„Dom, który zbudował Jack” to gloryfikujące przemoc studium seryjnego mordercy – recenzja

Recenzja/Film 18.01.2019
Nasza ocena:
„Dom, który zbudował Jack” to gloryfikujące przemoc studium seryjnego mordercy – recenzja

„Dom, który zbudował Jack” to gloryfikujące przemoc studium seryjnego mordercy – recenzja

Niech Lars Von Trier przestanie już kręcić filmy. Powoli zaczynam mieć dość. Jest tyle innych pozytywnych zajęć, którymi mógłby się zająć, jak choćby malarstwo czy szydełkowanie. Od kilku lat znoszę te jego grafomańskie wybryki, ale „Dom, który zbudował Jack” przelał czarę goryczy.

Jego najnowszy film to puste, banalne i prowokatorskie spojrzenie w głąb umysłu mordercy. Ostatnie czego świat w tej chwili potrzebuje.

Tytułowy bohater filmu „Dom, który zbudował Jack” wygląda tak niepozornie i zwyczajnie jak tylko można. Wciela się w niego Matt Dillon, niegdyś nadzieja amerykańskiego kina niezależnego, dziś wyraźnie zapomniany. Pracuje jako architekt, ale już od dziecka wykazywał niepokojące skłonności do przemocy i okrucieństwa wobec ludzi. Pod przykrywką wyglądu pracownika biurowego kryje się więc pozbawiony empatii i ogarnięty żądzą zabijania potwór. Nieczuły na krzywdy innych ludzi, czerpiący przyjemność z zabierania życia.

Film obserwujemy poprzez opowieść Jacka, którą słyszymy z offu, podczas jego dyskusji z tajemniczym człowiekiem. Przedstawia nam on pięć przypadków morderstw dokonanych przez siebie na przestrzeni 12 lat. Na jego koncie znajduje się ich znacznie więcej (w pewnym momencie pada liczba – sześćdziesiąt). „Dom, który zbudował Jack” pokazuje, na szczęście, tylko pięć. Ale tak jak i Jack nie jest specjalnie zarysowany przez Von Triera, tak i poszczególne rozdziały filmu, pokazujące jego akty przemocy, są tylko epatowaniem przemocą i wymierzoną w tanie szokowanie metaforą procesu twórczego artysty. Bo za takiego uważa się Lars Von Trier.

„Dom, który zbudował Jack” jest więc szukającą westchnień oburzenia prowokacją

Reżyser mierzy się w niej z takimi tematami jak przemoc, akt tworzenia sztuki, znieczulica społeczna, bezkarność, nieudolny wymiar sprawiedliwości.

Przede wszystkim skupia się jednak na sztuce. Gdy oglądamy więc sceny, w których Jack jako mały chłopiec, bez mrugnięcia okiem odcina nóżkę małej kaczuszce, albo już jako dorosły mężczyzna amputuje kobiecie piersi (z jednej z nich zrobi sobie później… portfel) to tak naprawdę, według Von Triera, przyglądamy się artyście i jego procesowi tworzenia.

Od zawsze wiedziałem, że Lars Von Trier to klasyczny przypadek narcyza, który uwielbia zwracać na siebie uwagę. Najczęściej robiąc to w sposób krzykliwy. O ile jeszcze oglądając jego filmy z lat 90., widziałem w nim nadzieję dla autorskiego kina i oryginalny głos filmu, tak teraz jestem już niemal pewien, że to jeden wielki hochsztapler i grafoman. Uwe Boll europejskiego kina artystycznego.

Oglądając „Dom, który zbudował Jack” nie natraficie bowiem na żadne ciekawe czy odkrywcze hasła, bądź tematy, bo reżyser opowiada w tym filmie głównie o sobie. Niby jasnym jest, że każdy twórca oddając nam swoje dzieło, opowiada o sobie. Sęk w tym, że większość z nich robi to w mniej dosłowny i bardziej finezyjny sposób. Von Trier z kolei jedzie po bandzie. Domaga się uwagi, a jak ją dziś najlepiej uzyskać? Pokazując wynaturzoną przemoc. Sięgając po doktryny szoku. Wstrząsając widzem.

