Nowy „Hellboy” to piekielnie zły film. Nie dorównuje produkcjom Guillermo del Toro pod żadnym względem

Recenzja/Film 12.04.2019
Nasza ocena:
Nowy „Hellboy” to piekielnie zły film. Nie dorównuje produkcjom Guillermo del Toro pod żadnym względem

Nowy „Hellboy” to piekielnie zły film. Nie dorównuje produkcjom Guillermo del Toro pod żadnym względem

Naiwnie wierzyłem, mimo nieciekawych zwiastunów, że nowy „Hellboy” okaże się udanym powrotem do jednej z bardziej unikalnych i moich ulubionych serii na podstawie komiksu. Niestety, diabelsko się zawiodłem.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Nikt nie pasował bardziej do uniwersum Hellboya w wersji kinowej niż Guillermo del Toro. Jego niezwykła wyobraźnia, łącząca klimaty baśni z horrorem, była świetnym motorem do wykreowania świata powstałego na bazie komiksu Mike’a Mignolli. I pierwszy „Hellboy” w reżyserii del Toro był absolutnym strzałem w dziesiątkę. Jego twórca doskonale bawił się motywami mrocznego fantasy i komedii sensacyjnej. Do tego Ron Pearlman jako tytułowa postać wyglądał po prostu fenomenalnie. Do dziś jest on jednym z punktów odniesienia mistrzowskiej charakteryzacji połączonej ze znakomitym aktorstwem.

I choć żaden z dwóch filmów o Hellboyu w reżyserii del Toro nie okazał się sukcesem kasowym, to zdołały one zaznaczyć swą obecność w popkulturze, a potencjał tej postaci nadal żyje, czego dowodem jest to, że w 2019 roku oglądamy w kinach jego kolejną inkarnację.

Niestety tym razem kompletnie „przestrzeloną”.

Film zaczyna się od czarno-białego prologu, rodem z tandetnych filmów klasy B, który cofa nas do 500 roku n.e., w którym to sam Król Artur (tak, ten Król Artur, jak oznajmia nam głos płynący z offu), za pomocą Excalibura rozczłonkowuje mistyczną, nieśmiertelną wiedźmę Nimue (Milla Jovovich) i poszczególne kawałki jej ciała zamyka w skrzyniach rozsianych po Wielkiej Brytanii. Około 1500 lat później Nimue zostaje „złożona do kupy” i powraca by siać zło i zniszczenie. Stawić jej czoła może jedynie piekielne dziecię, nasz ulubiony diabeł z sąsiedztwa, czyli Hellboy.

Fabuła tego typu filmów (i komiksów) zawsze jest siłą rzeczy pretekstem do festynu dzikiej zabawy motywami dark fantasy, pasjonujących przygód i galerii niezwykłych bądź obrzydliwych postaci na pierwszym i drugim planie.

W „Hellboyu” A.D. 2019 scenariusz jednak jest jednym z pierwszych wyraźnie słabych punktów, które rzucają się w oczy.

Historii brakuje polotu. Nawet najbardziej wtórne motywy można opowiedzieć na świeżo, przynajmniej na tyle, by uchwycić uwagę widza. W tym przypadku nie ma to miejsca.

Hellboy, jako postać, pozornie jest prawie taki, jakim go pamiętamy z poprzednich filmów. Nieokrzesany, niestroniący od bluzgów, alkoholu i ciętych ripost. Jednak, jeśli oglądaliście filmy del Toro, to gołym okiem zobaczycie pod tym względem jakościową różnicę, na niekorzyść najnowszej odsłony. Ani dialogi, ani wstawki humorystyczne nie zachwycają błyskotliwością.

Sam David Harbour daje z siebie naprawdę wiele jako tytułowa postać i na dobrą sprawę jest on jedynym jasnym punktem tego filmu. Pozostaje w cieniu Rona Pearlmana, ale sprawuje się na tyle dobrze, umiejętnie „dostarczając” często czerstwe dialogi oraz nadając Hellboyowi dramaturgiczny rys. Poza nim, każdy element tej odsłony „Hellboya” jest wyraźnie gorszy.

