Największa muzyczna karawana nie przestaje zachwycać. Snarky Puppy i ich nowy album „Immigrance”

Recenzja/Muzyka 15.03.2019
Nasza ocena:
Największa muzyczna karawana nie przestaje zachwycać. Snarky Puppy i ich nowy album „Immigrance”

Największa muzyczna karawana nie przestaje zachwycać. Snarky Puppy i ich nowy album „Immigrance”

Jeśli choć trochę kochacie muzykę, to zakochacie się w Snarky Puppy. O ile jeszcze nie mieliście przyjemności ich poznać. Jeden z największych zespołów jazzowych świata udowadnia, że muzyka nie zna granic.

Snarky Puppy poznałem względnie niedawno, jednak gdy tylko przesłuchałem jeden z ich poprzednich albumów, wiedziałem, że to grupa wyjątkowa. Kilkanaście klipów z YouTube’a później widziałem już, że ten muzyczny kolektyw jest tym, czego mi brakowało do poczucia pełni w moim obcowaniu z muzyką.

I myliłby się ktoś, kto zaszufladkowałby Snarky Puppy tylko i wyłącznie do jazzu. Oczywiście ten gatunek wyraźnie wybija się na pierwszy plan, albo przynajmniej stanowi punkt wyjścia, czasem kręgosłup, ich twórczości. Ale na szczęście muzycy wychodzą daleko poza jazz, bawiąc się dźwiękami, eksperymentując, wzajemnie się inspirując. A mają ku temu sposobność, bo w skład Snarky Puppy wchodzi (przynajmniej wedle mojej rachuby) dziewiętnastu członków zespołu. W dodatku nierzadko panowie zapraszają do współpracy gościnnych muzyków.

Trzonem i mózgiem Snarky Puppy jest basista Michael League. Otacza go grupa trzech perkusistów, gitarzystów i bębniarzy, nie brakuje również klawiszowców oraz, czasem, wokalistów.

Pomimo takiej ilości muzycznego ego muzyka Snarky Puppy wcale nie wydaje się „zatłoczona”. Wręcz przeciwnie. Pełno w niej luzu, przestrzeni i masy fantastycznych pomysłów w obrębie melodii czy motywów. W ich twórczości znajdziemy przede wszystkim mnóstwo funku, ale nie brak też nawiązań do rocka, soulu, popu, czasem bardziej elektronicznych brzmień, a czasem też do tych bardziej egzotycznych.

Warto jeszcze nadmienić, że umiejętności, zarówno techniczne, jak i kompozytorskie, każdego z członków Snarky Puppy to najwyższa światowa liga. Pomimo względnie młodego wieku każdy z nich mógłby być spokojnie profesorem na muzycznej akademii. Słuchając (bądź oglądając) ich wyczyny, można mieć wrażenie podróży do innego wymiaru. I to takiej, która przyprawi was o zawrót głowy. To, co Snarky Puppy wyprawiają w obrębie harmonii czy zabawy z metrum, to muzyczny poziom masterclass.

Ale z drugiej strony, nie grają oni wcale muzyki hermetycznej. To nie jest klasyczny jazz, w którym magia improwizacji czasem potrafi wędrować o parę kroków za daleko. Snarky Puppy po mistrzowsku trzymają się w ryzach kompozycji, pozwalając sobie na pełne muzycznych przygód wycieczki, ale pamiętając o tym, że trzeba w pewnym momencie wrócić na pierwotny szlak.

Ich najnowsza płyta stanowi moim zdaniem idealny punkt startowy dla słuchaczy, którzy jeszcze nie mieli z nimi do czynienia.

Od razu zaznaczam, że nie jest to ich najlepsze dokonanie. Co nie znaczy, że nie jest to fenomenalny krążek.

Wystarczy parę taktów otwierającego „Immigrance” Chonks, byście wiedzieli czy to wasza bajka. A zaczyna się od kapitalnego funkowego rytmu, trochę a la Stevie Wonder z lat 70., który z pewnością będzie mi towarzyszył podczas nachodzącej wiosny i lata. Zadziorna gitara pięknie współgra z solidną linią basu i perkusją. Potem jeszcze dochodzą imponujące trąbki i saksofon, które zabierają mnie do muzycznego nieba.

