„Płomienie” to psychothriller, który igra z widzem. Recenzujemy film na podstawie prozy Harukiego Murakamiego

Recenzja/Film 28.12.2018
Nasza ocena:
„Płomienie” to psychothriller, który igra z widzem. Recenzujemy film na podstawie prozy Harukiego Murakamiego

„Płomienie” to psychothriller, który igra z widzem. Recenzujemy film na podstawie prozy Harukiego Murakamiego

Adaptacja opowiadania Harukiego Murakamiego „Spalenie stodoły” od koreańskiego reżysera Chang-dong Lee to niepokojące studium frustracji i niespełnionych aspiracji. „Płomienie” na długo zostaną w waszej pamięci.

Głównym bohaterem jest Jongsoo (w tej roli Ah In Yoo), młody chłopak żyjący i pracujący dorywczo w mieście Paju. Pewnego dnia przypadkiem zaczepia go dziewczyna, Haemi (Jeon Jong-seo). Ta twierdzi, że jest jego dawną koleżanką z klasy, którą ponoć ignorował za czasów szkolnych. Haemi wyznaje mu, że planuje podróż do Afryki i prosi go, by na czas jej nieobecności Jongsoo zaopiekował się jej kotem. Sęk w tym, że kot jest… niewidzialny. Co więcej, gdy Haemi wraca z Afryki przywozi ze sobą obytego w świecie i bogatego znajomego, Bena (Steven Yeun).

Pomiędzy trójką bohaterów zaczyna rodzić się aura napięć i niedopowiedzeń.

Reżyser Chang-dong Lee snuje tę opowieść dość powolnym tempem. „Płomienie” dalekie są od bardziej dynamicznych zachodnich produkcji, jednak wcale nie przeszkadza to w odbiorze. Autor z niesłychaną uwagą studiuje swoich bohaterów, do tego stopnia, że nawet najbardziej banalne czynności jakich dokonują zdają się nie lada interesujące.

Tutaj każde ruch, spojrzenie, słowo, zdarzenie mają znaczenie. Nawet jeśli nie od razu wyłapiemy ich sens. To trochę jak w życiu, gdzie tak naprawdę od nas zależy, ile dla siebie weźmiemy z rzeczywistości.

„Płomienie” to przede wszystkim film o zagubieniu. W świecie, społeczności, we własnych myślach. Jongsoo marzy by być pisarzem, niestety proza życia nie do końca pozwala mu rozwinąć skrzydła. Matka opuściła go, gdy był dzieckiem, ojcu grozi kara więzienia, wiec on sam musi zająć się jego gospodarstwem. Jego relacja z Haemi wydaje się „płynna” i niezwykle ulotna. Dziewczyna zawładnęła jego wyobraźnią, po czym nagle znika. A może nigdy jej nie było? Albo nie jest tym, za kogo się podaje? Na samym początku znajomości mówi do chłopaka: „Nie myśl o tym, że kot nie istnieje – po prostu zapomnij o tym, że go nie ma”.

Zapoznany przez nią, podczas powrotu z Afryki, Ben to z kolei światowiec bawiący się życiem, pozbawiony zmartwień. Czy jest on konkurencją dla Jongsoo w walce o uwagę Haemi? Czy bardziej reprezentantem klasy bogaczy, zachodniej kultury, azjatyckim Wielkim Gatsbym, który przejmuje coraz to większą część koreańskiej rzeczywistości i stylu życia? Nieprzypadkowo reżyser obsadził w tej roli Stevena Yeuna, gwiazdę amerykańskiego serialu „The Walking Dead”, który wcielał się w lubianą przez wszystkich postać Glenna.

Czy jego pojawienie się pomiędzy Jongsoo a Haemi to zemsta dziewczyny, za to, że chłopak w młodości ją ignorował? O ile oczywiście to w ogóle miało miejsce, gdyż Haemi znana jest z tego, że często zmyśla historie, które się nie wydarzyły.

Takich pytań „Płomienie” zadaje całe mnóstwo i to jest w tym filmie najbardziej fascynujące.

To oczywiście wymagający seans. Oczekuje od nas uwagi, spostrzegawczości, gdyż cała masa tropów fabularnych i interpretacji poukrywana jest między kadrami, w miejscach, które najmniej o to podejrzewamy.

Chang-dong Lee zręcznie bawi się też z oczekiwaniami widza. Przyglądając się jego filmowi jako całości, jest to na dobrą sprawę klasyczny thriller. Ale reżyser poddał go przemyślanej dekonstrukcji od środka, rozbijając na oniryczną psychodramę, przejmujące love story z tragicznym finałem, chwilami ubierając w szaty melodramatu. Jego akcja właściwie nigdy nie rozwija się tak, jak moglibyśmy się tego spodziewać, zręcznie omijając niebezpieczne fabularne koleiny i banalne rozwiązania.

To mistrzowska filmowa robota, bo nie lada sztuką jest zrobić film, w którym pozornie tak mało się dzieje, a jednocześnie trzyma nas to na krawędzi fotela. W którym poezja miesza się z wyczerpującym studium charakterów, a miłość z zazdrością. Na dodatek oczarują was wspaniałe zdjęcia, pięknie pokazujące zarówno rozległe tereny koreańskiej wsi jak i przestrzenie domów i mieszkań.

Dla tych, których fascynuje koreańska (nie)rzeczywistość oraz oczekują od kina możliwości do kontemplacji, ale też i mocnego igrania z emocjami, „Płomienie” powinny okazać się idealnym wyborem na któryś z zimowych wieczorów.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...