Donald Trump chce ich odgrodzić murem, a tymczasem meksykańscy filmowcy zdobywają Hollywood

Artykuł/Film 27.02.2019
Donald Trump chce ich odgrodzić murem, a tymczasem meksykańscy filmowcy zdobywają Hollywood

Donald Trump chce ich odgrodzić murem, a tymczasem meksykańscy filmowcy zdobywają Hollywood

Chyba żadna grupa etniczna prężnie działająca w Hollywood nie ma równie silnego wpływu na amerykańskie kino i popkulturę, co Meksykanie. Tuż po triumfie Alfonso Cuarona na tegorocznych Oscarach, postanowiłem się przyjrzeć fenomenowi latynoskich twórców.

Pomimo swojej geograficznej i kulturowej bliskości względem USA, meksykańscy twórcy – oraz ich filmowe dzieła – przez długie lata byli trzymani na dystans.

Na przełomie lat 60. i 70. wyraźnie zaznaczał swoją obecność chilijski mistrz awangardy i surrealizmu Alejandro Jodorowsky. Przecierał on szlaki dla twórców filmowych z Ameryki Południowej.

Jego western „El Topo” z 1970 roku stał się obiektem kultu pośród koneserów niszowego i eksperymentalnego kina w USA. Pośród jego fanów znajdował się sam John Lennon.

W tej samej dekadzie Jodorowsky przymierzał się do pierwszej filmowej adaptacji „Diuny” Franka Herberta. Wiele wskazywało na to, że szykowała się wyjątkowa, pionierska i najbardziej imponująca rozmachem superprodukcja w dziejach. Ostatecznie Jodorowsky nie tyle przekroczył budżet, co po prostu jego wizje wyprzedzały swoje czasy i niestety ostatecznie film nie ujrzał światła dziennego. Choć, co ważne, przez kolejne dekady całe pokolenia twórców hollywoodzkich wyraźnie inspirowały się jego pomysłami. Można je było zobaczyć porozsiewane po licznych filmach, takich jak „Obcy”, „Gwiezdne wojny”, „Blade Runner”. Powstał zresztą o tym świetny dokument, który gorąco polecam.

Musiało minąć kilka dekad, by znowu pojawili się twórcy, już z samego Meksyku, którzy wyraźnie zaczęli zaznaczać swoją obecność w międzynarodowym kinie.

Z pewnością pomogła temu fala popularności hiszpańskojęzycznych reżyserów i aktorów, którą zapoczątkowali Carlos Saura i Luis Bunuel, a następnie kontynuował w latach 80. i 90. Pedro Almodovar. Powoli też Hollywood z większą otwartością przyjmowało do siebie hiszpańskojęzyczne gwiazdy, takie jak Antonio Banderas czy Salma Hayek, którzy rozpalali wyobraźnię widowni i stali się światowymi symbolami seksu w latach 90.

Przełom nastąpił w XXI wieku. Wprawdzie za początek meksykańskiej fali można przyjąć reżyserski debiut Alfonso Cuarona „Tylko ze swoim partnerem” z 1991 roku, ale prawdziwym punktem granicznym okazał się rok 2000, kiedy to fenomenalny debiut Alejandro Gonzalesa Inarritu powalił na kolana cały świat. Mowa tu o „Amores Perros”.

Inarritu przedstawił Fabryce Snów zupełnie nowe podejście do opowiadania historii. Nie tylko podchodząc do nich w o wiele bardziej surowy i dosadny sposób, ale też konstruując narrację zbudowaną z wielu, przenikających się mini-opowieści i linii fabularnych. Ale w tym wszystkim nie zabrakło też miejsca na emocje i poruszające dramaty ludzkie. Hollywood szybko zaczęło się wyraźnie inspirować tym stylem, który po dziś dzień jest wykorzystywany zarówno w filmach, jak i amerykańskich serialach. Sam Inarritu z miejsca zrobił wielką karierę w USA, a w jego kolejnych filmach zaczęły grać już hollywoodzkie gwiazdy, od Seana Penna po Brada Pitta i Leonardo DiCaprio. Dopiero co ogłoszono także, że został on przewodniczącym jury konkursu głównego 72. Festiwalu w Cannes.

Również wspomniany wcześniej Alfonso Cuaron po sukcesie swojego debiutanckiego filmu szybko rozpoczął karierę w USA.

Z małą przerwą na znakomity meksykański „I twoją matkę też”. Po którym dostał angaż jako reżyser moim zdaniem najlepszej części Harry’ego Pottera, czyli “Więźnia Azkabanu”. Późniejszym „Ludzkie dzieci” Cuaron otworzył Hollywood na o wiele bardziej mroczne i ponure dystopijne wizje przyszłości. W dodatku posługując się licznymi sekwencjami na jednym ujęciu, które stały się obiektem kultu pośród pasjonatów sztuki filmowej.

