Kiedyś koszulkę z Aquamanem nosiłem ironicznie. Dziś ten film udowadnia, że „Wonder Woman” to nie był wypadek DC przy pracy

Recenzja/Film 19.12.2018
Nasza ocena:
Kiedyś koszulkę z Aquamanem nosiłem ironicznie. Dziś ten film udowadnia, że „Wonder Woman” to nie był wypadek DC przy pracy

Kiedyś koszulkę z Aquamanem nosiłem ironicznie. Dziś ten film udowadnia, że „Wonder Woman” to nie był wypadek DC przy pracy

Jeśli ktoś kilka lat temu powiedziałby mi, że „Aquaman” okaże się jednym z najlepszych obrazów na licencji DC, tylko bym się zaśmiał. Życie pisze jednak najlepsze i zarazem nieprawdopodobne scenariusze. „Aquaman” nie jest jednak filmem bez wad.

Recenzja bez spoilerów.

DC i Marvel na rynku komiksów od dekad idą łeb w łeb, nawzajem wyrywając sobie koronę. Zażarta walka pomiędzy wydawnictwami przeniosła się w ostatnich latach do Hollywood, gdzie obecnie na topie są Avengers. Batman i spółka musieli pogodzić się z tym, że Disney robi nie tylko lepsze, ale też lepiej oceniane i lepiej zarabiające filmy.

Co prawda „Man of Steel” nie był zły, ale później dostaliśmy pasmo porażek. „Batman v Superman” wyłożył się na ostatnim akcie, „Legion samobójców” to potworek skrzywdzony na stole montażowym, a „Liga sprawiedliwości”, która miała być odpowiedzią na „Avengers”, okazała się klapą.

Do tej pory honor DC ratowała samotna „Wonder Woman”.

Aquaman” na szczęście właśnie do niej dołączył.

To o tyle niesamowite, że mowa o superbohaterze, którego specjalną mocą jest umiejętność… rozmawiania z rybami. No dobra, do tego bardzo szybko pływa i ma skórę twardą niczym kamień, ale nawet w porównaniu do gadżetów Batmana – o zdolnościach Supermana i Wonder Woman nie wspominając – wypada na papierze blado. Nabijali się z niego nawet sami… scenarzyści komiksów.

Latami patrzyłem na tę postać z pobłażaniem. Nosiłem koszulkę z nią ironicznie. Dopiero dość świeży komiks (bodaj pierwszy zeszyt „Aquaman” po reboocie The New 52) przekonał mnie do tego bohatera. Arthur Curry, bo takie ziemskie imię nosi następca tronu Atlantydy, zamówił w knajpie fish and chips. Potem udzielił wywiadu blogerowi, który go spytał: „jak to jest być bohaterem, którego nikt nie lubi?”

Chyba wszyscy zdawali sobie więc sprawę, że ta historia była diabelnie trudna do zekranizowania.

Główny bohater jest w połowie tzw. Atlanem, a na oko połowa filmu rozgrywa się pod wodą. Filmowcy musieli to w wiarygodny sposób przedstawić. Okazało się, że wbrew wszelkim obawom, spece od efektów specjalnych wrócili z tarczą, a nie na tarczy. Pod względem wizualnym film jest wykonany świetnie, a ujęcia wodne wyszły po prostu… naturalnie. Nie ma tu wrażenia sztuczności.

CGI nie razi w oczy. Nie oznacza to jednak, że film jest realistyczny. Wręcz przeciwnie – „Aquaman” jest aż do granic możliwości przerysowany. Czasem wręcz przaśny, by nie powiedzieć: kiczowaty. Morskie dno jarzy się we wszystkich kolorach tęczy, a do tego dochodzą osiodłane rekiny, ludzie-kraby, ośmiornica grająca na bębnach i ogromne bestie z piekła rodem.

Współgra to jednak z luźną formułą filmu.

DC Extended Universe wyróżniało się od początku na tle familijnych produkcji Marvela dużo mroczniejszym klimatem. Atmosfera w „Batman v Superman” była tak gęsta, że można było ją ciąć Batarangiem. Warner Bros. musiał jednak zauważyć, że na dłuższą metę nie zda to egzaminu i zaczął… naśladować Marvela. „Aquaman” jest dla kontrastu filmem lekkim, łatwym i przyjemnym.

Ta sztuka nie udałaby się bez odpowiedniego aktora, który na planie czułby się jak nomen omen ryba w wodzie. Jason Momoa swoją aparycją nie przypomina co prawda blondyna z kart komiksów, ale tchnął w tę postać życie. Aquaman w jego interpretacji jest grubiański. Nie jest to może prostacki brutal, jakim jawi się przy pierwszym kontakcie, ale swą wrażliwość skrywa pod naprawdę twardą skorupą.

Nie spodziewajcie się jednak po „Aquamanie” wielowątkowej i angażującej historii.

To tylko i aż kolejne origin story superbohatera. Marvel mógł sobie pozwolić na to, by w kolejnym filmie o Spider-Manie nie pokazywać śmierci wujka Bena, ale w przypadku znacznie mniej popularnego Aquamana, po prostu trzeba było widzom nakreślić, z kim mają do czynienia. Film poświęca na to całkiem sporo czasu, a fanom komiksu prolog może się nieco dłużyć.

Na szczęście po tym nieco przydługim, ale momentami zaskakującym wstępie akcja rusza z kopyta. Z początku obserwujemy Arthura Curry’ego, gdy wiedzie spokojny żywot na lądzie, tylko okazjonalnie zapuszczając się w morskie głębiny. W obliczu zbliżającej się wojny pomiędzy podmorskim królestwem Atlantydy a mieszkającymi na powierzchni ludźmi zmuszony jest jednak działać.

