„Złota klatka” to książka tak fatalna, że wszyscy powinni ją przeczytać. I poznać, czym jest zła literatura

Recenzja/Książki 19.04.2019
Nasza ocena:
„Złota klatka” to książka tak fatalna, że wszyscy powinni ją przeczytać. I poznać, czym jest zła literatura

„Złota klatka” to książka tak fatalna, że wszyscy powinni ją przeczytać. I poznać, czym jest zła literatura

Camilla Lackberg bywa określana przez media i wydawców jako królowa szwedzkiego kryminału. Jej nowa powieść, „Złota klata”, miała stanowić początek nowej serii i jedno z najciekawszych wyzwań w dotychczasowej karierze. Szkoda tylko, że to dzieło przeraźliwie złe pod każdym względem.

Wielu fanów popkultury powiedziałoby zapewne, że życie recenzenta jest całkiem przyjemne. Ogląda te same seriale i filmy, czyta te same książki co wszyscy, a dostaje jeszcze za to pieniądze. Wystarczy, że pomądrzy się trochę w recenzji i sprawa załatwiona. Trudno byłoby znaleźć czytelnika, który nazwałby to trudnym zajęciem. Rzeczywistość wygląda trochę mniej różowo, bo znaczna większość dzieł dostarczanych do zrecenzowania należy do grupy rzeczy do natychmiastowego zapomnienia. Czasami zdarzają się prawdziwe perełki, o których dyskutowanie sprawia prawdziwą przyjemność. Ale jak łatwo się domyślić są one w mniejszości. Na szczęście występuje jeszcze jedna sytuacja, która umila życie krytykowi – gdy dostaje coś tak okropnego, że rozkładanie słabości na czynniki pierwsze staje się przyjemnością.

Właśnie taką sytuację mamy w przypadku nowej książki Camilli Lackberg, zwanej królową szwedzkiego kryminału. Ten fakt ma znaczenie o tyle, że „Złota klatka” nie jest ani powieścią kryminalną, ani thrillerem psychologicznym. Próbuje jednak na wiele sposobów oszukać czytelnika. Nazwy obu gatunków pojawiają się na przedniej i tylnej okładce, a streszczenie fabuły wykrzywia treść, by nabrać kupujących.

Nie jest to pierwszy taki przypadek w ostatnim czasie (patrz: „Mock. Pojedynek”), ale ten trend pokazuje jak trudno wyrwać się z tego gatunku. I nawet nie chodzi o to, że czytelnicy nie pozwalają im napisać czegoś innego. To wydawcy są tak bardzo przestraszeni perspektywą potencjalnej straty finansowej, że wolą wprost okłamywać własnych klientów. W samej „Złotej klatce” znalazło się też kilka wycinków z zakończenia, które sugerują, że będziemy mieli do czynienia ze sprawą kryminalną. Ale to blaga w czystej postaci. Dlatego nawet nie mam zamiaru odnosić się w niej w recenzji, wiedźcie tylko, że chodzi o zamordowanie małej dziewczynki.

Czym w takim razie jest „Złota klatka”? Powieścią obyczajową wypełnioną po brzegi stereotypami i błędami w logice.

Główną bohaterką jest Faye, matka małej Julienne i żona szwedzkiego finansisty Jacka. Poznajemy ją w trzech okresach życia. Gdy była dziewczynką dorastającą w wypełnionej przemocą rodzinie, jako młodą studentkę w Sztokholmie oraz po kilku latach małżeństwa. Już na tym podstawowym poziomie rodzi się kilka poważnych problemów, ale zacznijmy od najprostszego.

Lackberg używa w powieści dwóch rodzajów narracji. Sytuacje z przeszłości Faye opowiedziane są z jej perspektywy, a przy fragmentach teraźniejszych mamy do czynienia z narratorem trzecioosobowym. „Złota klatka” to powieść popularna, więc nikt nie powinien od niej oczekiwać mistrzostwa operowania narracją w stylu Faulknera czy Woolf. Decyzja o przyjęciu takiego a nie innego stylu powinna być czymś uzasadniona. Jak jest w tym przypadku?

złota klatka recenzja

Celem narracji pierwszoosobowej w „Złotej klatce” nie jest oddzielenie przeszłych wydarzeń od współczesności. Każde z nich i tak zostaje umieszczone w osobnym rozdziale, a retrospekcje są w dodatku opatrzone miejscem i rokiem akcji. Może w takim razie chodziło o lepsze pokazanie Faye jako postaci? Również nie. Obie narracje u Lackberg brzmią identycznie i zapewniają całkowity wgląd w psychikę bohaterki. Trudno powiedzieć, czy pisarka nie miała pomysłu, czy może nie była w stanie go zrealizować. Tak czy inaczej końcowy efekt jest fatalny.

