Gdyby Mozart żył dzisiaj, to nagrałby „Empath”. Devin Townsend miażdży swoim nowym albumem

Recenzja/Muzyka 29.03.2019
Nasza ocena:
Gdyby Mozart żył dzisiaj, to nagrałby „Empath”. Devin Townsend miażdży swoim nowym albumem

Gdyby Mozart żył dzisiaj, to nagrałby „Empath”. Devin Townsend miażdży swoim nowym albumem

Gwarantuję wam, że takiego albumu jeszcze nie słyszeliście. Geniusz-szaleniec współczesnej muzyki powraca z potężną dawką niesamowitego dźwięku, który rozniesie na strzępy wasze głośniki.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Devin Townsend jest postacią jedyną w swoim rodzaju. Ktoś taki jak on rodzi się raz na sto lat. Wiele już w życiu słyszałem, ale nigdy nie trafiłem na równie fascynującą postać. Jego muzyki na dobrą sprawę nie da się jednoznacznie zaklasyfikować do żadnego gatunku. I być może znacie paru wykonawców, o których można powiedzieć to samo, ale wierzcie mi, że dopiero słuchając Devina Townsenda, poznacie prawdziwe znaczenie tego określenia.

Pokażcie mi innego kompozytora, który potrafiłby łączyć ze sobą rocka, death metal, speed metal, operę, wodewil, elektronikę, jazz, ambient, pop, disco, progresywnego rocka i muzykę klasyczną. I to w obrębie jednego utworu!

Muzyczna wyobraźnia i zdolności kompozycyjne Townsenda są dosłownie nie z tej ziemi. Pomysły, które rodzą się w jego głowie, są objawem nieludzkiego geniuszu. Jest niczym Paganini skrzyżowany z doktorem Frankensteinem. Dodatkowo dał się poznać jako wybitny inżynier dźwięku. Jego znakiem rozpoznawczym są nakładane na siebie różne warstwy wokalne (od czystego śpiewu, przez krzyk i growl), które tworzą niesamowity efekt ściany dźwięku.

Co ważne, w jego szaleństwie jest metoda. Z jego chaosu rodzi się spójny muzyczny wszechświat. Obok diabelsko skomplikowanych kompozycji potrafi on też zachwycać pięknymi, skromnymi melodiami, o które spokojnie mogłyby się bić największe gwiazdy popu. Oczywiście muzyka Devina jako całość to absolutna antyteza popu, choć nie da się zaprzeczyć, że potrafi cholernie dobrze wpadać w ucho.

Dla świata odkrył go sam bóg gitary, Steve Vai, który zaprosił go do nagrania albumu „Sex and Religion” z 1993 roku. Rok później powstała jego własna grupa grająca ekstremalną odmianę metalu – Strapping Young Lad. Od 1996 roku rozpoczął karierę solową oraz pobocznymi projektami.

Jego najnowszy krążek, „Empath”, to już osiemnaste dzieło genialnego Kanadyjczyka.

I nie tylko zachwyci starych fanów muzyka, gdyż stanowi niejako podsumowanie jego ponad 20-letniej kariery, ale też idzie krok naprzód, otwierając bramy swojego dźwiękowego kosmosu dla nowych odwiedzających.

„Empath” wita nas kojącymi i rozmarzonymi dźwiękami gitary, jakimi mógłby nas uraczyć David Gilmour. W tle dodatkowo słyszymy odgłosy fal, ćwierkanie ptaków. Potem wchodzą nagle… hawajskie rytmy. Następnie kobiecy chór zaczyna śpiewać podniosłą pieśń. Oto zaczyna się muzyczna msza Devina Townsenda. Ale to, co usłyszymy dalej, dalekie będzie od spokoju.

Kawałek Genesis to już prawdziwa jazda bez trzymanki. Tempo stopniowo wzrasta, rytmiczne werble i gitarowe riffy tworzą coś na kształt disco wygrywanego na rockowych brzmieniach. Ale i to byłoby uproszczenie. Genesis kryje w sobie tyle motywów muzycznych, że można by z nich sklecić cały album. Czego tu nie ma. Melodyjny metal, speed metal, operetka, muzyka cyrkowa, elektroniczna. Dzikie gitary mieszają się tu z syntezatorami, krzyki z partiami chóralnymi. Jakimś cudem Townsend potrafi to wszystko okiełznać i stworzyć z tego spójną całość. Jak on to robi, to już nie wiem.

Jakby tego było mało, Devin Townsend lubi też bawić się w kuglarza, podchodzącego do siebie samego z przymrużeniem oka.

W klipie do Genesis możemy na przykład oglądać jego samego reagującego na swój własny kawałek, któremu przysłuchuje się w słuchawkach.

Nawiązując tym samym (i trochę robiąc sobie przy okazji żarty) z nurtu tzw. wideo reakcyjnych, które nie wiedzieć czemu święcą triumfy w serwisie YouTube. W tle widzimy też przelatujące zdjęcia kosmosu, abstrakcyjnych barw, słoni czy… kotków na plaży. Słowem cała intersieć w jednym klipie.

Dowodem jego geniuszu jako muzyka i kompozytora jest to, że potrafi on nie tylko stworzyć pokrętne kompozycje, których niejeden profesjonalny muzyk nie byłby w stanie ogarnąć mentalnie, ale też z łatwością przychodzi mu pisanie prostszych, zwyczajnie ładnych, niemalże przebojowych melodii.