Neil Marshall na stanowisku reżysera, pozornie nadawał się do tego zadania. Wywodzi się on z poetyki horrorów (ma na koncie jeden z najlepszych straszaków XXI wieku, czyli film „Zejście”). Niestety, poległ zarówno jako reżyser, jak i twórca świata fantasy.

Nowy „Hellboy” jest szatańsko… nudny. Cały pierwszy akt potwornie się dłuży i można odnieść wrażenie, że film ma problemy z rozkręceniem się na dobre.

W środku powoli łapie tempo, ale znowu trzeci akt wraz z finałem, z jednej strony wydaje się pospieszony, a z drugiej totalnie pozbawiony jakiegokolwiek napięcia oraz przytupu. W całym filmie brakuje też scen, które zapadłby w pamięć na dłużej. Nie ma tu żadnej zabawnej sceny, którą można by sobie cytować ze znajomymi po wyjściu z kina. Nie ma ani jednej sekwencji akcji, która można by wspominać po seansie. W dodatku większość z nich jest kiepsko wyreżyserowana, słabo zmontowana, o jakiejkolwiek finezji w ich kompozycji czy pracy operatorskiej już nie wspominam. Jedynie pojedynek Hellboya z trzema Olbrzymami można zaliczyć do w miarę udanych i dostarczających jakiekolwiek emocje scen.

Tym, co wyróżniało Hellboya spośród innych adaptacji komiksów był fantazyjny świat przedstawiony, pełen przedziwnych stworów rodem z baśni graniczącej z horrorem. Galeria postaci, demonów, czarownic i potworów w „Hellboyach” del Toro była olśniewająca i fascynująca. W wersji Marshalla tego nie uświadczymy. Wiedźma Nimue odtwarzana przez Milla „jedna mina” Jovovich nie jest ani przerażająca, ani intrygująca. Cała reszta demonów, jakie przyjdzie nam obejrzeć w filmie Marshalla, jest zwyczajnie obrzydliwa, i tyle.

Humor i artystyczna fantazja z poprzednich odsłon została zastąpiona ogromną ilością niepotrzebnych scen gore, wulgaryzmami oraz zwyczajnym turpizmem.

Del Toro potrafi z brzydoty wyciągnąć piękno i swoistą poezję. Marshall jawi się jako zwykły wyrobnik, w dodatku średnio sprawny technicznie, który woli skupiać się na rzucaniu mięsem, w przenośni i dosłownie. Flaki fruwają tu we wszystkie strony. Ludzie i demony rozrywani są na strzępy, krew leje się strumieniami, czaszki są rozłupywane na pół, jest nawet scena mokrego pocałunku Hellboya i Baby Jagi. Marshall nie potrafi się jednak bawić tą poetyką, używa jej jako przykrywki dla słabego scenariusza i braku pomysłu na całość. A szkoda.

Hellboy to jedna z najbardziej filmowych postaci, jakie zrodziły się na kartach komiksów. Najnowszy film o jego przygodach raczej nie zdobędzie mu nowych fanów. I choć końcówka wyraźnie wskazuje na to, że twórcy gotowi są do stworzenia przynajmniej jednego sequela, to szczerze wątpię, by ujrzał on światło dzienne. No chyba, że w jakimś serwisie VOD. Zresztą już ten „Hellboy” wygląda trochę jak tanie widowisko robione pod kątem serwisów streamingowych. Ech… To jedno z moich większych rozczarowań ostatnich miesięcy. Na szczęście mamy dwa wspaniałe filmy o Hellboyu od Guillermo del Toro, więc zawsze można sobie do nich wrócić.

Film obejrzycie od dzisiaj w kinach.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (1)

25 odpowiedzi na “Nowy „Hellboy” to piekielnie zły film. Nie dorównuje produkcjom Guillermo del Toro pod żadnym względem”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...