierwszą gwiazdą estrady, którą sportretowano w filmie była Billie Holiday w „Lady śpiewa bluesa” z 1972 roku, zaś pierwszą megaprodukcją o znanym muzyku był „Amadeusz” Milosa Formana (1984), który zdobył 8 Oscarów. Co prawda już wcześniej powstały takie fabuły, jak „Opowieść o Buddym Hollym” (1978) czy „Córka górnika” (1980), ale z pewnością nie zyskały one takiego poklasku, jak film o Mozarcie.

Później, jeszcze w latach 80. ekrany zaatakowała „La Bamba”, „Bird” oraz „Sid i Nancy” o jednej z najsłynniejszych par rocka. W kolejnej dekadzie również nie powstało wcale tak dużo dzieł o gwiazdach estrady. Było oczywiście „The Doors” Olivera Stone’a, „Tina” oraz „Selena”, ale to chyba jedyne głośne dzieła lat 90. o znanych muzykach.

Muzyczne biografie były marginalizowane przez przemysł filmowy, gdyż zwyczajnie nie przynosiły znaczących dochodów.

Taylor Hackford, reżyser „Raya”, musiał aż przez 17 lat zabiegać o fundusze na swój film. Jednak komercyjny sukces dzieła, jak i powstałego rok później „Spaceru po linie” wpłynęły na zmianę myślenia. Zauważono, że koszt takiej produkcji w porównaniu do kasowych hitów jest niższy, a zyski potrafią być podobne. I tak „Spacer po linie” kosztował skromne 28 mln dolarów, a pochodzący z tego samego roku „King Kong” 207 mln. Muzyczne biografie zaczęły też przynosić korzyści finansowe rynkowi muzycznemu. Przy okazji kolejnych filmów wzrastała sprzedaż płyt danego artysty. Zanotowano wzrost zainteresowania albumami Johnny’ego Casha o 646 proc., a ścieżka dźwiękowa z „The Doors” zajęła w Wielkiej Brytanii 11. miejsce na liście najlepiej sprzedających się płyt. Co było, jak do tej pory, największym sukcesem grupy na tamtym rynku.

Dziś gatunek może pochwalić się kilkoma dużymi artystycznymi osiągnięciami. Takim z pewnością jest „I’m Not There. Gdzie indziej jestem” Todda Haynesa, „Control” Antona Corbijna, a także dokumentami – „Amy” czy „Montage of Heck”. W większości twórcy sięgają po życiorysy muzyków rockowych, ale nie jest to regułą. Już wcześniej wymieniłem dzieła o artystach trudniących się jazzem, klasyką czy też soulem, ale w ostatnich latach sukcesem komercyjnym była opowieść o N.W.A., czyli „Straight Outta Compton” – film zgarnął ponad 200 mln dolarów.

Potencjał gatunku zaczęły też czuć platformy streamingowe. Netflix zrealizował „Brud” o Mötley Crüe, choć sztampowy film nastawiony na orgiastyczne sceny ukazujące kwintesencję słów „sex, drugs and rock’n’roll”, to z pewnością przykład nieudanej próby podjęcia tematu. Po tym, jak „Bohemian Rhapsody” rozbiło bank możemy być pewni, że twórcy będą jeszcze chętniej sięgać po biografie znanych i lubianych. Na horyzoncie jest nie tylko „Rocketman” o Eltonie Johnie, ale też obraz o Judy Garland z Renée Zellweger, a także filmy o Janis Joplin i o Arethcie Franklin. Lista z pewnością będzie się poszerzać przez kolejne lata.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...