Rasizm ciągle ma się dobrze? Reżyser „To my” i „Uciekaj!” nie zamierza zatrudniać białych aktorów w głównych rolach w swoich filmach

Felieton/Film 28.03.2019
Rasizm ciągle ma się dobrze? Reżyser „To my” i „Uciekaj!” nie zamierza zatrudniać białych aktorów w głównych rolach w swoich filmach

Rasizm ciągle ma się dobrze? Reżyser „To my” i „Uciekaj!” nie zamierza zatrudniać białych aktorów w głównych rolach w swoich filmach

Reżyser najnowszego przeboju amerykańskich kin, czyli filmu „To my”, Jordan Peele, otwarcie mówi o tym, że w swoich filmach chce zatrudniać w rolach głównych wyłącznie czarnych aktorów.

Okazuje się, że poprawność polityczna, otwarcie na inne rasy i orientacje seksualne oraz boje wojowników społecznej sprawiedliwości to tak naprawdę tylko fasada. Używana do spełniania pewnych politycznych i wizerunkowych celów wyznaczonych przez określone środowiska i grupy interesów. I choć hasła na sztandarach walczących o równouprawnienie i otwartość są jak najbardziej słuszne i szlachetne, to niestety przykrywają one inną prawdę – rasizm i dyskryminacja ciągle istnieją, a w pewnych przypadkach są wręcz w pełni akceptowane społecznie.

I tak, po pamiętnym przemówieniu Brie Larson, która mniej więcej rok temu stwierdziła: „Nie czuję potrzeby, by 40-letni biały facet mówił mi, co jego zdaniem nie gra w „Pułapce czasu” – to nie był film stworzony dla niego”, pojawia się wypowiedź Jordana Peele, idąca nawet o krok dalej.

Nie widzę za bardzo sytuacji, w której miałbym zatrudnić białego aktora jako głównego bohatera mojego filmu. Nie żebym czuł niechęć do białych facetów, ale po prostu taki film już widziałem.

Może mam jakąś pomroczność, ale główny przekaz przemówienia Peele to, moim zdaniem, jawna dyskryminacja rasowa.

Reżyser nie zamierza dawać szans na pracę pewnej grupie aktorów, tylko ze względu na kolor ich skóry. Ciśnie mi się na usta pewne nieprzyjemne słowo na literkę „R”.

Wyobraźmy sobie teraz Quentina Tarantino czy Christophera Nolana, który oznajmia, że nie zamierza zatrudniać w swoich filmach czarnych aktorów, albo kobiet, bądź nie daj boże przedstawicieli środowisk LGBT.  Obaj zostaliby rozjechani medialnym walcem, a ich kariery stanęłyby na włosku.

W tym wszystkim przeraża przyzwolenie na tego typu poglądy wyrażane publicznie, bez żadnego nawet krycia się z nimi.  I to jeszcze z poczuciem dumy i misji. Jakby był to niezbędny element walki z dyskryminacją rasową. Jakby jedyną opcją na zmianę rzeczywistości i „zemstę” za dekady dyskryminacji był teraz społecznie akceptowany i usankcjonowany rasizm skierowany w stronę „białych oprawców”. Na zasadzie – po tych wszystkich krzywdach od białych, teraz mamy prawo traktować ich podobnie.

Brakuje mi w tym wszystkim zdrowego rozsądku, trzeźwego spojrzenia i zastanowienia się, czy naprawdę idziemy w stronę równego traktowania, czy po prostu dążymy do zmiany układu sił.

Ostatnio na siłę próbowano nam wdrukować zachwyty nad nudnym i przeciętnym „Kapitan Marvel”, bo jego bohaterką była kobieta. Do tego Disney z faktu, że to pierwszy film Marvela z superbohaterką w roli głównej, zrobił wydarzenie rangi globalnej. Tak jakby nigdy wcześniej kobieta nie była główną postacią filmu rozrywkowego, akcji czy adaptacji komiksu.

I super. Niech i tak będzie. Skoro wielkie korporacje mają ludzi za głupców, którzy bezrefleksyjnie łykną każdy bullshit marketing, to droga wolna. Jeśli ma to prowadzić do tego, że zacznie powstawać więcej filmów, także rozrywkowych, z kobietami w rolach głównych, to jestem skłonny być „za”.

Niebezpiecznie jednak robi się, gdy sami filmowcy czy aktorzy publicznie dają wyraz swojemu lekceważeniu (delikatnie rzecz ujmując) względem drugiego człowieka. Kobiety, czarnoskórzy bądź inne grupy społeczne występujące z poziomu ofiary coraz częściej czują, że mają prawo stosować pewne „chwyty”, które są niedozwolone dla „ciemiężycieli”.

I jasne, rozumiem sytuację, że Jordan Peele czuje się dobrze w tematyce związanej z czarnoskórymi mieszkańcami Ameryki. Rozumiem, że ich historie, przeżycia, problemy i punkt widzenia są mu najbliższe. Mimo wszystko takimi wypowiedziami strzela sobie w stopę. Poza tym, do kina na filmy Jordana Peele nie chodzi tylko czarnoskóra/Afroamerykańska widownia.

Rozumiem też, że czarnoskórzy aktorzy i twórcy od początków kina byli o wiele mocniej lekceważeni, odczłowieczani, okradani, źle traktowani itd. Tylko czy oznacza to, że mają teraz odpowiadać podobnym językiem wykluczenia? Przecież to droga donikąd.

To niepokojące, że istnieje przyzwolenie na takie komentarze, a poszczególne osoby nie czują nawet najmniejszego problemu, by je wygłaszać. I to wszystko w dobie „krzyków” o brak reprezentacji czarnoskórych aktorów, albo „wybielania” kultowych bohaterów. Choć, na marginesie, nikt nie ma problemu, gdy postać oryginalnie biała nagle stała się czarnoskóra – vide Human Torch w wykonaniu Michaela B. Jordana w fatalnej „Fantastycznej Czwórce” z 2015 roku. A nawet kultowy Nick Fury, który pierwotnie był białoskórą postacią.

A najsmutniejsze jest to, że tego typu słowa padają z ust reżysera, który tak świetnie mierzy się z tematami rasizmu, dyskryminacji, opowiadając je w zręcznych formach fabularnych i wizualnych metafor z satyrycznym komentarzem.

Wiem jedno, jeśli dalej będzie to zmierzać w tym kierunku, to nic się nie zmieni na świecie. Po prostu inaczej rozłożą się akcenty pomiędzy „ofiarami”, a „oprawcami”, w kontekście szeroko pojmowanego rasizmu czy dyskryminacji.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...