W jego najnowszym filmie zobaczymy sceny, na które trudno się patrzy. Które wprowadzą was w stan głębokiego niepokoju i rozedrgania. Nie da się obok nich przejść obojętnie. Tyle tylko, że są totalnie puste. A pomiędzy nimi niestety wieje zwyczajną nudą. Pomijam już fakt, że trwający 150 minut film mógłby być krótszy o jakieś 40. Pomijam też kuriozalny epilog, w którym to nasz główny bohater schodzi do czeluści piekielnych, niczym Dante w „Boskiej komedii”.

Przez ponad 2 godziny Von Trier masakruje nas sadystycznymi scenami mordów swojego głównego bohatera. Wykorzystując przy okazji jego czynności jako platformę do polemiki z głównonurtowym myśleniem i establishmentem.

Reżyser polemizuje z akcją #MeToo, z ofiar Jacka czyniąc w większości kobiety.

W dodatku kobiety te są albo niezbyt mądre, albo przeraźliwie naiwne, albo tak irytujące, że wydaje się, jakby Von Trier chciał nami manipulować tak, byśmy kibicowali Jackowi w jego żądzy mordu.

Argumentuje swoje czyny, odwołując się do teorii filozofów, kanonów sztuki, socjologii. Grzmi w pewnym miejscu o „męskiej winie”, o tym, że w każdej sytuacji to na mężczyzn spadają gromy i pretensje, a kobiety zawsze są tylko i wyłącznie w roli ofiar. Prawi o obiektach kultu, jakie wytworzyła nasza cywilizacja, jako przykłady podając Hitlera czy Stalina. Oczywiście cały czas z offu słyszymy jego dyskusję z „tajemniczym głosem”, w którym to Von Trier tworzy dla siebie przestrzeń zdystansowania się od tego wszystkiego, krytyki swojego bohatera i zawarcia w tym wszystkim głosu rozsądku. Ale to tylko przykrywka.

Nie jest oczywiście tak, że moje złe zdanie o tym filmie wynika z tego, że podejmuje kontrowersyjne tezy. „Dom, który zbudował Jack” kuleje przede wszystkim pod względem formalnym i artystycznym. Jest i za długi, i pusty, kiepsko wyreżyserowany, pełen banałów, pretensjonalny do bólu. Rozgrywa się w USA, ale małomiasteczkowe i leśno-górskie otoczenie równie dobrze mogłoby być i Danią. Nie wiem więc, czemu reżyser uparł się, by kręcić go akurat tam. Tym bardziej, że dialogi chwilami jawią się jakby były tłumaczone z duńskiego w Google Translatorze.

Niestety nie połechcę ego Von Triera. Więcej, liczę, że to jego ostatnie dzieło. Nie tyle nawet nudne, co zwyczajnie nieprzyjemne, takie o którym chce się zapomnieć i odzyskać stracony czas.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (1)

Jedna odpowiedź do “„Dom, który zbudował Jack” to gloryfikujące przemoc studium seryjnego mordercy – recenzja”

  1. Całkowicie zgadzam się z recenzją autora. Jest to film, na który po prostu nie chce sie patrzeć i który jak najszybciej chce sie zapomnieć. Reżyser w sposób prostacki epatuje brutalnością i robi widzom wodę z mózgów, przeplatając sceny morderstw wywodami o sztuce. W ten naiwny sposób próbuje nam wmówić, że powinniśmy go słuchać, bo zaraz z ekranu padnie coś ważnego, coś głębokiego, coś co pozostanie w duszy na długo a my poczujemy, że obcujemy ze sztuką. Niestety nie dotrwałem do tego momentu. A czasu straconego w kinie nic mi już nie zwróci. Są jednak dwa plusy tego filmu. Pierwszy to dobre aktorstwo, a drugi to przekonanie – pewność wręcz – że bardzo długo pomyślę zanim ponownie pójdę do kina na film LvT
    Brawo dla autora recenzji, bo wreszcie ktoś napisał jak jest a nie klaskał bo wypada

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...