Widziałam „Underdoga”, więc wiem, co to MMA, dz****! A nie, jednak nie

Recenzja/Film 11.01.2019
Nasza ocena:
Widziałam „Underdoga”, więc wiem, co to MMA, dz****! A nie, jednak nie

Widziałam „Underdoga”, więc wiem, co to MMA, dz****! A nie, jednak nie

Oto jest – pierwszy polski film o MMA. Produkcję „Underdog” można już zobaczyć w kinach. Ale czy warto?

Jaki kraj, taki Rocky Balboa. Albo Kurt Sloane. W czasach złotych myśli podawanych w formie lakonicznych wpisów na Facebooku czy Twitterze, to zdanie mogłoby zamknąć temat recenzji filmu „Underdog”. Ale nie róbmy tego tej produkcji, bo zasłużyła zdecydowanie na szerszą opinię. Co nie znaczy, że bardziej pochlebną.

„Underdog” to pierwszy polski film gatunkowy o MMA.

Tym hasłem, podkreślanym raz po raz, reklamowano film. Debiutuje zatem temat, debiutuje także reżyser, na co dzień współwłaściciel KSW, Maciej Kawulski. Debiutuje także Mamed Khalidov, choć za dużo mu pograć nie dali – ot, ledwie kilka krótkich dialogów plus sceny walki, które zapewne nie były dla niego problematyczne.

To również debiut Eryka Lubosa w tak ważnej pierwszoplanowej roli. Aktor gra bowiem głównego bohatera, Borysa Kosińskiego, zawodnika MMA na zakręcie. Ten pogubił się w życiu tak bardzo, że klatkę zamienił na warsztat spawalniczy. Polski Daniel Craig zachwycał już bardziej, chociażby w „Sztuce kochania”. Pierwszoplanową rolę w „Underdogu” na swój sposób, w przenośni i dosłownie, udźwignął, ale wysokich not za styl tym razem ode mnie nie dostanie.

„Underdog” to całkiem sprawne kino akcji.

Fabuła jest nawet mniej istotna od scen sensacyjnych, w których nasz zawodnik stawia czoła złym lokalsom czy bandyterce zza wschodnich granic, która grasuje w Ełku, rodzinnym mieście Kosińskiego. Albo scen, w których mazurski Balboa i jego trener (grany przez bezbłędnego Janusza Chabiora) cierpiący na objawy zespółu Tourette’a (nie pytajcie…) przygotowują ciało zawodnika do powrotu na ring. Nasz zawodnik ma oczywiście także życie prywatne, jednak wątek damsko-męski został odbębniony po łebkach – wszak trzeba było oszczędzić czas na skrupulatne sfilmowanie treningu w pięknym lesie nad jeziorem. To odbębnienie powoduje kilka skrótów fabularnych, parę luk, ale kto by się tam przejmował. Zaraz wskakujemy na ring.

O samym MMA dowiedziałam się z filmu niewiele.

Liczyłam na kulisy działalności KSW, tajniki sportu, rozgrywek, może jakieś smaczki, trochę więcej samej walki. Te tak naprawdę ograniczają się do jednej z końcowych scen. Która swoją drogą otwiera bardzo rozczarowujący i nielogiczny finał całego filmu. A szkoda, bo można było inaczej rozplątać te intrygę. A co do KSW – wygląda jednak na to, że muszę włączyć Polsat i sama się doedukować.

fot. Piotr Pędziszewski

Obawiam się, że pomimo kilku zalet, takich jak zgrabnie nakręcone sceny treningów i przygotowań do walki czy kolejna dobra rola Chabiora, długo po seansie pozostanie głównie wspomnienie nagromadzenia zbyt dużej ilości banalnych frazesów, co skutecznie uniemożliwia uznanie tego dzieła za sukces. Owe frazesy, podane w formie dialogów czy monologów, choć niosące ważne przesłanie (mówią o tym, jak zawodnik czuje się w klatce, o samotności która go wtedy ogarnia itd.), zostały niestety sformułowane dość niedbale. Zaś apogeum pretensjonalności nadchodzi, gdy w tle pojawia się chrypiący Marek Dyjak ze słowami Słuchaj, ptaku, / W klatce nie jest ci najgorzej / Źle jest wtedy, / Kiedy nie chce się już żyć*. W sumie pasują oni do siebie, Dyjak i Lubos. Ciekawe, czy by się zakumplowali.

*Fragment piosenki Człowiek (Złota ryba)

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (1)

Jedna odpowiedź do “Widziałam „Underdoga”, więc wiem, co to MMA, dz****! A nie, jednak nie”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...