Czy fani Wiedźmina są już tak samo toksyczni jak fandom Gwiezdnych wojen?

Felieton/Seriale 25.11.2018
Czy fani Wiedźmina są już tak samo toksyczni jak fandom Gwiezdnych wojen?

Czy fani Wiedźmina są już tak samo toksyczni jak fandom Gwiezdnych wojen?

Za każdym wielkim hitem kina czy telewizji stoi jego fandom. Problem w tym, że ten, mimo iż ma wielkie serce, nie zawsze lubi być posłuszny, a często staje się wręcz toksyczny dla reszty społeczności. Albo i twórców.

Chyba najbardziej znanym fandomem, który określany jest mianem toksycznego, jest ten, gromadzący wokół siebie wielbicieli Star Wars. Wpisując w Google hasło „Star Wars fandom toxic”, dostaniemy zatrważającą liczbę 2,8 mln wyników. Kreśli nam to skalę zjawiska, które w ostatnich latach zyskało spory rozgłos medialny poprzez dwa skrajne przypadki nękania i oczerniania aktorów występujących w najnowszych częściach sagi.

Wraz z wejściem do kin w zeszłym roku filmu Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi internet zalała fala niepohamowanego hejtu.

Krytyka skierowana była na film, fabułę, twórców. Ta jednak najbardziej dotknęła aktorkę Kelly Marie Tran. Tran zagrała Rose Tico, poboczną postać, która pomaga Finnowi odnaleźć właściwą drogę w większej walce. Dość powiedzieć, że niektórym bohaterka i jej wątek fabularny, na tyle się nie spodobały, że aktorka zdecydowała się na zniknięcie z Instagrama.

Fandom Star Wars

Zresztą nie ona jedyna spotkała się z taką falą personalnych ataków. Daisy Ridley, która przecież jest odtwórczynią głównej roli Rey, również zaniechała kontaktowania się ze swoimi fanami. Powód? Nieprzyjemne komentarze kierowane w jej stronę.

Dlaczego fandom Star Wars jest tak roszczeniowy i krytyczny?

Fala krytycyzmu, a co gorsza personalnych ataków na aktorów, którzy w końcu po prostu wykonują swoją pracę, jest momentami zatrważająca. A odpowiedź na to pytanie trudna. Właściwie nie da się w pełni wyjaśnić tego zjawiska. Owszem, można argumentować, że fani czują, iż nowe filmy mogą zagrażać fundamentom postawionym przed kilkudziesięciu laty przez pierwotnych twórców. Że jest pewnego rodzaju święty kanon, który Disney za bardzo próbuje naruszać. W końcu niektórzy widzą w nowych produkcjach jedynie sposób na zarabianie pieniędzy kosztem ukochanej marki medialnej, co w sposób naturalny złości zagorzałych wielbicieli.

Jednak czy to wszystko powinno odbijać się na aktorach?

Po aferze związanej z personalnym napastowaniem Kelly Marie Tran, reżyser Ostatniego Jedi, Rian Johnson, próbował załagodzić sytuację. Stwierdził, że takie zachowania to tylko margines społeczny, a większość fanów Gwiezdnych wojen, których poznał na przestrzeni ostatnich kilku lat, owszem spiera się ze sobą, ale robi to z szacunkiem dla drugiej strony. Niemniej niesmak, jaki wywołała ta sytuacja, sprawił, że wieść poszła w świat. I tak po dziś dzień fandom Star Wars kojarzy się nie tylko z wielkim oddaniem, ale może przede wszystkim z toksycznością, rasizmem, seksizmem i wieloma negatywnymi zjawiskami. A to odbija się przecież nie tylko na samym fandomie, ale też na marce. Wiadomo w końcu, że dobrą opinię budowaną przez kilkadziesiąt lat można zrównać z ziemią w kilka godzin.

Prawdę mówiąc, sytuacja w innej, wielkiej społeczności wielbicieli nie wygląda lepiej.

