Mija 25 lat od śmierci Kurta Cobaina. Świat nigdy później nie doczekał się już takiego głosu pokolenia

Felieton/Muzyka 05.04.2019
Mija 25 lat od śmierci Kurta Cobaina. Świat nigdy później nie doczekał się już takiego głosu pokolenia

Mija 25 lat od śmierci Kurta Cobaina. Świat nigdy później nie doczekał się już takiego głosu pokolenia

Dokładnie 25 lat temu lider Nirvany po raz ostatni w swoim życiu zażył heroinę i pociągnął za spust strzelby. Osierocił swoją niespełna dwuletnią córkę oraz miliony fanów, którzy już nigdy potem nie doczekali się takiej rockowej ikony, jaką był Kurt Cobain, głos pokolenia.

Scena Seattle, o której dziś słyszał każdy fan gitarowego grania, w końcu lat 80. była jeszcze w powijakach. Wszystko dopiero nabierało tempa i czekało na bum, którego sprawcami były Nirvana, Soundgarden, Alice in Chains i Pearl Jam. Co prawda krążki na swoim koncie miały już formacje Chrisa Cornella, The Melvins czy Green River, ale była to jeszcze cisza przed burzą.

Wydany w 1989 roku album „Bleach” nie przyniósł Nirvanie tak dużego rozgłosu. Ten przyszedł dopiero dwa lata później wraz z pojawieniem się w zespole Dave’a Grohla wściekle uderzającego w membrany bębnów oraz wydaniem przełomowego „Nevermind”. Płyta będąca połączeniem melodyjności The Beatles i brudu Sex Pistols odmieniła oblicze muzyki.

Jednocześnie stanowiła jednak cyrograf podpisany przez Cobaina.

Ten całe dotychczasowe życie miał kompleksy – uważał się za chorobliwie chudego (stąd rozciągnięte swetry i flanele w jego garderobie, które miały tuszować sylwetkę)  – oraz cierpiał na niewyjaśnione bóle brzucha – żadne lekarstwa, z wyjątkiem narkotyków, nie pomagały. Nie był gotowy na stanie się idolem mas, na bycie swego rodzaju guru, wyznacznikiem trendów stawianym na piedestale. Tak naprawdę w ogóle nie chciał być żywą legendą. Jak zresztą pisał w liście pożegnalnym:

Już od zbyt dawna obce jest mi podniecenie płynące ze słuchania i tworzenia muzyki. Od wielu lat towarzyszy mi poczucie winy, które trudno wyrazić słowami. Kiedy stoimy za sceną, gasną światła i w ciemności rozlega się maniakalny wrzask tłumu, nie robi to na mnie takiego wrażenia jak na przykład na Freddiem Mercurym, który kochał uwielbienie mas i rozkoszował się nim. (…) Nie potrafię was oszukiwać. Najgorszą dla mnie zbrodnią byłoby oszukiwanie ludzi i udawanie, że doskonale się bawię i że sprawia mi to ogromną przyjemność.

Znamienne, a przecież miał wszystko. Dom, żonę, córkę, pieniądze. Mimo to uznał swoją egzystencję za nic niewartą.

Kurt Cobain do dziś zostaje tak naprawdę ostatnim pokoleniowym idolem.

Świat muzyki rockowej nie doczekał się jego spadkobiercy. Oczywiście rynek, czy to gitarowego grania, czy tego mieszczącego się stricte w szufladce z podpisem pop, obfituje w całe mnóstwo sław wyprzedających koncerty na największych stadionach. Są gwiazdy i gwiazdeczki, ale nie ma już takich ikon, za których głosem się podążało, a których utwory przemawiały w imieniu mas wyrażających ich frustrację i stan.