Kilka lat później przebił sam siebie pod względem formalnym, dając światu niesamowitą wizualnie „Grawitację”. Pełną całej masy skomplikowanych i logistycznie rozbudowanych wirtuozerskich sekwencji. Wprawdzie fabularnie „Grawitacja” nie była arcydziełem, ale od strony technicznej już tak. Zresztą na potrzeby filmu Cuaron stworzył specjalną technologię i maszynerię, która była w stanie oddać poczucie przebywania w kosmosie.

Jeśli chodzi sceny kręcone na jednym ujęciu to do zdrowej rywalizacji stanął z Cuaronem Inarritu, który zachwycił świat i Amerykańską Akademię Filmową produkcją „Birdman” składającą się z kilku długich, kilkunastominutowych sekwencji nakręconych właśnie na jednym ujęciu.

Specjalistą od filmowania i planowania tych sekwencji został zresztą inny Meksykanin, Emmanuel Lubezki, wybitny operator, który debiutował razem z Alfonso Cuaronem w jego pierwszym filmie. Lubezki z miejsca dołączył do czołówki najlepszych operatorów w historii kina. Moim zdaniem jest najlepszym, obok Janusza Kamińskiego i Rogera Deakinsa, żyjącym autorem zdjęć filmowych. Jego kompozycje kadrów, wybory dotyczące barw, stylistyka i techniczne innowacje również odcisnęły swoje wyraźne piętno na Hollywood. To on jest odpowiedzialny za przełomowe i genialne formalnie zdjęcia do „Grawitacji”, „Zjawy”, „Drzewa życia”, „Ludzkich dzieci”.

Kadr z filmu Drzewo życia

Nie można oczywiście zapomnieć o bodajże najpopularniejszym ze wszystkich meksykańskich reżyserów, czyli Guillermo del Toro.

Po powoli rozwijającej się karierze w latach 90., swoim „Kręgosłupem diabła” del Toro zwrócił na siebie uwagę całego świata, przedstawiając świeże podejście do realizmu magicznego i wykorzystywania motywów mrocznych baśni oraz horroru w jednym. I nie trzeba było długo czekać, zanim „przejęło” go Hollywood. Rok po premierze „Kręgosłupa diabła” del Toro zasłynął jako reżyser sequela filmu „Blade”, a w 2004 zachwycił fanów komiksu znakomitym „Hellboyem”. Po „Labiryncie Fauna”, który jest bez wątpienia jego najlepszym filmem, stał się jedną z najważniejszych i najciekawszych person w Fabryce Snów.

Najlepszym tego dowodem jest fakt, że był do pewnego momentu zaangażowany w powstanie „Hobbita”. Napisał pierwszy draft scenariusza oraz miał też reżyserować superprodukcję. Ostatecznie, musiał zrezygnować ze względu na chęć poświęcenia się innym projektom. I choć jego pierwsze typowo komercyjne widowisko „Pacific Rim” nie stało się ani super przebojem, ani o obiektem kultu, tak już „Kształt wody” okazał się jego największym artystycznym sukcesem. O ile oczywiście mierzymy go Oscarami. W tym dla najlepszego filmu.

W tym roku triumfował inny Meksykanin, czyli wspomniany wyżej Alfonso Cuaron, który zgarnął Oscary za reżyserię, najlepszy film nieanglojęzyczny oraz zdjęcia, które tym razem wykonał sam reżyser.

Już więc drugi raz z rzędu najważniejsze amerykańskie nagrody filmowe wędrują w ręce Meksykanina. Jest w tym pewna, dość mocna i wyraźna ironia. Meksykańscy filmowcy wnoszą do Hollywood i amerykańskiej kultury zupełnie nową, świeżą jakość, wpływając dodatnio na rozwój tamtejszej kinematografii. A to wszystko w momencie, gdy obecny prezydent USA, Donald Trump, robi wszystko, by blokować napływ Meksykanów do Stanów oraz odgradzać się murem od tamtejszych ludzi i ich kultury oraz wrażliwości.

Teksty, które musisz przeczytać:

Małomiasteczkowy „Saturnin” poleca się na jesienną lekturę. Oceniamy nową powieść Jakuba Małeckiego

Kiedy sięgałam po „Saturnina”, byłam przekonana (do końca sama nie wiem, dlaczego), że to będzie powieść o Kosmosie. Zamiast tego, wręcz przeciwnie — Jakub Małecki zaprosił czytelnika do maleńkiego Kwilna — swoistego mikrokosmosu, który na zawsze ukształtował tytułowego bohatera. I jest to absolutnie pozytywne zaskoczenie nową powieścią autora „Rdzy”.

Opinia/Książki 24.09.2020

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...