A mowa tutaj oczywiście o fandomie Wiedźmina. Nawet jeśli nie interesujesz się specjalnie grami komputerowymi albo książkami, to o ile nie urodziłeś się wczoraj, zapewne obiło ci się o uszy, że istnieje w kulturze popularnej taka marka jak Wiedźmin. To, co zostało zapoczątkowane serią książek autorstwa Andrzeja Sapkowskiego, a następnie przeniesione do świata wirtualnego na gry dzięki firmie CD Projekt, teraz ma zostać serialem. Gdy w 2015 roku wyszła trzecia część gier zatytułowana Wiedźmin 3: Dziki gon, świat zwariował na punkcie słowiańskiego uniwersum. Gra sprzedała się w milionach egzemplarzy, dostawała najlepsze w historii gier noty i recenzje, słowem stała się fenomenem. To wszystko jednak przyćmione było informacją, że nie będzie już kolejnej odsłony gier pochodzących ze studia deweloperskiego.

Fani ruszyli na pomoc swojej ukochanej marce i zaczęli pisać petycje, gdzie się tylko dało.

Tutaj do historii wkracza Netflix. Wietrząc sukces i markę, która ma realne szanse zagrozić nieokiełznanej dotąd sławie Gry o tron, ruszya z przygotowaniami do wyprodukowania epickiej sagi. Jeszcze niedawno większość informacji na temat samej produkcji była tajemnicą. Do tego stopnia nie znaliśmy nazwisk aktorów występujących w produkcji zaplanowanej na przyszły rok. Październik przyniósł jednak zalew pozytywnych wiadomości na temat Geralta i jego serialowych przygód. I chociaż wielu nie mogło posiąść się ze szczęścia, że oto już za rok będą mogli znowu walczyć z południcami, strzygami i wąpierzami, to nie obyło się bez zgrzytów.

Fandom Star Wars

O ile z wyboru Henry’ego Cavilla do roli tytułowego wiedźmina cieszyli się prawie wszyscy, to role kobiece wzbudziły znacznie więcej kontrowersji.

Jedna pogłoska wzbudziła szczególnie dużo emocji. Na wieść o tym, że Lauren S. Hissrich, odpowiedzialna za tworzenie adaptacji telewizyjnej, rozważa zatrudnienie do roli Ciri reprezentantki mniejszości narodowych (BAME), w środowisku fanowskim rozpętała się burza. I oczywiście nie obyło się bez personalnych ataków na samą showrunnerkę. A że historia lubi się powtarzać, Hissrich zdecydowała się na chwilowe wycofanie z Twittera, chyba głównie, żeby oszczędzić sobie nerwów i przykrych komentarzy (tłumaczyła potem, że chciała skupić się na pisaniu scenariusza). To już uderzająco przypomina historie przytoczone wyżej. Zresztą finalnie aktorka grająca Ciri okazała się białą Brytyjką. A to, czy jest to wynik buntu niektórych fanów, pozostanie zapewne cichym niedopowiedzeniem.

Czy fandom Wiedźmina będzie tak samo okrutny w stosunku do swoich partnerów jak fani Star Wars?

Przecież dla zaangażowanej publiki partnerami są de facto twórcy i cały przemysł medialny, który dostarcza im materiałów do konsumpcji. Ba, niestety smutna prawda jest taka, że gdyby nie ten – momentami znienawidzony przez fanów przemysł – ich ukochane produkty nigdy nie ujrzałyby światła dziennego. Oczywiście, nie odmawiam tutaj nikomu prawa do wyrażania własnej opinii, a w szczególności niezadowolenia. Tylko że problem zaczyna się pojawiać, kiedy to niezadowolenie przeradza się w ataki personalne na osoby wykonujące swoją pracę.

Taki pojedynczy fan siedzący przed komputerem i wylewający swoje żale na aktora, showrunnera, czy kogokolwiek innego, czasem może po prostu nie zdawać sobie sprawy z tego, że takich jak on są setki tysięcy, a obiekt ich ataków tylko jeden. Mało kto ma na tyle silną psychikę, aby wytrwać szydzenie setek tysięcy niezadowolonych ludzi. Na razie w obydwu fandomach panuje względny spokój. Nie podjęto ostatnio żadnych kontrowersyjnych decyzji, wszyscy są więc zadowoleni. Jednak gdzieś na horyzoncie majaczy pytanie, czy fani przypadkiem finalnie nie szkodzą bardziej sobie niż tym osobom, które atakują?

Przypadek Gwiezdnych wojen zdaje się sugerować, że ten miecz krytyki jest obosieczny. Miejmy nadzieję, że fandom Wiedźmina w porę się opamięta i odstawi na bok praktyki personalnych ataków.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (56)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...