Miał rację Grabaż śpiewając, że rock jest martwy. To sformułowanie powraca zresztą jak mantra w wywiadach z wyjadaczami sceny. Ci, którzy jeszcze nie odłożyli gitary do kąta, znajdują się obecnie w kategorii wiekowej 50+. Ze świecą szukać młodych rockowych kapel, które rozpychają się łokciami po światowych estradach. Nie ma ich na listach przebojów, nie ma ich w świadomości słuchaczy, po prostu ich nie ma. Bo i owszem, Metallica wydając nową płytę, zrobiła wokół siebie sporo szumu, Foo Fighters także nie dają o sobie zapomnieć. To już jednak nie świeżaki, a kapele, które sporo namieszały, ale kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt lat temu. Scena rockowa należy do dinozaurów.

Świat muzyki został pozbawiony idoli.

Zdaję sobie sprawę, że pewnie część czytelników zaraz puknie się w czoło i stwierdzi, że autor tak naprawdę słucha wyłącznie radiowej Trójki i tak narzeka, bo sam ma już siwy wąs i brzuch od piwa. Z tego wszystkiego zgadza się tylko ostatni punkt. Być może wydźwięk tekstu jest taki, że jestem ślepy na fenomen Justina Biebera, Lady Gagi czy Eda Sheerana, ale nie jestem. Oczywiście oni wszyscy, a nawet sporo więcej artystów, wywołują w odbiorcach te same emocje graniczące z atakami histerii, co niegdyś Elvis, Beatlesi czy Stonesi.

Różnica jest taka, że dziś ten pisk wydobywa się z ust nastolatek, a sami artyści w większości przypadków pozostają marionetkami w rękach wytwórni. To już nie kontestacja, przekucie terminu bunt w czyny i przesuwanie granic. Te co prawda już dawno znajdują się na zupełnie innym biegunie, a tematów tabu jest coraz mniej. Dziś ocierający się o statyw Jim Morrison już nikogo by nie zaszokował, skoro Miley Cyrus biega po scenie na wpół nago wykonując przy tym co najmniej dwuznaczne ruchy.

Rynek się zmienił. Doskonałym tego przykładem fakt, że wielu artystów nie decyduje się już na wypuszczanie płyt, a jedynie singli. Możemy płakać za dawnymi czasami, ale to se ne vrati. Nie znaczy to, że teraz jest gorzej. Po prostu jest inaczej, ale gdzieś w tym wszystkim zawalił się też panteon muzycznych bogów, wspomnianych idoli. Jedynie z tych zgliszczy próbują się jeszcze wydostać dawne gwiazdy, które pamiętają o minionych prawach rynku muzycznego, ale i oni staną się niedługo tylko skamieliną.

Jak nigdy sprawdza się tu ironiczne hasło, że kiedyś to było, a teraz to nie ma, ale cholera, prawda.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (2)

25 odpowiedzi na “Mija 25 lat od śmierci Kurta Cobaina. Świat nigdy później nie doczekał się już takiego głosu pokolenia”

  1. Kiedyś nie było tak, że w drodzę z pracy do domu przesłuchałałeś z łatwością 3 różnych płyt, 3 różnych wykonawców, przeczytałeś jego wpis na twiterze i rzuciłeś okiem na jutubsy. Popraw mnie jeśli się mylę ale kiedyś podejście do muzyki było inne. Bardziej intymne? – z resztą jak do wszystkiego. Czasy się zmieniają, jednak mówienie, ze rock umarł? Ha, no daj spokój. Jasne, podpiszę się pod tym, że największe emocję wzbudzają we mnie pink floydzi – legenda, dinozury itp.
    I widzisz, największym przkleństwem jak wyżej wspomniałem jest jej szeroka dostępność, nadmiar treści ale… to jednocześnie ogromna zaleta! Dla Ciebie klasyka to led zeppelin, dla Twioch dzieci będzie to Greta van fleet. Polskie rapsy też się zmieniły, jednak widać progres i jasne większosć to syf, ale Ci którzy syfem nie są pokazują, że się da. Punk`s not dead -jak zawsze mówią, ‘you can`t kill the metal’ – jak tenacious D śpiewało czy jak OSTRy mówił ‘prawdziwy hip hop nie ginie, póki jesteśmy tu my’. To czemu prawdziwy rock ma zginąć? Bracia Cygowscy mu nie dadzą (taki żart) :D Nie bój żaby, Kurt nie pierwszy i nie ostatni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...