Rafał Zawierucha wycięty z filmu Tarantino? Nic się nie stało, to częsta praktyka w Hollywood

Felieton/Film 08.04.2019
Rafał Zawierucha wycięty z filmu Tarantino? Nic się nie stało, to częsta praktyka w Hollywood

Rafał Zawierucha wycięty z filmu Tarantino? Nic się nie stało, to częsta praktyka w Hollywood

Pod koniec pierwszego tygodnia kwietnia Polskę obiegła łamiąca wiadomość. Wiele wskazuje na to, że Rafał Zawierucha został wycięty z filmu „Pewnego razu… w Hollywood” Quentina Tarantino. Czy polski „amerykański sen” legł w gruzach?

Wprawdzie na razie nic jeszcze nie jest pewne, a sam Rafał Zawierucha nie potwierdza ani nie zaprzecza, ale osobiście nie zdziwiłbym się gdyby jego występ w roli Romana Polańskiego w filmie „Pewnego razu… w Hollywood” został rzeczywiście wycięty. Aktor wypowiada się w tym temacie dość dyplomatycznie:

Zobaczymy niedługo. (…) Zawsze i wszędzie będę podkreślał, że zaproszenie przez Quentina było dla mnie wielkim zaszczytem. Ta historia bardzo mnie zmieniła. Po pierwsze mogłem przyglądać się największym gwiazdom przy pracy, a po drugie, na prywatnym gruncie, spotkałem się z legendami filmu. To była ważna lekcja – powiedział w wywiadzie dla Faktu Rafał Zawierucha.

Od samego początku mówiło się o tym, że Zawierucha zagra u Tarantino rolę epizodyczną. I gdy świat obiegła wiadomość, że polski aktor wystąpi z największymi gwiazdami Hollywood i będzie reżyserowany przez legendę kina, nie chciałem siać defetyzmu, ale brałem pod uwagę to, że ostatecznie możemy go nie ujrzeć w skończonym dziele. I nie dlatego, że ktoś chciał dowalić Słowianom, ale dlatego, że to wcale nie taka rzadka praktyka w Fabryce Snów. I w ogóle w produkcji filmowej.

Często surowa, pierwsza wersja danego filmu jest sporo dłuższa niż skończone i zmontowane dzieło, które oglądamy już w kinach czy serwisach streamingowych.

Bywają filmy, które po pierwszym „złożeniu do kupy” trwają i ponad 5 godzin. Pierwsza wersja „Titanica” Jamesa Camerona trwała 6 godzin! Reżyserzy, producenci i montażyści postawieni w takiej sytuacji są zmuszani do wycinania na stołach montażowych czasem i nawet lwich części skończonego filmu. Sztuką jest, aby wycinając większość materiału, nie stracić nic z sensu i emocjonalnej oraz fabularnej głębi. No, ale ofiarami tego stanu rzeczy często są mniej znaczące wątki oraz mniejsze role bądź epizodyczne występy, bez których film może się obejść.

Wracając więc do Rafała Zawieruchy, nawet zakładając, że wątek morderstwa Sharon Tate (granej u Tarantino przez Margot Robbie) przez bandę Mansona, byłby istotną częścią fabuły, to i wtedy obecność polskiego aktora nie była wcale pewna. Przypominam, że w trakcie masakry Polański przebywał w Londynie i przygotowywał się do nakręcenia filmu „Dzień delfina” (którego ostatecznie nie zrealizował).

Tymczasem po premierze zwiastuna do filmu „Pewnego razu… w Hollywood”, przynajmniej na tym etapie, niewiele wskazuje, by wątek morderstwa Sharon Tate stanowił oś filmu.

Zapowiada się raczej produkcja o kulisach Hollywood u schyłku lat 60., a Sharon Tate jest po prostu jedną z postaci, którą poznamy w trakcie seansu. A ta ma się skupiać na przede wszystkim na losach aktora Ricka Daltona (Leonardo DiCaprio) oraz zaprzyjaźnionego z nim kaskadera Cliffa Bootha (Brad Pitt), którzy próbują na nowo odnaleźć się w branży filmowej po dłuższej nieobecności.

