Większość filmów nominowanych w tym roku nie zasługuje na Oscary

Felieton/Film 22.02.2019
Większość filmów nominowanych w tym roku nie zasługuje na Oscary

Większość filmów nominowanych w tym roku nie zasługuje na Oscary

Z tegorocznymi Oscarami mam problem już na samym etapie nominacji. Wiadomo, że nigdy się nie dogodzi wszystkim gustom i oczekiwaniom, ale 91. edycja Gali Oscarowej przyniosła całą masę rozczarowań.

Z roku na rok Oscary stają się coraz bardziej odklejone od filmowej (i nie tylko) rzeczywistości. Zdarzało się, że pomijały zasługujące na nagrody filmy superbohaterskie („Mroczny Rycerz”). Ignorowały produkcje o mniejszościach seksualnych czy rasowych, gdy był to rzeczywiście świeży temat mogący zwrócić uwagę świata na problemy mniejszości. I dopiero teraz, co najmniej od kilku edycji, Akademia próbuje bić się w pierś i pokutuje usilnie nominując i nagradzając filmy o tematyce dyskryminacji rasowej czy LGBT. Przyjmując zasadę maksymalnej inkluzywności. Bez względu na to, czy dany film na to zasługuje, czy nie.

„Moonlight” zasługiwał na nagrodę za „najlepszy film” tak samo, jak zeszłoroczny „Kształt wody”. Czyli nie zasługiwał.

Może mam złe podejście do tej nagrody, ale uważam, że Oscar dla najlepszego filmu nie jest wyróżnieniem, na którą zasługuje poprawnie zrealizowane kino dla szerokiego odbiorcy, albo „tylko” solidny indie drama.

Nie mam nic przeciwko masowym produkcjom. Często należą one do moich ulubionych filmów każdego roku. Niektóre, jak np. wspomniany wyżej „Mroczny Rycerz” czy choćby „Mad Max: Na drodze gniewu”, posiadają jednak w sobie coś więcej niż tylko klarowną historię, świetną formę i komercyjny potencjał.

Na pewno będę się głośno sprzeciwiał, gdy wszelkiej maści wtórne produkcje, a do takich zaliczam choćby zeszłorocznego triumfatora Oscarów, „Kształt wody”, są aż tak bardzo doceniane. Także na poziomie nominacji. W tym roku było wyjątkowo marnie pod tym względem.

„Czarna Pantera” z nominacją za „najlepszy film”? W sytuacji, gdy jest to klasyczne kino superbohaterskie i jedyne co go wyróżnia to 98% czarnoskórej obsady oraz egzotyczne plenery i kostiumy? A nadmienię, że lubię ten film. Uważam go za jedną z ciekawszych superbohaterskich produkcji ostatnich lat. Ale to nadal jednak standardowa opowieść o superbohaterach. Nawet jeśli ważna dla afroamerykańskiej społeczności.

Podobnie nie rozumiem nominacji dla filmów „Green Book” i „Bohemian Rhapsody”. To kolejne przeciętne i nic nie wnoszące do X muzy crowd pleasery, podczas gdy Oscary powinny promować rzeczywiście najlepsze i najbardziej przełomowe filmy.

Jakim więc cudem nominację dostał taki „Green Book”, a pominięte zostały tak znakomite i poszerzające horyzonty filmowe produkcje, jak np. „Eighth Grade”?

Film Bo Burnhama z niezwykłym realizmem i uwagą przygląda się w przejmujący sposób dzisiejszemu pokoleniu nastolatków, ich potrzebie akceptacji i trudom dorastania w czasach social mediów i dostępu do internetu.

Główną bohaterką filmu jest piętnastoletnia Kayla, która prowadzi swój kanał na YouTubie i próbuje udzielać na nim porad dotyczących tego, jak żyć, radzić sobie problemami, przetrwać przez czas szkolny. Reżyser filmu stworzył jeden z najbardziej prawdziwych i pełnowymiarowych portretów nastolatków w historii kina. Idealnie wyczuwając momentum i pokazując jej życie oraz problemy bez sztucznego zadęcia, bez wydumanych dialogów i papierowych postaci.

Jak to jest, że Akademia uznała, iż lepszy od „Eighth Grade” jest chociażby „Bohemian Rhapsody”? Czy film nominowany do Oscara musi spełniać też tak nieuchwytne specyfikacje, jak to, czy wpasowuje się w „oscarowy format”? I co ten format w ogóle oznacza? Czy chodzi o tematykę, która jest „mile widziana”? Czy chodzi o to, by członkowie Akademii mogli się w pełni utożsamiać z fabułą?

A może dany film musi być zawsze zaklęty w klasycznej formie i okraszony pełnymi patosu kreacjami aktorskimi z obowiązkowymi „wielkimi przemówieniami”? Jak to miało miejsce w przypadku Dona Shirleya w „Green Book”. Jego krótka przemowa dotycząca tożsamości jest poruszająca, ale też i ewidentnie rozpisana pod Oscary. W dodatku twórcy nie mogli sobie odpuścić tego, by owa scena rozgrywała się w deszczu.

No bo nic tak nie podbija dramaturgii, jak przemówienia w deszczu.

