Wreszcie zrozumiałem, co najbardziej mnie uwiera w Gwiezdnych wojnach od Disneya

Felieton/Film 04.05.2019
Wreszcie zrozumiałem, co najbardziej mnie uwiera w Gwiezdnych wojnach od Disneya

Wreszcie zrozumiałem, co najbardziej mnie uwiera w Gwiezdnych wojnach od Disneya

Jestem fanem sagi „Star Wars” już dłużej niż pół życia. Z perspektywy czasu żałuję jednak, że George Lucas sprzedał prawa do marki „Gwiezdne wojny” korporacji Disney. Od początku coś mnie w Odległej Galaktyce od Myszki Miki uwierało, a niedawno zrozumiałem wreszcie, co konkretnie mi tu nie pasuje.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Zdaję sobie oczywiście sprawę, że May the 4th to globalne święto fanów „Star Wars” i narzekanie na nie akurat dziś, to wręcz herezja. W tym roku nie mam jednak zamiaru celebrować tego dnia tak, jak w ostatnich latach. Mam już trzy krzyżyki na karku, więc najwyższa pora pobawić się w zgryźliwego tetryka.

Oczywiście nadal uwielbiam Odległą Galaktykę i nawet jestem w stanie bronić „The Last Jedi” do upadłego, a podczas oglądania zwiastuna IX epizodu szybciej zabiło mi serducho, ale jestem po prostu rozczarowany tym, jak Disney potraktował tę markę – oraz tych najwierniejszych fanów. Dla mnie to sprawa osobista.

W towarzystwie „Gwiezdnych wojen” dorastałem i były one zawsze bardzo ważną częścią mojego życia.

Pierwszą trylogię „Star Wars” obejrzałem, będąc jeszcze małym brzdącem. Pod choinką w 1997 roku znalazłem kultowy już złoto-czarny zestaw kaset VHS, który przez kolejne lata zajechałem, oglądając te same filmy raz po raz, chociaż od ich premiery minęły już wtedy de facto dwie dekady.

star wars may the 4th disney expanded universe 6

Później ze zdumieniem odkryłem, podczas wizyty w księgarni, że historia Luke’a, Lei, Hana i spółki nie skończyła się wraz z pokonaniem Imperatora. Zważcie na to, że mowa o czasach, gdy internet w Polsce dopiero raczkował, a fani fantastyki zdani byli na magazyny, księgarnie, biblioteki i pocztę pantoflową.

Na szczęście niczym po nitce do kłębka dotarłem do świata Expanded Universe.

Tym mianem określane były wszystkie dzieła popkultury bazujące na licencji „Gwiezdnych wojen”. Składały się na nie książki, komiksy, gry wideo i nie tylko wydawane od lat 80. ubiegłego wieku. Rozszerzały filmowe historie na kilku różnych płaszczyznach, w kilku liniach czasowych.

Po kilkunastu latach śledzenia tego uniwersum oraz przeczytaniu ponad dwustu powieści od dziesiątek różnych autorów, zrozumiałem, że Expanded Universe kręci mnie w zasadzie dużo bardziej niż same filmy George’a Lucasa. Epizody to był tylko punktem wyjścia dla historii od innych twórców.

To dlatego ze zgrozą przyjąłem wiadomość, że Disney kasuje dotychczasowy pozafilmowy kanon i rozpisze historię „Star Wars” od nowa.

Rozumiałem oczywiście, dlaczego musiało tak się stać. Ze smutkiem pożegnałem postaci, z którymi spędziłem całe dzieciństwo i początki mojej młodości. Uważam też, że marka Star Wars jak ulał pasuje do family-friendly portfolio Disneya i postanowiłem z otwartą głową chłonąć te nowe historie.

star wars may the 4th disney expanded universe 6

Niestety po drodze coś poszło mocno nie tak. I nawet nie chodzi o to, że nowe pokolenie filmowych bohaterów jest mi całkowicie obojętne – przecież już wcześniej filmy były tylko fundamentem dla szerszego uniwersum. Niestety poza epizodami i spin-offami Disney nie ma nic konkretnego do zaoferowania.

A przecież Rey, Finn, Poe i Kylo wypadają po prostu blado na tle Mary Jade i Corrana Horna, Jacena i Jainy Solo oraz Revana i Dartha Bane’a.