Oczywiście niewykluczone, że plotki o wycięciu Rafała Zawieruchy z filmu Tarantino okażą się wyssane z palca. Ale nawet jeśli nie, to naprawdę nie ma się czym przejmować, ani traktować tego jak zadrę na honorze. Jak wspomniałem wcześniej, to dość stała praktyka w Hollywood. Co więcej, wcale nie przekreśla szans na późniejszą karierę „wyciętego” aktora.

A ofiarą przysłowiowych nożyczek na stole montażowym byli znani i poważani aktorzy. I to nie zawsze wtedy, gdy byli jeszcze nieznani. Z filmu „Savages: Ponad bezprawiem” w reżyserii Olivera Stone’a z 2012 roku podjęto decyzję o „usunięciu” scen z Umą Thurman, która wcielała się w rolę matki postaci granej przez Blake Lively.

W kultowych „Młodych gniewnych” usunięto nieduży wątek romantyczny, wraz z granym przez Andy’ego Garcię mężem bohaterki granej przez Michelle Pfeiffer, gdyż uznano, że jest ostatecznie niepotrzebny. W „Pakcie z diabłem” również postanowiono usunąć cały wątek „rodzinno-romantyczny”, ostatecznie wycinając sceny ze Sienną Miller jako żoną Whitey’a Bulgera (Johnny Depp), gdyż film i tak już powoli stawał się zbyt rozwlekły.

W „Życiu Pi” w niedużą rolę dziennikarza przeprowadzającego wywiad z dorosłym Pi był oryginalnie Tobey Maguire, ale później stwierdzono, że aktor jest zbyt znaną postacią, by zagrać tak małą i marginalną rolę.

Jednym z głośniejszych przypadków było też wycięcie samego Micka Jaggera z filmu „Fitzcarraldo” Wernera Herzoga.

Podczas produkcji, będąc prawie w połowie zdjęć, jeden z aktorów, Jason Robards, poważnie zachorował i przez to nie był w stanie kontynuować swojej pracy. To z kolei wstrzymało i opóźniło całą produkcję do tego stopnia, że Mick Jagger, grający jedną z ważniejszych postaci, ze względu na zbliżającą się trasę koncertową Rolling Stones’ów także musiał opuścić plan. Herzog ostatecznie podjął decyzję, by wyciąć jego rolę i zacząć produkcję „Fitzcarraldo” od nowa.

Jeszcze więcej pecha miał Eric Stoltz. To on był początkowo obsadzony w roli Marty’ego McFly w filmie „Powrót do przyszłości”, a więc to przed nim otwierały się powoli drzwi do wielkiej kariery. Niestety, po pięciu tygodniach zdjęć reżyser Robert Zemeckis i producent Steven Spielberg stwierdzili, że Stolz, choć dobrze zagrał, to jego rola jest zbyt dramatyczna i za mało w niej chłopięcego luzu, więc postanowiono zastąpić go Michaelem J. Foxem, który notabene był i tak pierwszym typem twórców.

Spielberg ostatecznie usunął też z filmu „E.T” nieduży epizod z Harrisonem Fordem, który pojawił się oryginalnie na zakończenie filmu jako dyrektor szkoły, do której chodzili główni bohaterowie.

A o nagminnych wycinkach aktorów, które stosuje Terrence Malick to już nawet nie warto wspominać. Wystarczy nadmienić, że m.in. Rachel Weisz , Christian Bale czy Sean Penn poczuli na sobie ciężar montażowych kaprysów reżysera.

Zmierzam do tego, że, nawet jeśli Rafał Zawierucha nie pojawi się w najnowszym filmie Tarantino, to nie znaczy to wcale, że jego dalsza kariera w Hollywood staje pod znakiem zapytania.

To się zdarza największym sławom i przede wszystkim jest cennym doświadczeniem, które koniec końców później może tylko dodatnio zaprocentować. O tym, czy Zawieruchę wycięto z filmu „Pewnego razu… w Hollywood” dowiemy się już 9 sierpnia, gdyż wtedy zapowiedziana jest polska premiera dziewiątego dzieła Quentina Tarantino.

* Zdjęcie tytułowe: © Fot Jarosław Sosiński / Watchout Productions

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...