„Bracia Sisters” to western, jakiego jeszcze nie było – recenzja

Recenzja/Film 21.02.2019
Nasza ocena:
„Bracia Sisters” to western, jakiego jeszcze nie było – recenzja

„Bracia Sisters” to western, jakiego jeszcze nie było – recenzja

Bez względu na to, czy lubicie westerny czy nie, dajcie szansę filmowi „Bracia Sisters”. Twórcy podeszli do gatunku z zupełnie innej strony. A w dodatku obsada jest iście imponująca.

Akcja rozgrywa się w latach 50. XIX wieku. W samym środku gorączki złota. Bracia Sisters, czyli tytułowi bohaterowie anglojęzycznego debiutu Jaquesa Audiarda, to jeden z najbardziej nietypowych duetów w historii westernów. Charlie (Joaquin Phoenix) to hulaka, pijak i wolny duch. Nie grzeszy inteligencją, dzięki czemu życie upływa mu na błogiej nieświadomości. Jego brat, Eli (John C. Reilly), rozumu ma znacznie więcej, choć jego safandułowate usposobienie i ciągłe wyciąganie Charliego z kłopotów bywa dla niego uciążliwe. Jest niczym proto-geek z czasów Dzikiego Zachodu.

W tym duecie to Charlie jest mięśniami, a Eli mózgiem. Obaj dostają zlecenie na odnalezienie i zabicie Hermanna Kermita Warma (Riz Ahmed), który wynalazł tajemniczą miksturę sprawiającą, że znajdujące się pod wodą złoto zaczyna błyszczeć, dzięki czemu o wiele łatwiej je znaleźć.

Reżyser Jaques Audiard, który ma na koncie takie filmy jak „Prorok” czy „Rust and Bone”, wybrał sobie całkiem ciekawy projekt na swój anglojęzyczny debiut. Pochodzący z Francji twórca przeważnie skupiał się dotąd na współczesnym, wielkomiejskim kinie społecznym. Gustując głównie w mocnych, świetnie opowiedzianych dramatach.

„Bracia Sisters” z kolei to nie tylko totalnie egzotyczna dla niego formuła westernu, ale i historia mająca w sobie motywy zarówno przygodowego kina drogi, jak i przypowieści o niemalże biblijnych konotacjach.

Reżyser znakomicie utrzymał równowagę, zręcznie żonglując tymi gatunkami.

Jakby tego było mało, zadbał o przepiękne zdjęcia oraz wydobył fenomenalne i poruszające kreacje aktorskie od plejady gwiazd, które zechciały z nim pracować. Choć, ten ostatni wyczyn z pewnością był z tego wszystkiego najłatwiejszy. Mając w obsadzie Joaquina Phoenixa, Jake’a Gyllenhaala czy Johna C.Reilly’ego raczej nie trzeba martwić się o poziom aktorstwa.

Jak nietrudno się domyślić „Bracia Sisters” to o wiele bardziej studium charakterów (z elementami komedii sytuacyjnej) niż klasyczny western. Nie ma tu jasnego podziału na „dobrych i złych”. Nie znajdziecie tu też masy pojedynków na spluwy i pięści w saloonach, scen pościgów konnych czy licznych strzelanin. Zresztą już pierwsze sekundy filmu wyraźnie to zaznaczają. Oglądamy w nim kończącą się właśnie strzelaninę, w której biorą udział bracia Sisters, tyle że przypatrujemy się niej z oddali. Widzimy jedynie dom, z którego wydobywają się błyski i odgłosy broni palnej. Kamera zabiera nas w środek wydarzeń, gdy już cała akcja się kończy.

Audiard jasno daje do rozumienia, że nie interesuje go jarmarczna akcja i sekwencje kowbojskich potyczek.

Dla niego Dziki Zachód to barwne i egzotyczne tło dla opowiedzenia historii interakcji pomiędzy różnymi typami bohaterów.

Narracja opowiadana jest dwutorowo. Raz przyglądamy się tytułowym braciom Sisters, którzy próbują podążać szlakiem poszukiwanego przez nich Warma. W kolejnych scenach akcja przenosi się do wątku samego Warma, który śledzony jest przez wysłannika braci Sisters, Johna Morrisa (Jake Gyllenhaal), zostawiającego im listy z relacją ułatwiającą podążanie ich tropem. Po jakimś czasie drogi całej czwórki się zejdą, ale finał całej opowieści jest nie tylko nieprzewidywalny, ale też kompletnie zwali was z nóg. O ile oczywiście nie czytaliście książki DeWitta, na której oparty jest film Audiarda.

Skoro „Bracia Sisters” opierają się na interakcjach między bohaterami, to łatwo zgadnąć, że główna siła tego filmu kryje się w kreacjach aktorskich. A te są wyborne. Ale też czego można byłoby się spodziewać po TAKIEJ obsadzie. Przyznam, że sam nie wpadłbym nigdy na pomysł stworzenia aktorskiego duetu John C. Reilly – Joaquin Phoenix. Choćby tylko za to należą się Audiardowi oklaski na stojąco.

Chemia między panami jest wręcz namacalna. Od pierwszych chwil, gdy ich poznajemy, wydaje się, jakby naprawdę łączyły ich więzy krwi. Pomimo faktu, że obaj są od siebie różni pod względem charakterów. Charlie jest niczym ego, pędzące do przodu, korzystające z życia bez większych refleksji. Ogarnięte chciwością. Eli to z kolei Id. Schowany, niepozorny, o wiele bardziej refleksyjny i mający wątpliwości osobnik. W obu tych postaciach jest jednak pewna urokliwa ciamajdowatość.

„Bracia Sisters” nie są wprawdzie filmem idealnym, bo do kilku rzeczy można by się przyczepić. Moim głównym problemem jest przede wszystkim nierówne tempo, gdyż film, poniekąd przez tą swoją dwutorowość, gdzieś tak w środku trochę się rozłazi. W pewnym momencie akcja nie za bardzo posuwa się do przodu i niewiele się dzieje.

Nie dajcie się jednak zwieść, gdyż ostatnie 20 minut absolutnie rozłoży was na łopatki.

Finał tej historii tak nagle zmienia jej charakter, że jeszcze chwilę po seansie dochodziłem do siebie.

W dobie deficytu dobrych westernów w kinach „Bracia Sisters” świetnie wypełniają tę lukę i niszę, dodatkowo otwierając ten gatunek na szerszą publiczność. A przynajmniej taką, która niekoniecznie w westernach gustuje.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...