Czy socjopata o anielskiej twarzy to dobry materiał na bohatera? „Anioł” – recenzja

Recenzja/Film 01.02.2019
Nasza ocena:
Czy socjopata o anielskiej twarzy to dobry materiał na bohatera? „Anioł” – recenzja

Czy socjopata o anielskiej twarzy to dobry materiał na bohatera? „Anioł” – recenzja

„Anioł”, luźno oparty na prawdziwej historii seryjnego zabójcy Carla Robledo Pucha, to kolejna już opowieść, która w swoim centrum stawia antybohatera.

Zaledwie 17-letni Carlito (Lorenzo Ferro) zdaje się traktować jakiekolwiek granice, zasady i prawo jak luźny koncept. Dla niego nie ma ograniczeń. W biały dzień potrafi wejść do czyjegoś domu i okraść go z poukrywanych w szafkach kosztowności, rzeźb czy obrazów.

Carlito to naprawdę niepokojąca i na swój sposób fascynująca postać.

Odznacza się urodą cherubina, na pierwszy rzut oka wydaje się niewinnym, pobudzającym uczucie opiekuńczości chłopcem. Ale pozory potrafią brutalnie mylić.

Główny bohater filmu „Anioł” to najgorszy przykład narcyza i socjopaty, jaki można sobie wyobrazić. To ten typ człowieka, który uważa, że świat to jego podwórko. A ludzie wokół to pionki, które są w stanie pomóc mu osiągnąć swoje cele. Carlito lubi kraść. I to nie w celu otaczania się bogactwem i przedmiotami. On kradnie dla samego przeżywania tej czynności. Buntując się jednocześnie wszelkim zasadom i normom społecznym.

Kręci go adrenalina, uważa za oczywiste to, że może sobie wejść do posiadłości obcej mu osoby i zabrać to, na co ma ochotę. Z czasem przekracza granicę i zaczyna też zabijać. Robi to bezrefleksyjnie. Niemalże z dziecięcą naiwnością, traktując zabijanie jak swoistą zabawę. Jego nonszalancja i bezczelność idą w parze z bezmyślnością i poczuciem zagubienia.

Cały czas mam problem z tego typu postaciami. Z jednej strony znam i lubię filmy i seriale, w których głównym bohaterem, czasem nawet w miarę pozytywnym, jest seryjny morderca. Z drugiej wszystko tak naprawdę zależy od tonu danej produkcji.

„Anioł” moim zdaniem huśta się trochę na granicy dobrego smaku. Reżyser Louis Ortega chwilami snuje tę opowieść jak komiksową, brutalną bajkę.

Ciepłe kolory, ciekawie zaaranżowane sceny, atrakcyjna warstwa muzyczna (rock’n’rollowy, dynamiczny soundtrack), udane odtworzenie Buenos Aires z początku lat 70. To wszystko składa się na przyjemną w obcowaniu formę. Tempo jest całkiem niezłe, choć i tak nasza pełna uwaga kieruje się ku znakomitemu Lorenzo Ferro w roli Carlita. Na dodatek twórcy dorzucili jeszcze wyraźnie zaznaczone wątki LGBT.

Cały czas miałem wrażenie, jakby „Anioł” był miksturą wszelkich znanych, popularnych i lubianych popkulturowych prefabrykatów. Utkany z elementów, które są dziś modne i pożądane. A wszystko po to, by pokazać na ekranie fascynującą, ale i budzącą ogromny niepokój postać.

Uwaga, drobny spoiler.

„Anioł” nie jest wcale opowieścią ku przestrodze. Główny bohater właściwie cały czas umyka koślawej ręce sprawiedliwości. Choć w rzeczywistości Carlito został w końcu złapany przez władze, to sam film pozostawia tę kwestię sprawą otwartą. Już sam tytuł, nawet jeśli można uznać go za ironiczny, nie ma w sobie wagi, która odpowiadałaby psyche tej postaci.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...