Chonks to kawałek, przy którym nie da się choćby delikatnie pokiwać głową w takt hipnotyzujących rytmów. Im bliżej końca, tym dźwięki się zagęszczają, robi się coraz ciężej, a świdrujące solówki na gitarach po prostu rozsadzają głośniki. Finał to już istna ściana dźwięku. Majstersztyk!

Jeśli miałbym podsumować kolejny kawałek, Bigly Strickness, jednym określeniem, to byłoby to: „orgia rytmu”.

Tylu znakomitych pomysłów i rozwiązań rytmicznych w jednym kawałku już dawno nie słyszałem. Perkusja i bębny pracują w nim tak fantastycznie, a ich brzmienie jest tak mięsiste, że mógłbym się nim karmić codziennie na śniadanie. Do tego dochodzą przepyszne gitary i solowe popisy ma Moogu. To po prostu trzeba usłyszeć.

Nastrojowy i magiczny Coven zachwyca przepięknym dialogiem między gitarą a syntezatorami. Bling Bling to z kolei wyższa szkoła jazdy. To, co z metrum wyprawiają w nim po kolei wszyscy trzej perkusiści, jest z jednej strony imponujące, a z drugiej niemalże nadludzkie.  Tak samo jak fakt, że potrafią sobie płynnie przekazywać, nomen omen, pałeczkę.

Xavi przenosi nas na chwilę do epoki jazz-fusion z samego serca lat 70. Charakterystyczny bass i flet skutecznie działają niemalże niczym wehikuł czasu. Potem zbliżamy się w rejony współczesnego jazzu, z mocnymi fortepianowymi akordami i potężnymi, lekko psychodelicznymi motywami na trąbkę.

Xavi jest niczym dźwiękowa żyła złota. Dzieje się tu tyle, że aż trudno to w pełni objąć podczas kilku pierwszych przesłuchań. Już sam przewodni motyw rytmiczny, wybijany przez fortepian i bas, zasługuje na oklaski na stojąco. A jakby tego było mało, w drugiej połowie panowie zapuszczają się w rejony taktowania 6/8 w stylu marokańskim wygrywanego na bębnach i z towarzyszeniem fletu. Jak to nie jest muzyczny Hogwarth, to ja już nie wiem, co może nim być.

„Immigrance” zamyka piękny Even Us. Głęboko zakorzeniony w bliskowschodnich motywach na skrzypce, spokojnie pasowałby na napisy końcowe poruszającego dramatu albo filmu o Bondzie. Na sam koniec dochodzi jeszcze brzmienie trąbki, niosące za sobą echa twórczości Tomasza Stańki. Wielka rzecz.

Snarky Puppy są dla mnie ucieleśnieniem twierdzenia, że jedyną stałą jest ruch. To grupa, która ciągle jest w ruchu, ciągle się zmienia.

Przepoczwarza się z utworu na utwór, płynnie przechodząc między gatunkami, motywami, stylami, jak i samymi muzykami, z których każdy ma swoje pięć minut.

Ich dźwięki są oczywiście złożone, skomplikowane i na nieziemskim poziomie, ale jednocześnie zaskakująco przystępne, łatwo wpadające w ucho. Fascynujące, ale i uzależniające. Sprawiające, że chce się do nich wracać. I to jest główny dowód ich wielkości. Zresztą, nie bez powodu muzycy Snarky Puppy występowali u boku takich sław jak Erykah Badu, Marcus Miller czy Justin Timberlake.

Jeśli męczy was plastikowa muzyka dobywająca się z radia czy serwisów streamingowych i macie ochotę na odświeżającą muzyczną podróż na najwyższym poziomie dajcie szansę Snarky Puppy. Fanów szeroko pojętego jazzu oraz samej grupy do zapoznania się z albumem „Immigrance” namawiać chyba raczej i tak nie muszę.

snarky puppy immigrance

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...