Co prawda powstało już kilkanaście powieści, od kiedy „Gwiezdnymi wojnami” zarządza Disney, a do tego wydano dziesiątki zeszytów komiksowych, ale wszystkie te nowe historie to tylko popłuczyny po Expanded Universe. Czuć, że stoją za nimi nie artyści, tylko rzemieślnicy zatrudnieni przez księgowych.

Disney od początku grał zachowawczo. „Przebudzenie Mocy” to niemal remake „Nowej nadziei”, a pozakinowe historie nie żyją własnym życiem. Problem w tym, że przez nie umiem się już nimi ekscytować. Opowiadają albo generyczne historie z udziałem Luke’a, Lei i Hana, albo są tylko tłem dla filmów.

Tak naprawdę to wszystkie pozakinowe historie z Odległej Galaktyki to… prequele.

W przypadku Expanded Universe wyglądało to przecież zgoła inaczej. Owszem, wiele książek, komiksów i gier opowiadało historie osadzone w przeszłości, w tym w zamierzchłych czasach Starej Republiki, ale na drugim biegunie były opowieści, które pchały historię całego uniwersum do przodu.

star wars may the 4th disney expanded universe 6

Czytając kolejne tomy serii „Nowa Era Jedi” czy „Dziedzictwo Mocy” czułem, że podróżuję w nieznane. Odkrywałem kolejny rozdział historii snutej od dekad. W dodatku autorzy nie bali się zmieniać status quo, a nawet okazjonalnie uśmiercali na kartach powieści ważne postaci, w tym takie zaczerpnięte z filmów.

W serii „Star Wars” od Disneya nie pozostał po tym ślad.

„Ostatni Jedi” rozgrywał się bowiem zaraz po „Przebudzeniu Mocy”, więc nie było szansy na wciśnięcie opowieści w lukę pomiędzy nimi. Te kilka prequeli – bardziej udanych jak „Bloodlines” i mniej udanych jak seria „Aftermath” – robią jednak tylko za tło dla wydarzeń, które już znamy.

Niestety w przypadku kolejnego filmu sytuacja się powtarza. Chociaż nadchodzący IX epizod o fatalnym tytule „The Rise of Skywalker” osadzony jest fabularnie kilka lat po zakończeniu poprzedniej części, to i tak Disney ani myśli zdradzić fanom, co się działo z bohaterami po bitwie o Crait.

Tak jakby twórcy się bali, że po raz kolejny postaci z filmów zejdą w oczach fanów na boczny tor.

Oczywiście nie dziwię się, że oczkiem w głowie Disneya nie są książki, które interesują garstkę fanów, tylko filmy, które mają zarabiać nawet nie miliony, a miliardy dolarów. Niestety i w kwestii filmów korporacja pokpiła sprawę do tego stopnia, że musiała się wycofać na z góry upatrzone pozycje.

star wars may the 4th disney expanded universe 6

W czasach gdy Marvel – należący również do Disneya – był w stanie wydawać trzy filmy o superbohaterach rocznie, premiera „Hana Solo” na pół roku po kontrowersyjnym „Ostatnim Jedi” okazała się finansową klapą i to na tyle dużą, że zaprzestano pracę nad zapowiedzianym już trzecim spin-offem.

Trudno odpędzić od siebie myśli, że Disney w kilka lat urżnął łeb kurze znoszącej złote jaja.

Wydawałoby się, że „Gwiezdne wojny” to samograj, a korporacja będzie mogła odcinać kupony od dotychczasowej popularności serii przez lata. W praktyce – nic bardziej mylnego. Zamiast w myśl zasady „jak działa, to nie rusz”, robić to, co do tej pory, Disney próbował zmienić formułę. Niepotrzebnie.

W rezultacie w ledwie kilka lat korporacja zraziła do siebie kolejne grupy oddanych miłośników „Star Wars”. Najpierw po zachowawczym „The Force Awakens” seria stracił w oczach osób, które oczekiwały nowego rozdania, a potem kontrowersyjny „The Last Jedi” zantagonizował tych ludzi, którzy zmian nie chcieli.

W międzyczasie Disney zadbał o to, by nie mieć kompletnie nic do zaoferowania fanom, dla których filmy były od zawsze tylko początkiem, a nie celem samym w sobie. A ja dotarłem do momentu, gdy większe emocje budzą we mnie „Gra o tron” i Marvel Cinematic Universe niż koniec historii rodu Skywalkerów…

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (4)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...