Reklamy nie kłamią. To naprawdę najlepsza rola Julii Roberts od lat. „Powrót Bena” – recenzja

Recenzja/Film 11.01.2019
Nasza ocena:
Reklamy nie kłamią. To naprawdę najlepsza rola Julii Roberts od lat. „Powrót Bena” – recenzja

Reklamy nie kłamią. To naprawdę najlepsza rola Julii Roberts od lat. „Powrót Bena” – recenzja

Julia Roberts wciela się w matkę walczącą o przyszłość swojego syna, który próbuje wyjść z nałogu narkotykowego. „Powrót Bena” nie do końca jednak wykorzystuje potencjał tej historii i w dużej mierze warto go obejrzeć głownie dla fenomenalnej kreacji aktorskiej Roberts.

Obrodziło nam ostatnio w filmy opowiadające o postaciach próbujących walczyć z uzależnieniem od narkotyków. Nie pierwszy już raz „dziwnym zbiegiem okoliczności” praktycznie w jednym momencie do kin wchodzi kilka produkcji zastanawiająco zbliżonych do siebie tematyką. Trochę tak, jakby ktoś na górze zdecydował, że zima 2019 to czas, w którym Hollywood powinno usilnie podejmować temat narkomanii. Szkoda, że dopiero teraz studia uznały, że warto pokazać masowej widowni tego typu zagadnienia. Choć oczywiście, lepiej późno niż wcale.

I podobnie jak niedawny „Mój piękny syn”, tak i „Powrót Bena” skupia się wokół postaci rodzica, którego dziecko ma problem z narkotykami.

Holly Burns (w tej roli Julia Roberts) przygotowuje się właśnie do wieczoru wigilijnego z dziećmi, gdy w drzwiach jej domu pojawia się nieoczekiwanie Ben (Lucas Hedges). Ben jest synem Holly, który po licznych dramatycznych wydarzeniach związanych z uzależnieniem od narkotyków został wysłany do kliniki odwykowej. Teraz jednak postanowił wrócić do domu na jeden dzień, by spędzić z rodziną Wigilię.

Nikt się go nie spodziewał. Powrót Bena uszczęśliwił jego matkę i dwójkę najmłodszego przybranego rodzeństwa. Natomiast reszta domowników jest raczej skonsternowana i zaniepokojona. Wszyscy bowiem wiedzą, że Ben już nieraz potrafił nadużywać zaufania rodziny, zawsze znajdując pochowane po kątach dragi, bądź szprycując się lekami. Tym razem wydaje się jednak, że jest „czysty”. Czy na pewno?

„Powrót Bena” jest naprawdę ciekawie zapowiadającym się dramatem rodzinnym.

Oparty jest na udanych kreacjach aktorskich, w tym na fenomenalnej Julii Roberts, która zachwyca i chwyta za serce jednocześnie.

W jej oczach widać matczyną miłość, gotowość do największych poświęceń. Holly zrobi wszystko dla swojego syna. Nie jest, na szczęście, zaślepiona tą miłością i wie, że czasem trzeba synem potężnie potrząsnąć dla jego dobra. Nie zmienia to faktu, że Holly jest emanacją miłości matki w stanie czystym. A Roberts gra ją tak, że potrafi zapierać tym dech w piersi. To naprawdę wielka, przemyślana i niosąca w sobie potężne pokłady emocji rola. Na tyle wielka, że cała reszta obsady, włącznie z Lucasem Hedgesem wcielającym się w miarę udanie w tytułowego Bena, stanowi jedynie tło dla jej popisowej kreacji.

I po trochu w tym tkwi niestety słabość tego filmu. Reżyser, Peter Hedges (prywatnie ojciec Lucasa), za bardzo skupił się na roli Julii oraz jej samotnej walce o duszę syna. Za mało uwagi poświęcił jednak dynamice całej rodziny Holly. Na samym początku obserwujemy masę interesujących tarć między Benem a jego przybranym ojcem i siostrą. Jego powrót wprowadza też napięcie pomiędzy Holly a resztą.

„Powrót Bena” mógł być więc ciekawą wiwisekcją rodziny rozdartej przez wyniszczający nałóg jednego z jej członków.

Była szansa, aby pokazać narkomanię nie w banalny i oczywisty sposób, machając dydaktycznym palcem i ostrzegając „nie róbcie tego, zobaczcie jak możecie skończyć”.

Gdyby twórcy filmu pokazali, jak narkotyczny nałóg rozlewa się na całą rodzinę i wyniszcza ją od środka, to naprawdę byłaby mocna rzecz, która o wiele bardziej przemówiłaby do wyobraźni masowego widza. I pokazywała narkotyki jako prawdziwie niszczący żywioł. Tymczasem w trzecim akcie twórcy filmu „Powrót Bena” opuszczają rodzinę Molly. W pewnym momencie Ben wraz z matką wyruszają na poszukiwania ich zaginionego pieska. Sprawia to, że uwaga autorów odchodzi od rodzinnej dynamiki i zamienia się w coś na kształt mini-kina drogi, które z kolei ma stanowić wehikuł dla roli Julii Roberts, przy okazji pokazując, jak wielką siłą ducha i miłością obdarzona jest jej postać.

I nie ma w tym nic złego, bo seans filmu mimo wszystko jest poruszający, a całość dobrze się ogląda. Miałem jednak wrażenie, że to dzieło, które ewidentnie skręciło w pewnym momencie w złym kierunku i straciło szansę na opowiedzenie naprawdę przejmującej i zapadającej w pamięć historii. No i podobnie jak wspomniany wcześniej „Mój piękny syn”, tak i „Powrót Bena” raczej omija wszelkie „brudy” związane z narkomanią. Może w mniejszym stopniu niż ten pierwszy, ale to nadal nie jest pełen obraz życia osoby walczącej z nałogiem. Nie pokazuje nam zbytnio prozy życia w tym stanie.

To nadal bezpieczna, hollywoodzka opowiastka dla masowego widza.

Niekoniecznie jest to spory minus, bowiem czasem ta „hollywoodzka przystępność” jest dla wielu progiem udanej konsumpcji danego dzieła i zrozumienia podanego przez film tematu.

Tej klarowności i przejrzystości przekazu często brakuje europejskim (w tym także i polskim) produkcjom. Tym niemniej, jeśli spodziewacie się tego, że twórcy przestrzegą was przed narkotykami za pomocą terapii szokowej, to możecie się lekko rozczarować. „Powrót Bena” to nic poza dobrym dramatem, który można puścić w telewizji. Rzetelna robota, ale poza rolą Julii Roberts nie ma tu zbyt wiele elementów, którymi można by się porządnie zachwycić.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...