„High Life” to najbardziej pretensjonalny film science-fiction, jaki kiedykolwiek powstał

Recenzja/Film 14.03.2019
Nasza ocena:
„High Life” to najbardziej pretensjonalny film science-fiction, jaki kiedykolwiek powstał

„High Life” to najbardziej pretensjonalny film science-fiction, jaki kiedykolwiek powstał

W „High Life” Juliette Binoche wciela się w szaloną panią doktor, która poluje na nasienie Roberta Pattinsona w przestrzeni kosmicznej. To nadal lepsza historia miłosna niż „Zmierzch”.

„High Life” opowiada o grupie skazańców wysłanych w kosmiczną podróż w celu zbadania czarnej dziury. Głównym bohaterem filmu jest Monte (Robert Pattinson), który wraz z malutką córeczką ocalał po tym, jak reszta załogi wymarła w tajemniczych okolicznościach.

Na początek wyjaśnijmy sobie jedno. „High Life” to nie jest żadna erotyczna odyseja kosmiczna, jak dumnie reklamuje dystrybutor.

Ten film nie jest ani „erotyczny”, ani nie ma zbyt wiele wspólnego z arcydziełem Stanleya Kubricka. To, że oglądamy produkcję science-fiction, w której jest trochę golizny, kilka scen seksu, a temat rozmnażania jest dość wyraźnie zaznaczony, nie czyni z niego od razu erotyku.

Jeśli z kolei chodzi o porównanie do „Odysei kosmicznej” Kubricka, to też błędny strzał. „High Life” znajduje się znacznie bliżej twórczości Andrieja Tarkowskiego. Sposób, w jaki reżyserka Claire Denis prowadzi narrację i duma nad egzystencją jest zdecydowanie bardziej w rejonach „Solaris” i momentami „Stalkera” niż „Odysei…”. Problem jednak w tym, że Denis nie poradziła sobie z tym zadaniem.

Z jednej strony odrobiła zadanie domowe i zawarła w „High Life” rozwiązania mające swoje podłoże naukowe, choćby teoretyczne. Nie jest to więc tylko i wyłącznie artystyczna wizja twórcy, który ignoruje przy tym prawa astrofizyki. Z drugiej jednak strony, całe to fantastycznonaukowe tło zostało przez nią marnie wykorzystane. Na dobrą sprawę ta historia nie musiała rozgrywać się na statku kosmicznym, mogła mieć miejsce w jakimś odizolowanym od świata ośrodku.

Otoczka sci-fi to zawsze mile widziane i intrygujące tło, ale w tym przypadku jego potencjał nie został wyzwolony w pełni. Tu nawet nie chodzi o ograniczenia budżetowe. „High Life” nie stawia żadnych interesujących pytań o nasze miejsce we wszechświecie, nie pokazuje żadnych odkrywczych dylematów i zagadnień związanych z podróżą kosmiczną. Gdzieś tam między słowami przemykają tematy związane z naturą czarnej dziury i relatywizmu czasowego. Ale nie jest to nic nowego. Zarówno autorskie jak i mainstreamowe kino science-fiction podejmowało te tematy wielokrotnie i o wiele ciekawiej.

Sam kosmos odgrywa tu rolę epizodyczną, bowiem praktycznie cała akcja filmu rozgrywa się na statku, a to, co dzieje się poza nim jest poza strefą zainteresowań Claire Denis.

Oczywiście to całkiem intrygujące, że francuska legenda autorskiego kina postanowiła zrobić swój pierwszy film anglojęzyczny i to w dodatku w tym konkretnym gatunku. Upychając w nim jeszcze elementy psychodelii, scen onanizmu oraz body horroru. Podejmując zagadnienia związane z przemocą, seksem, gwałtem, fizjologią. I sam się dziwię, że jakoś nie zrobiło to na mnie wielkiego wrażenia.

Istotnym wątkiem „High Life” jest plan Doktor Dibs (przerysowana Juliette Binoche), nazywanej „szamanką spermy”, mający na celu zdobycie nasienia od Monty’ego. Chce nim zapłodnić jedną z przebywających na statku młodych kobiet. Ten jednak postanowił żyć w celibacie. By osiągnąć swój cel, Dibs postanawia go… zgwałcić. Jeśli tak ma wyglądać art-house’owe kobiece kino sci-fi, to chyba jednak wolę mainstreamowe głupotki w stylu „Grawitacji”.

„High Life” zamiast na gwiezdnych wojnach skupia się na konfliktach naszych ciał. Na perwersjach kobiecego pożądania, przemocy, która jest wpisana niejako między relację kobieta-mężczyzna.

Zamiast zgłębiać tajemnice kosmosu, Denis przygląda się ludzkim wydzielinom. I teraz po waszej stronie jest kwestia tego, czy to kupujecie, czy nie. „High Life” to jeden z tych filmów, które albo was zafascynują, albo uznacie je za pretensjonalne. Ja jestem pośrodku, choć bardziej jednak skłaniam się ku tej drugiej opcji.

Podejmowane przez Denis zagadnienia są interesujące, natomiast zostały one „położone” przez nie do końca udany scenariusz oraz fatalne dialogi. Tłumaczone chyba przez translator Google’a z francuskiego na angielski. Denis tak bardzo skupiła się na tym, co chce przekazać, że zaniedbała warstwę fabularną, nagle porzucając choćby wątek tego, co zabiło załogę statku. Filmowi pomogłoby też większe nakreślenie bohaterów, by można było z nimi zbudować jakąś więź. Tym bardziej, że na drugim planie znajdziemy znanego z kultowego duetu hip-hopowego Outkast Andre Benjamina oraz… Agatę Buzek.

Mocnymi stronami „High Life” są w dużej mierze ciekawy design statku, wyraźnie odwołujący się do sowieckiego stylu z lat 70. (tu zapewne Denis mruga okiem do fanów Tarkowskiego) oraz świetna rola Roberta Pattinsona.

Na jego twarzy widać zmęczenie, rezygnację, zobojętnienie. Aktor tuż po skończeniu swojej przygody z sagą „Zmierzch” robi co może, by uciec w objęcia arthouse’owego kina, które znajduje się na totalnie odmiennym biegunie. I robi to skutecznie. Przynajmniej dla tych nielicznych widzów, którzy mają okazje obejrzeć któryś z jego niszowych projektów.

„High Life” może być interesującym doświadczeniem dla widzów chcących sobie zrobić totalny detoks od mainstreamowego kina. A także dla tych, którzy śledzą rozwój Pattinsona. Jest on naprawdę świetnym aktorem i szkoda, że rozmyślnie ostatnio unika produkcji dla bardziej masowego odbiorcy, choćby tylko dlatego, by pokazać swój talent szerszej widowni. No, ale wybierając się na film Denis musicie być gotowi, że jej artystyczna wizja niekoniecznie może przypaść wam do gustu. Jest to kino autorskie, ze wszystkimi wadami i zaletami takowych produkcji.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...