Oparty w dużej mierze na chóralnych zaśpiewach Spirits Will Collide momentami mógłby spokojnie znaleźć się na jeden z płyt Enyi z lat 90.

W tym trochę spokojniejszym kawałku możemy też nasycić uszy i nasze systemy dźwiękowe wspomnianym przeze mnie wcześniej genialnym patentem Devina na tworzenie wokalnej ściany dźwięku, która nanosi na siebie czyste wokale, krzyk, growl oraz kilka innych tonacji. Podobnie zresztą robi on z nakładaniem na siebie dźwięków gitar. Jeśli macie naprawdę dobre słuchawki albo głośniki wyższej klasy, to zostały one stworzone po to, by słuchać Townsenda. Nie znam innego wykonawcy, który nagrywałby tak „przestrzenne” kawałki.

Devin Townsend jak mało kto potrafi też poruszać, nie tylko muzycznie, ale i lirycznie. W magicznym Sprite na przykład możemy posłuchać pięknej i inspirującej opowieści o osieroconym ptaszku, który wyruszył w podróż, by nauczyć się w końcu samodzielnie latać. Ale w żadnym razie nie jest to banalna kompozycja. Brzmi trochę tak, jakby była dzieckiem przedziwnej kolaboracji Vivaldiego i Queen. Jest tu tyle niesamowicie pospinanych ze sobą motywów oraz pomysłów, że aż głowa mała. Chwilami uwodzi swoją kameralnością, by zaraz imponować rozmachem.

Kawałek, taki jak Hear Me, mógł wymyślić tylko szaleniec.

Żadna osoba przy zdrowych zmysłach nie dałaby rady skomponować tylu niesamowitych, pokrętnych, ciężkich, poplątanych, ciężkich, schizofrenicznych dźwięków. I to jeszcze splecionych w jeden utwór. Osobiście nie pamiętam, kiedy słyszałem równie brutalny i fascynujący swoim chaosem kawałek. To, co się w nim dzieje, można opisać jako gitarową rzeź. Kakofoniczną symfonię, muzyczny ragnarok, soniczny atak. Hear Me jest niczym muzyczne wypowiedzenie wojny dźwiękowym konwenansom, do których przyzwyczaiły nas „tradycyjne” utwory. I to jest genialne! To jest niewiarygodne! A jakby wam jeszcze było mało puszczania oka do fanów muzyki, to wiedzcie, że gościnnie w tym szalonym arcydziele wystąpił… Chad Kroeger z Nickelback.

Wspominałem już że poza tymi wszystkimi wyżej wymienionymi zaletami, Devin Townsend jest nie tylko jednym z najlepszych żyjących kompozytorów, znakomitym instrumentalistą, ale też i wybitnym wokalistą? W fenomenalnym Why? możecie w pełni wysłuchać jego czystej barwy, pięknie wyśpiewywanych melodii i iście operowej skali. A sam kawałek to przykład jego unikalnego eklektyzmu. Od schizofrenicznego metalu przechodzimy w nim bowiem na pompatyczny utwór na orkiestrę utrzymany w stylistyce muzyki klasycznej (!).

Choć osobiście na „Empath” największe wrażenie zrobił na mnie Borderlands, 11-minutowy kolos, który jest istną definicją muzyki progresywnej. A zaczyna się od… piania koguta.

Potem folkowa gitara i przyjemny śpiew Devina raczą nas melodiami z pogranicza Beatlesów i Beach Boys, potem powoli zbliżając się do współczesnego folku, ale tylko na chwilę. Szybko bowiem przenosimy się do tradycyjnego wymiaru Devina. Mocny skandowany refren z mistrzowską sekcją rytmiczną i iście genialnymi „zwrotami akcji” prowadzą jednego z moich ulubionych riffów ostaniach 5 lat. Potem wchodzą ambientowe dźwięki i powracają hawajskie melodie.

Z jednej strony nie da się do końca opisać niezwykłości i unikalności kompozycji Devina Townsenda, a z drugiej o niemalże każdym jego utworze można by napisać niemałą  rozprawkę. A takową z pewnością dałoby się stworzyć na temat zamykającego album Singularity podzielonego na sześć części opus magnum z gościnnym udziałem, jak zawsze niesamowitej, gitary Steve’a Vaia.

Jeśli nie mieliście dotąd do czynienia z twórczością Devina Townsenda, to istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że po przesłuchaniu „Empath” zaczniecie zupełnie inaczej postrzegać muzykę i dźwięki w ogóle.

Ja leżę rozłożony na łopatkach od momentu pierwszego przesłuchania. I raczej nieprędko się podniosę, bo zamierzam często powracać do tego krążka w najbliższym czasie. Jednocześnie zazdroszcząc wszystkim tym, którzy dopiero odkryją jego nowy wspaniały i szalony muzyczny świat. Czeka was nie lada przygoda.

Devin Townsend Empath okladka

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (2)

Jedna odpowiedź do “Gdyby Mozart żył dzisiaj, to nagrałby „Empath”. Devin Townsend miażdży swoim nowym albumem”

  1. Dzięki za polecenie – właśnie słucham. I po dwóch utworach mam pytanie odnośnie zdania “Jednocześnie zazdroszcząc wszystkim tym, którzy dopiero odkryją jego nowy wspaniały i szalony muzyczny świat.” – Franka Zappę znasz?

  2. Przerwałem słuchanie Avantasii na odsłuch i jest dobre. Cóż, może włączę do kolekcji. Może od razu z krążkiem Mortona.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...