Mistrzem horroru nie zostaje się w jeden dzień. Fenomen Stephena Kinga to opowieść o rzemieślniku, w którym świat dostrzegł artystę

Mistrzem horroru nie zostaje się w jeden dzień. Fenomen Stephena Kinga to opowieść o rzemieślniku, w którym świat dostrzegł artystę

Mistrzem horroru nie zostaje się w jeden dzień. Fenomen Stephena Kinga to opowieść o rzemieślniku, w którym świat dostrzegł artystę

Znajdź dowolnego człowieka, nawet takiego, który nie czyta książek, a zapewne słyszał nazwisko Stephen King. Amerykański pisarz cieszy się sławą, która wykracza poza „normalne” granice. King przestał być tylko twórcą opowieści grozy, a stał się nierozerwalną częścią światowej popkultury. Jaki jest jego przepis na sławę, bogactwo i artystyczne powodzenie?

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Każdy fan współczesnego horroru powinien znać datę 5 kwietnia 1974 roku. To właśnie wtedy wydano pierwszą powieść Stephena Kinga, „Carrie”. W rzeczywistości była to czwarta ukończona przez Kinga książka, ale poprzednie nie znalazły uznania w oczach wydawców. Pierwotnie powstała jako krótkie opowiadanie dla magazynu Cavalier, w dodatku na tyle nieudane, że wylądowało w śmieciach. Manuskrypt uratowała Tabitha King. Żona pisarza obiecała pomóc mu wykreować kobiecą perspektywę, z czym artysta miał wówczas ogromny problem. Sam pomysł na „Carrie” wziął się z niecodziennej ambicji Kinga. Pisarz chciał udowodnić, że potrafi tworzyć inaczej niż tylko – jak twierdziła jedna kobieta – pisanie z perspektywy macho.

Dlaczego ta historia ma tak duże znaczenie?

Powodów jest kilka. Mowa o powieści absolutnie kultowej, która doczekała się później równie uwielbianej adaptacji. Co z czasem miało stać się znakiem jakości Kinga. Był to też początek długiej, ale pełnej sukcesów drogi Kinga jako pisarza. Przede wszystkim jednak chodzi o coś bardziej uniwersalnego.

Historia powstania „Carrie” w pewnym symbolicznym sensie zawiera w sobie wszystkie elementy, które przyczyniły się do międzynarodowego sukcesu jej twórcy.

stephen king smętarz dla zwierzaków

Od samego początku był człowiekiem nieustępliwym, który chciał udowodnić ludziom, na co go naprawdę stać. Nikt raczej nie nazwałby go geniuszem. King miał za sobą lata edukacji, pracy jako nauczyciel i pisania do magazynów, zanim udało mu się „przebić”. A praca nad każdą kolejną książką była bardziej rzemieślniczą robotą niż natchnionym artyzmem. Miało to swoje dobre strony, bo King nie miał w sobie wielkiej pychy czy przekonania o własnej doskonałości. W przypadku „Carrie” faktycznie posłuchał rad żony, która pomogła mu lepiej wniknąć do umysłu głównej bohaterki, a to przyczyniło się do powstania bardzo dobrej powieści.

Ta początkowa nieustępliwość i chęć sprawdzenia się w czymś nowym, to być może najważniejsza cecha Kinga. Literatura popularna ma to do siebie, że łatwo szufladkuje pisarzy. Jeżeli zapisałeś się w pamięci czytelników jako twórca fantasy, masz bardzo małe szanse na zrealizowanie się w innym gatunku. Wydawnictwa lubią stały zysk, a tak po prawdzie jest to też łatwiejsza opcja dla samych twórców. Stephen King spokojnie mógł dożyć swoich dni jako twórca horrorów, często naprawdę doskonałych. W ciągu dziesięciu lat od debiutu próbował jednak swoich sił również w post apo („Bastion”), science fiction („Uciekinier”) czy fantasy (1. tom „Mrocznej wieży”). A poza tym wciąż pisał horrory z kultowymi „Lśnieniem” i „Cujo” na czele. W swoim początkowym okresie tworzył jak maszyna i ciągle dostarczał prawdziwe hity. Do dzisiaj głosi zresztą, że sukces pisarza zależy od pewnej systematyczności w czytaniu i pisaniu (od czterech do sześciu godzin dziennie).

Szybkość pisania to cecha, której Kingowi zazdroszczą nawet inni pisarze. Ale jego rzemieślnicza natura objawia się nie tylko w warsztacie.

Jest coś bardzo szczególnego w bohaterach Stephena Kinga. To postaci, które niemal zawsze znajdują się na granicy tego, co zwykłe i codzienne, a tego, co niesamowite i straszne. Gdyby z jego opowieści zabrać element fantastyczny czy groźnego potwora, to wciąż działałby na poziomie emocjonalnym. Wszystko dlatego, że powieści Kinga to mikroświaty zaludnione przez ludzi o bardzo prawdziwych problemach. „Carrie” opowiada o dręczeniu w domu i szkole, „Lśnienie” to powieść o alkoholizmie i niespełnieniu, a „Smętarz dla zwierzaków” dotyczy radzenia sobie ze stratą ukochanej osoby.

Dlatego King mógłby równie dobrze zostać wielkim amerykańskim pisarzem środka. Autorem realistycznych powieści, pisanych stosunkowo prostym językiem, ale podejmujących tematykę uniwersalnych ludzkich spraw przez pryzmat klasy średniej w USA. Istnieje jednak ryzyko, że wtedy szybko zostałby zapomniany przez świat. Miałby swoje pięć minut w latach 70., a potem przestałby być modny. Groza, magia i niezwykłość jego książek wynoszą je poza standardową literaturę gatunkową.