Czytelników powinno znacznie bardziej zaniepokoić to, że równie instrumentalnie zostają potraktowani bohaterowie.

Faye poznajemy na przestrzeni całego jej życia, jednak nie obserwujemy w niej żadnej naturalnej zmiany. Lackberg traktuje ją jak zabawkę, z którą można zrobić wszystko. W jednej chwili jest ofiarą przemocy, w następnej doskonałym strategiem. Zostaje przedstawiona jako ambitna młoda kobiet, by dziesięć stron później zachowywać się jak ogłupiona miłością osoba. Autorka pakuje w postać Faye tyle wzajemnie sprzecznych cech, że zaczyna to przypominać kiepski żart. Protagonistka „Złotej klatki” jest jednocześnie płytka, zapatrzona w siebie, błyskotliwa, inteligenta, dobra, okrutna, wstydliwa i wyuzdana. Gdyby te wszystkie zmiany wynikały z jakiegokolwiek rozwoju osobistego, to może dałoby się ją odratować.

Rzecz w tym, że Faye nie jest postacią z krwi i kości, tylko chodzącym na dwóch nogach stereotypem. W zależności od zapotrzebowania ze strony Lackberg przyjmuje różne twarze, ale nigdy nie jest naturalna. I to samo można powiedzieć o jej mężu, który jest żywym dowodem na potwierdzenie zdania: „Wszyscy faceci to świnie”. Czy byłoby w tym coś złego? Pewnie nie, ale Jack zachowuje się w tak przesadny sposób, że nikt nie byłby w stanie brać go na poważnie. A jego obraz w powieści nie jest nawet konkretny, bo gdy pisarka potrzebuje, żeby Faye się w nim zakochała, to zachowuje się dokładnie odwrotne. Najpierw jest przedstawiony jako doskonały kochanek, a potem nagle okazuje się, że zawsze był w tym fatalny. Z podobnych sytuacji zbudowana jest cała powieść.

Fabuła dzieła opiera się na motywie zemsty za krzywdy, których kobiety doznały z rąk mężczyzn.

Faye postanawia zemścić się na byłym mężu, który notorycznie ją zdradzał, a potem porzucił bez środków do życia. Powołuje się przy tym na Anioła Zemsty wszystkich skrzywdzonych kobiet. Nie oczekujcie jednak sensownych motywacji i zachowań rodem z „Kill Billa”. Faye i Jack to dwie części tej samej monety. Oboje zdradzają, są zawistni, kochają pieniądze i uwielbiają upokarzać. O ile jednak każde takie zachowanie mężczyzny zostaje potępione, to Faye zawsze jest przedstawiana jako ta krystalicznie czysta i triumfująca.

W rękach sprawnego pisarza lub pisarki „Złota klatka” mogłaby być pasjonującą opowieścią o ciemnej stronie związków i ludzkiej hipokryzji. O tym jak bardzo nasze zachowania zależą od tego, kto akurat dominuje. Lackberg jest jednak za bardzo zajęta podążeniem za mottem o facetach i świniach, by nadać swoim bohaterom jakiejkolwiek głębi. W pewnym momencie Faye dokonuje moralnie ohydnego czynu na jedynym pozytywnym męskim bohaterze. Jest to obiektywnie gorsza rzecz niż wszystko, co zrobił jej Jack. Ale w całej powieści nie wraca się do niej nawet raz. W żaden sposób nie wpływa to też na Faye i jej osobowość.

Powieść Camilli Lackberg została zbudowana na schematach, stereotypach i nielogicznościach.

Istnieje oczywiście szansa, że wszystkie te problemy zostaną w jakiś sposób naprawione w przyszłości. „Złota klatka” jest w końcu reklamowana jako początek nowej serii, a prace nad 2. częścią już trwają. Na ten moment nie wiadomo jednak, czy będziemy mieli do czynienia z bezpośrednią kontynuacją. Istnieje tylko jeden sposób na to, by historia Faye miała ciąg dalszy, w formie rasowego kryminału. Ale nawet jeśli tak właśnie będzie, to ten optymistyczny scenariusz w niczym nie poprawia jakości „Złotej klatki”. W najlepszym razie mamy do czynienia z przydługim wstępem do lepszej opowieści.

Teksty, które musisz przeczytać:

Satanistyczny kult, Jim Hopper i Nowy Jork. Przeczytaliśmy „Stranger Things: Ciemność nad miastem”

Do premiery 3. sezonu „Stranger Things” pozostał zaledwie jeden dzień. Fani serii mają jednak co robić w międzyczasie. Na sklepowe półki trafił drugi prequel serialu pt. „Stranger Things: Ciemność nad miastem”. Powieść poświęcona policyjnej pracy Jima Hoppera w Nowym Jorku to książka warta uwagi, choć mająca swoje nietypowe słabości.

Recenzja/Książki 03.07.2019

Dołącz do dyskusji (3)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...