Najbardziej boimy się tego, czego nie widać. „Nie otwieraj oczu” – recenzja

Recenzja/Film 21.12.2018
Nasza ocena:
Najbardziej boimy się tego, czego nie widać. „Nie otwieraj oczu” – recenzja

Najbardziej boimy się tego, czego nie widać. „Nie otwieraj oczu” – recenzja

Sandra Bullock zachwyca jedną z lepszych ról w swojej karierze. Szkoda tylko, że adaptacja książki „Bird Box”, „Nie otwieraj oczu”, pomimo ciekawego pomysłu i niezłej realizacji pozostawia po sobie spory niedosyt.

Film otwiera scena, w której Malorie (Sandra Bullock) przygotowuje swoje małe dzieci do niebezpiecznej wyprawy łódką. Po przekonującej mowie motywacyjnej zakłada sobie i maluchom opaski na oczy i cała trójka wyrusza w drogę. Po chwili akcja cofa się w czasie o 5 lat. Malorie jest jeszcze w ciąży i wraca razem z siostrą od lekarza, kiedy to na całym świecie z ludźmi zaczyna dziać się coś dziwnego. Z niewyjaśnionych powodów zaczynają odchodzić od zmysłów i popełniać zbiorowe samobójstwa.

„Nie otwieraj oczu”, pomimo wielu różnic, budzi siłą rzeczy liczne skojarzenia z filmem Johna Krasińskiego „Ciche miejsce”.

Podobieństwo widać nie tyle w realizacji co w podobnej wersji post-apokaliptycznego świata, który został doprowadzony do zniszczenia poprzez zbyt mocne poleganie na naszych zmysłach. W „Cichym miejscu” każdy, kto wydawał z siebie jakiekolwiek dźwięki, stawał się celem tajemniczych morderczych istot. Z kolei w „Nie otwieraj oczu” umiera każdy, kto nie zasłoni oczu.

W tym przypadku wróg jest jednak niewidzialny. Nie wiadomo do końca, czy jest obcą formą życia, czy może jakimś wirusem. Twórcy, podobnie jak autor książki „Bird Box”, na której oparty jest film, nie podają nam tej odpowiedzi, szlachetnie polegając na maksymie, że najbardziej boimy się tego, czego nie widać. I to prawda, jednak w przypadku „Nie otwieraj oczu” autorzy przesadzili w drugą stronę. Nie wyjaśniają bowiem do końca działania śmiercionośnej siły. Z jakiegoś powodu są ludzie, których oszczędza, niejako hipnotyzuje, ale pozwala żyć niczym w transie.

W „Cichym miejscu” też nie było jasne, skąd pochodzą filmowe stwory. W „Nie otwieraj oczu” mamy do czynienia z niewidzialną siłą, w ogóle nie mamy okazji na jakiekolwiek domysły co do genezy istnienia tego „czegoś”. Po czasie powoduje to więcej frustracji niż zaciekawienia.

Oczywiście nie jest to niezbędne do tego, by śledzić akcję nowego filmu Netfliksa. O wiele bardziej przeszkadzają w tym scenariuszowe mielizny, masy fabularnych uproszczeń i nonsensów oraz mało satysfakcjonujący finał.

Na dobrą sprawę poza postacią Malorie żaden inny bohater „Nie otwieraj oczu” nie jest specjalnie rozbudowany. W pewnym momencie główna bohaterka trafia do domu, w którym ukrywa się podczas trwającej w mieście „apokalipsy” razem z grupą obcych ludzi. Mamy przestraszoną kobietę w ciąży, podstarzałego dupka (John Malkovich w typowej dla siebie roli), wytatuowanego buntownika (obsadzony chyba z łapanki Machine Gun Kelly) i szlachetnego przystojniaka.

Może na kartkach książki czy scenariusza prezentowali się oni w miarę atrakcyjnie, ale jednak twórcy filmu nie postanowili ich zbytnio rozbudowywać, stanowią więc raczej przeciętne tło. A szkoda, bo już abstrahując nawet od samego stwora, w tego typu produkcjach najciekawsze są właśnie interakcje między bohaterami, to jak różni ludzie reagują na ekstremalne sytuacje. W „Nie otwieraj oczu” jest to tylko delikatne zarysowane, trochę tak, jakby twórcy musieli odbębnić ten rozdział książki. Nie pomaga to też w poczuciu empatii względem danych postaci, przez co seans ogląda się bez większego zaangażowania i kibicowania bohaterom.

Przed całkowitą obojętnością ratuje nas jednak niezawodna Sandra Bullock. Jej Malorie to imponująca rola – rozbudowana, wymagająca, niełatwa, wieloznaczna.

Bullock jest kobietą w ciąży, której przychodzi zmierzyć się z ekstremum, ale ciągle zachowującą zimną krew. Później oglądamy ją jako silną matkę, która zrobi wszystko, by ocalić swoje dzieci. To wielka rola, jedna z lepszych w jej karierze.

Film jako medium wizualne dość średnio nadaje się do opowiadania historii, w których ogranicza się nam pole widzenia. W książkowym pierwowzorze było niemało fragmentów świetnie opisujących dźwięki otoczenia oraz próby odnalezienia się w danej przestrzeni osób, które zasłoniły sobie oczy przepaskami. Tym samym przedstawiając czytającemu perspektywę ludzi niewidomych. W wersji filmowej dostajemy dosłownie kilka krótkich sekwencji, próbujących emulować efekt zakrytych oczu.

Choć oczywiście skłamałbym twierdząc, że „Nie otwieraj oczu” w ogóle nie emocjonuje.

Mniej więcej do połowy ogląda się go naprawdę dobrze, twórcy udanie stopniują napięcie, tworzą atmosferę dezorientacji, tajemnicy. Kilka scen przykuwa naszą uwagę, mieszając ze sobą poetykę thrillera z horrorem. Problem przychodzi wtedy, gdy okazuje się, że cała reszta filmu właściwie nie rozwija się dalej. Tajemnice nie zostają rozwiązane, dziury scenariuszowe nie załatane, a całość wydaje się zbyt mocno opierać na ciekawym pomyśle fabularnym, którego jednak nikt nie miał pomysłu rozwinąć w ciekawym kierunku.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (1)

2 odpowiedzi na “Najbardziej boimy się tego, czego nie widać. „Nie otwieraj oczu” – recenzja”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...