Nawet o tych bardziej zwyczajnych opowieściach Kinga nie da się powiedzieć, że są przyziemne. Bohaterowie kultowych opowiadań z tomu „Cztery pory roku” (m.in. „Skazani na Shawshank” i „Zdolny uczeń”) i innych tego typu historii znajdują się poniekąd w ekstremalnych sytuacjach. To dla nich czas wielkich zmian, często przejście do nowego życia. Jednocześnie wciąż pozostają zwykłymi ludźmi, których można by spotkać w niemal każdym stanie USA. A to z kolei pozwala czytelnikom utożsamić się z ich problemami.

Wszystkie te cechy bardzo zbliżyły książki Kinga do Hollywood, które uwielbia opowieści o zwykłych ludziach w niezwykłych okolicznościach.

Dokładne określenie wszystkich książek Kinga, które doczekały się ekranizacji na małym lub dużym ekranie, jest nieco problematyczne. Zależy to od tego jak określimy niektóre niejednoznaczne adaptacje (np. niedawne „Castle Rock”) oraz czy weźmiemy pod uwagę rozmaite sequele i projekty, które dopiero są w trakcie realizacji. A tych ostatnich nie brakuje, bo w planach są nowy sezon „Mr. Mercedes”, druga część „Tego”, telewizyjna adaptacja „The Outsider” oraz pilotażowy odcinek „Sleeping Beauties”. Najwcześniej fanów prozy amerykańskiego pisarza ucieszy zaś nowa wersja kultowego „Smętarza dla zwierzaków”, która wejdzie do polskich kin 3 maja.

stephen king smętarz dla zwierzaków

Można jednak powiedzieć, że z ponad sześćdziesięciu dzieł Stephena Kinga ledwie kilkanaście nie zainteresowało do tej pory największych hollywoodzkich wytwórni czy stacji telewizyjnych. W przypadku jego twórczości nie sposób już nawet powiedzieć, co jest ważniejsze – książki czy filmy. Mnóstwo wielbicieli kina grozy wychowało się przecież na „Lśnieniu” Stanleya Kubricka, „Carrie” Briana De Palmy, „Martwej strefie” Davida Cronenberga. A filmy Franka Darabonta „Skazani na Shawshank” i „Zielona mila” regularnie osiągają najwyższe lokaty w zbiorowych listach na najlepsze produkcje w historii.

Samemu pisarzowi nie wszystkie ze wspomnianych produkcji podobały się równie mocno, ale podatność na adaptacje też jest częścią przepisu na globalny sukces jego dzieł. Gdyby każda wersja „Smętarza dla zwierzaków”, „Carrie” czy „Mgły” miałaby opowiadać dokładnie o tym samym, to niewiele osób by się skusiło na obejrzenie nowych wersji tych samych historii. Fabuły Kinga przeważnie nie są zbyt skomplikowane, ale to pomaga przy przekształcaniu ich w scenariusz. Bo ten napędzają bohaterowie i akcja, a niekoniecznie rozbuchana do granic możliwości psychologia. Co więcej, jego najsłabsze powieści (a przez prawie pięćdziesiąt lat pracy trochę się ich zebrało) przeważnie są napędzane przez fabułę, która ignoruje potrzeby i charakter bohaterów. Tak jest choćby w „Desperacji” czy „Doktorze Śnie”.

Zapewne nikomu z nas nie uda się do końca rozgryźć tajemnicy powodzenia Stephena Kinga.

Gdyby było to takie proste, to równie dobrych autorów mielibyśmy na pęczki. W jakimś stopniu King miał szczęście – trafił na idealny moment, gdy horror nie tylko przestał być pogardzanym gatunkiem i grzeszną rozrywką. Ale sprowadzanie jego powodzenia tylko do tego jednego aspektu byłoby niesprawiedliwością. Nie wystarczy być popularnym, żeby dobrze straszyć. Wystarczy spojrzeć na obecne czasy, gdy filmy grozy pojawiają się na afiszach przez cały rok, ale w większości nie potrafią wzbudzić w widzach uczucia pierwotnego strachu.

King to potrafi, bo jest mistrzem suspensu. A ten bierze się z połączenia przejęcia i zaskoczenia. Bohaterowie jego dzieł nas obchodzą, ale nigdy nie jesteśmy do końca zdolni przewidzieć, jaki będzie ich następny krok. W filmach na podstawie „Smętarza dla zwierzaków” czy „Lśnienia” nie trzeba więc ograniczać się do tanich sztuczek i wyskakujących błyskawicznie na widza potworach. Prawdziwą atmosferę buduje nie nagły skok adrenaliny, a ciągła obawa o życie oglądanych postaci. W rękach doskonałego reżysera uniwersalne jądro opowieści Kinga zawsze przyniesie pozytywny skutek.

A tak po prawdzie amerykański pisarz docenia też swoich odbiorców. Nie traktuje ich z pogardą jako typowych zjadaczy popcornu. W swojej słynnej książce „Danse Macabre”, która dotyczy roli horroru w amerykańskiej kulturze, King połączył chęć odczuwania przerażenia z ludzką wyobraźnią. Według jego wizji chęć dotknięcia tego, co nienazwane, tego co okropne, brudne i straszne jest cechą ludzi inteligentnych, którzy wiedzą, że w każdej chwili może pójść coś nie tak. I może najlepiej zamknąć całą dyskusję tą trochę pozytywną, a trochę depresyjną myślą, która dobrze oddaje charakter jego twórczości.

Premiera filmu „Smętarz dla zwierzaków” już 3 maja.

Tekst powstał we współpracy z United International Pictures.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (16)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...