„Jeż Sonic” to nie pierwszy taki przypadek. Dlaczego Hollywood pisze znane postacie po swojemu?

Felieton/Film 06.05.2019
„Jeż Sonic” to nie pierwszy taki przypadek. Dlaczego Hollywood pisze znane postacie po swojemu?

„Jeż Sonic” to nie pierwszy taki przypadek. Dlaczego Hollywood pisze znane postacie po swojemu?

Przykład „burzy” wokół zwiastuna filmu „Jeż Sonic” pokazuje wielki problem Hollywood, a jest nim usilne zmienianie kultowych marek/postaci na „lepsze”. Zupełnie tak, jakby wszyscy zapomnieli mądrą maksymę „lepsze jest wrogiem dobrego”.

Zastanawiam się czasem, skąd bierze się w niektórych twórcach/włodarzach wytwórni filmowych ta wielka potrzeba robienia rzeczy „po swojemu”. Czy wynika to z „artystycznego” podejścia do danego dzieła i chęci pozostawienia na nim swojego „odcisku”, czy raczej nadgorliwość ludzi, którzy „wiedzą lepiej”. Jednoznacznej odpowiedzi na to nie ma.

Nie ukrywam, że nigdy nie byłem fanem castingowych wyborów Tima Burtona do pierwszego „Batmana”.

Michael Keaton, przy całej mojej sympatii do niego, to nie jest Bruce Wayne, jakiego znam i pamiętam z komiksów.

Podobnie jak Joker w wykonaniu Jacka Nicholsona. To oczywiście genialna rola, ale na dobrą sprawę daleka od komiksowego szaleństwa i energii tej postaci, a Nicholson koniec końców zagrał „podkręconą” wersję swoich poprzednich postaci. „Batmana” Tima Burtona traktuję niejako jak film Tima Burtona z Batmanem w roli głównej. Czyli bardziej jako artystyczną wizję i wariację opartą na komiksie. A jako że Burton wielkim artystą jest (albo był, bo jego ostatnie dokonania pokazują poważne wypalenie) to jestem z tym absolutnie pogodzony. Tym bardziej, że jego „Batman” to znakomity film, choć adaptacją jest nieidealną.

Jeszcze inna postać ze stajni DC przeszła o wiele gorszą transformację.

W potwornym filmie „Kobieta-Kot” z 2004 w reżyserii Pitofa w tytułową postać wcieliła się Halle Berry. Problemem był już sam fakt, że reżyser potrafił bezceremonialnie przyznać, że nie zna pierwowzoru komiksowego i nie zamierza się na nim wzorować. I to było widać wyraźnie po samym filmie, który w połowie produkcji został kompletnie porzucony przez studio, a sam reżyser postanowił skupiać się na sekwencjach akcji (kompletnie kiczowatych i nieudolnie wyreżyserowanych). Już sam fakt, że strój Catwoman wyglądał niczym wyjęty prosto z taniego baru ze striptizem.

Jeszcze dalej poszli twórcy nowej inkarnacji „Fantastycznej Czwórki”, którzy też postanowili wykorzystać znane postaci z komiksowej serii, tylko zrobić je po swojemu. I tak kolorowa i wesoła seria przygód fantastycznej rodziny została zamieniona na mroczną i chaotyczną opowieść, która niewiele miała wspólnego z oryginałem. Twórcy potrafili jakoś uargumentować fakt, że grana (fatalnie) przez Katę Marę Sue Storm jest siostrą Johnny’ego granego przez Michaela B. Jordana. Problemy obsadowe dotyczą wszystkich aktorów, bo i Miles Teller nijak nie pasuje do roli Reeda Richardsa, Jamie Bell jako Ben Grimm w sumie poradził sobie najlepiej, choć jego postać to w dużej mierze twór CGI.

Teraz głośno zrobiło się o tym, że twórcy filmu „Jeż Sonic” wymyślili sobie, że kultowa postać niebieskiego jeża znanego z popularnych serii gier wideo koniecznie musi się różnić od pierwowzoru.

Sonicowi nadano, nie wiadomo po co, jeszcze bardziej antropomorficzny wygląd, szczególnie widoczny w prawie że ludzkiej twarzy (i dziwnie niepokojących zębach) i za długich nogach. Koniec końców wygląda jak przebrany w marnej jakości kostium nastolatek.

Nie trzeba było długo czekać na reakcję niezawodnych internautów, którzy zmieszali pierwszy zwiastun filmu z błotem. Szybko do krytyki odniósł się sam reżyser film, obiecując przy tym, że wygląd Sonica zostanie poprawiony.

I chwała mu za to. Bardzo dobrze, że twórcy potrafią uderzyć się w pierś, przyznać do błędu i zrobić ukłon w stronę fanów.

Tylko pytanie, czemu od razu nikt nie pomyślał o tym, by Sonica zaprezentować na dużym ekranie zgodnie z tym, jak wygląda w oryginale?

Gdybyśmy nie żyli w erze tak łatwej komunikacji, także między twórcami popkultury i odbiorcami, to pewnie taki Sonic, jakiego oglądamy na pierwszym zwiastunie filmu, byłby jedynym obowiązującym. Czy naprawdę każde hollywoodzkie studio musi się sparzyć albo „dostać po łapach” od fanów, by stwierdzić, że rzeczywiście ich droga nie jest właściwa?

Po co w ogóle zmieniać coś, co fani lubią (i to od lat), dobrze działa i nikt nie czuł potrzeby, by wyglądało to zupełnie inaczej? W tym przypadku nie ma to przecież nic wspólnego z wartościami artystycznymi, wizją czy zrobieniem czegoś lepiej. Obawiam się, że takie przypadki nie pozostaną odosobnione i twórcy zawsze będą uważać, że wiedzą lepiej i próbować przemycać swoje absurdalne wizje. Pół biedy, że w razie czego na straży jakości cały czas czuwają wierni fani, gotowi ustawić twórców do pionu, ale czy zawsze zostaną wysłuchani, to już inna kwestia.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...