W tym celu zmienia się w poszukiwacza skarbów.

Twórcy filmów o superbohaterach w swoich ekranizacjach flirtowali już z najróżniejszymi pomysłami. „Ant-Man” to typowy przedstawiciel kina typu heist, „Wonder Woman” to rasowy film wojenny, a „Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz” – szpiegowski. Odróżnia je od klasyków to, że protagonista nie jest zwykłym człowiekiem, tylko kimś obdarzonym niesamowitymi zdolnościami.

Do tej pory jednak ani DC, ani Marvel, nie skręcili w stronę takiego klasycznego kina przygodowego. Tę lukę zapełnia dopiero „Aquaman”. Momentami przypominał mi bardziej kolejną część Indiany Jonesa, w której ktoś podmienił głównego bohatera, niż kolejny film na podstawie komiksów. Do tego dochodzi szczypta morskiej polityki i wątek romantyczny (a w zasadzie dwa).

Wyszło to na dobre tej produkcji, ale „Aquaman” bynajmniej nie jest filmem idealnym.

Aktor już w „Justice League” pokazał, że potrafi zagrać Arthura Curry’ego, a w poświęconym (przede wszystkim) sobie filmie tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że się do tej roli po prostu nadaje. Niestety, chociaż film trwał ponad dwie godziny, to samego głównego bohatera było w nim ciut za mało. Naprawdę wolałbym zamienić kilka sekwencji akcji na kolejne dialogi z jego udziałem.

Spotkałem się też już z opinią, że DC zapewne obawiało się, ża Jason Momoa sam tego filmu nie udźwignie – a zupełnie niepotrzebnie. Zamiast dać mu brylować na ekranie, kilkukrotnie spychano jego rozterki na drugi plan. Film aż trzykrotnie (!) przerywa dialogi pomiędzy postaciami głośnym wybuchem, po którym następuje efektowna walka, okraszona co najwyżej kilkoma one-linerami.

O dziwo sam scenariusz w ogólnym zarysie trzyma się przysłowiowej kupy.

Nie jest to specjalnie wyszukana historia, a pomimo licznych zawiłości, bardzo łatwo wykoncypować zakończenie. Kilka dziur w fabule co prawda można znaleźć, ale nie psują one ogólnego dobrego wrażenia. Wydaje mi się jednak, że tak jak początkowe pojedynki w najróżniejszych sceneriach wypadły świetnie, tak w końcowym akcie spece od efektów przesadzili, a reżyserowi zabrakło czasu na finał.

„Aquaman” popełnia niestety podobny błąd, co kilka lat temu „Batman v Superman”. Na ekranie w finale działo się po prostu zbyt wiele. Porywająco poza głównym bohaterem nie wypadły też postaci. Zarówno obaj antagoniści, czyli Orm i Black Manta, jak i partnerka głównego bohatera o imieniu Mera, mieli spory potencjał, ale dostali za mało czasu ekranowego, by zabłysnąć.

W dodatku „Aquaman” to taka „Czarna Pantera”… tylko na odwrót.

Gdyby nie daty premier, byłbym wręcz pewien, że hit Marvela był dla twórców nowego filmu DC inspiracją. W obu mamy do czynienia z obcą kulturą, o której mieszkańcy Ziemi nic nie wiedzą. Oba społeczeństwa mają dostęp do bardzo zaawansowanych technologii, ale panuje u nich silne przywiązanie do tradycji. W obu krewniak głównego bohatera znajduje się u władzy i dąży do wojny.

Podobieństw jest zresztą jeszcze kilka, ale chyba już łapiecie, o co mi chodzi, a nie ma co rzucać spoilerami. Czy to w ogólnym rozrachunku źle? W sumie nie do końca, bo historia jest dość uniwersalna. W ogólnym zarysie nawet „Gwiezdne wojny” i „Harry Potter” są do siebie bardzo podobne pod kątem fabularnym. Nie sposób jednak uznać „Aquamana” za film przesadnie odkrywczy.

To udana produkcja, która udowodniła, że „Wonder Woman” nie była tylko wypadkiem przy pracy.

Mimo to jestem przekonany, że Arthur Curry samodzielnie nie odwróci fali (słusznej) krytyki skierowanej w stronę DC Extended Universe i Warner Bros. Nie winię go jednak za to. Nawet cud nie wymazałby z pamięci fanów ostatnich potknięć Warner Bros. „Aquaman” ma za to solidne podwaliny pod sequel i mam ogromną nadzieję, że wytwórnia tę szansę wykorzysta.

Nie wierzę też, że to piszę, ale byłbym zadowolony nawet w sytuacji, gdyby druga część powstałby kosztem kolejnej produkcji z Batmanem lub Supermanem w roli głównej – o Cyborgu, Flashu czy Green Lanternie nie wspominając. „Aquaman” arcydziełem w żadnym razie nie jest, ale podczas seansu się przednio ubawiłem, a film zostawił po sobie apetyt na więcej.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (11)

116 odpowiedzi na “Kiedyś koszulkę z Aquamanem nosiłem ironicznie. Dziś ten film udowadnia, że „Wonder Woman” to nie był wypadek DC przy pracy”

  1. Zupełnie się nie zgadzam, że wonder woman był dobry, film wypadł kiczowato i sztywno, a z kolei liga sprawiedliwych to jeden z najlepszych filmów DC

  2. Byłem dziś w kinie i film bez szału (imion niektórych postaci nie pamiętałem 15 minut po seansie), ale można obejrzeć. Na pewno nie był to taki zawód jak Czarna Pantera.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...