Przemówienie w deszczu z filmu Green Book

Dlaczego Oscary, które powinny promować i wyznaczać trendy w kinie oraz nowe kierunki, bardziej skłaniają się ku nudnej i wtórnej klasycznej formie, a pomijają takie filmy, jak znakomity „Searching”?

Nie jest to wprawdzie arcydzieło, ale w kontekście nominowania „Czarnej Pantery” czy „Bohemian Rhapsody” „Searching” wypada zdecydowanie lepiej. Film ten przede wszystkim fenomenalnie prowadzi akcje i buduje suspens, opowiadając historię poprzez komunikatory internetowe i na ekranach laptopów oraz smartfonów.

Było już kilka filmów, które w ten sposób bawiły się z formą, ale „Searching” zrobił to najlepiej. Wychodząc poza ramy zwykłego filmu rozrywkowego czy klasycznego thrillera. Pokazując, że ponad 100 lat od powstania kina nadal można umiejętnie i świeżo wykorzystywać nowe formy przekazu wizualnego. W dodatku używając nowych technologii i pokazując, że można za ich pośrednictwem zbudować świetną i nowatorską narrację.

Tyle się mówi o docenianiu kobiet w branży filmowej, tym bardziej w kontekście #MeToo. Że trzeba dopuszczać je do głosu, promować ich historie, punkty widzenia, wrażliwość. No i pozwalać widowni poznawać filmy reżyserowane przez kobiety.

Ale jak już pojawia się znakomity film w reżyserii Debry Granik, „Zatrzyj ślady”, to się go ignoruje.

Co więcej, „Zatrzyj ślady” to absolutna czołówka najlepszych filmów 2018 roku. Opowiada o trudnej relacji weterana wojennego ze swoją nastoletnią córką, którą dotąd trzymał w izolacji od świata zewnętrznego. Oboje żyją razem w lesie w stanie Oregon. Gdy jednak przyjdzie im się zmierzyć z cywilizacją, więzy między nimi przechodzą ważną próbę.

„Zatrzyj ślady” porusza szereg ważnych tematów. Takich jak radzenie sobie ze stresem pourazowym, skutkami wojny na zwykłe życie eks-żołnierzy, relacje ojciec-córka, życie blisko natury, dojrzewanie, trauma. W dodatku jest brawurowo opowiedziane przez jedną z najciekawszych reżyserek w Hollywood, Debrę Granik. To ona w końcu, dzięki filmowi „Do szpiku kości”, przedstawiła światu Jennifer Lawrence, która za rolę w jej filmie dostała nominację do Oscara.

Tymczasem kapituła Oscarów uznała, że o wiele ważniejsze jest mielenie po raz kolejny tych samych tematów czy też nierzetelne przyjrzenie się ikonie LGBT w „Bohemian Rhapsody”. W tym kontekście już „Narodziny gwiazdy”, który jest w warstwie fabularnej klasycznym melodramatem, ma w sobie więcej treści, pokazuje bowiem powszechny problem walki z uzależnieniami oraz to, jak one wpływają na bliskie osoby.

Oscary powinny podążać za trendami, nagradzać filmy, które odzwierciedlają ducha naszych czasów, próbują być nowatorskie, a nie tkwią w skostniałych, starych formach i cały czas odtwarzają i powtarzają te same, klasyczne historie.

Gdy tylko pojawia się film, który chociaż trochę wyjdzie poza klasyczne i posągowe oczekiwania Akademii, tak jak w zeszłym roku „The Florida Project” Seana Bakera, to z miejsca jest ignorowany. Zapewne za kilka lat Akademia „obudzi się” i zacznie tego typu filmy nagradzać, tyle że już wtedy, gdy branża pójdzie do przodu.

Czy „Green Book” albo „Blackkklansman” przetrwają próbę czasu i przejdą do historii kina? Wątpię. Tegoroczne nominacje, nie tylko prezentują więc dość przeciętny poziom filmów, co przede wszystkim słabą selekcję. Pokierowaną w dużej mierze względami merkantylnymi. Oscary nie polegają na schlebianiu gustom gawiedzi. A doszło do tego, że Akademia, w obliczu lęku przed spadkami oglądalności sprzedaje duszę. Zamiast doceniać filmy przełomowe i takie, które zapiszą się w historii, zauważa bezpieczne kino środka. Takie, które przyjemnie ogląda się w rodzinnym gronie w niedzielne popołudnie, ale nie da się zaliczyć ich do filmowych arcydzieł.

Ewidentnie pominięto produkcje o wiele bardziej zasługujące na wyróżnienie i zwrócenie uwagi szerszej publiczności. „Bohemian Rhapsody” czy „Czarna Pantera” nie potrzebują Oscarów, bo stały się komercyjnymi superprzebojami. Tym bardziej jeśli o wiele lepsze filmy są skazywane zapomnienie.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (1)

0 odpowiedzi na “Większość filmów nominowanych w tym roku nie zasługuje na Oscary”

  1. W Oscarach już od dawna nie chodzi o jakość, tylko popularność. Gdyby nagradzali tylko dobre filmy, a nie popularne, ich oglądalność byłaby bardzo niska i nie byłoby ich stać na to wszystko. To jest show, a nie festiwal filmowy, jak Cane czy Berlinale. Całe szczęście, że się wycofali z tegorocznych pomysłów, ale teraz będę musieli poszukać nowego źródła dochodu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...