Narcos: Meksyk to spin-off, który jest prawie tak dobry jak pierwsze sezony z Escobarem

Recenzje/Seriale 07.11.2018
Nasza ocena:
Narcos: Meksyk to spin-off, który jest prawie tak dobry jak pierwsze sezony z Escobarem

Narcos: Meksyk to spin-off, który jest prawie tak dobry jak pierwsze sezony z Escobarem

Netflix nas zaskoczył, bo świetne i doceniane przez widzów Narcos nie doczekało się czwartej serii. Przynajmniej teoretycznie, bo do biblioteki serwisu lada moment dołączy Narcos: Meksyk, czyli spin-off głównej serii.

Narcos jest jednym z lepszych seriali w ofercie serwisu Netflix. Pierwsze dwa sezony opowiadały historię Pablo Escobara, która zakończyła się śmiercią narkotykowego barona. W trzecim jeden z głównych bohaterów ruszył tropem kartelu z Cali, który przejął schedę po Escobarze. Ich wątek zamknięto już w jednej serii.

narcos: meksyk netflix recenzja spin-off prequel

Narcos zmieniło miejsce akcji z Kolumbii na Meksyk.

Ostatnie sceny poprzedniej serii zresztą taką kolej rzeczy sugerowały. Zostało zasugerowane, że agent Javer Pena po pokonaniu Escobara i kartelu z Cali ruszy w poszukiwaniu nowych wyzwań. Potem dowiedzieliśmy się, że kolejny sezon Narcos dostanie podtytuł Mexico, co tylko utwierdziło nas w tym przekonaniu.

Szybko się jednak okazało, że Netflix ma inne plany. Narcos: Meksyk traktowany jest jako osobna produkcja. To nie jest pełnoprawny czwarty sezon, a spin-off i poniekąd prequel w jednym. Pedro Pascal jako Javier Pena nie powrócił, bo akcja nowego serialu osadzona jest jeszcze w czasach panowania Pablo Escobara w Kolumbii.

narcos: meksyk netflix recenzja spin-off prequel

Przed seansem miałem ogromne wątpliwości.

Narcos, chociaż jest serialem przede wszystkim nieanglojęzycznym, zdobył uznanie na całym świecie. Ogromna w tym zasługa aktora, który sportretował Pablo w nieoczywisty sposób. Jego antybohater został przez Netfliksa wręcz uczłowieczony. Kartel z Cali już takiej charyzmy nie miał, ale nadal ich perypetie dobrze się oglądało.

Obawiałem się jednak, że zmiana jednocześnie miejsca akcji, jak i obsady, przy zachowaniu dotychczasowej formuły – oraz cofnięcie się w czasie – doprowadzi do zmęczenia materiału. Na szczęście Netflix udowodnił, że nawet z odgrzewanego kotleta jest w stanie przyrządzić smaczną przekąskę dla fanów tego typu opowieści.

narcos: meksyk netflix recenzja spin-off prequel

Narcos: Meksyk niczym reboot

Kolejny raz lektor opowiada o losach agentów DEA w obcym państwie, gdzie mierzą się z korupcją i frustrować z bezsilności. Znowu obserwujemy, jak po szczeblach władzy pnie się narkotykowy boss, który razem z towarzyszami zarabia kupę szmalu na handlu dragami. Nadal fabularyzowane scenki przeplatają materiały archiwalne z epoki.

Recycling motywów nie przeszkodził jednak scenarzystom w zarysowaniu naprawdę angażującej historii, a aktorom w odegraniu swoich bohaterów z sercem. Meksykańscy mafiozi stacjonujący w tym kraju nie byli może aż tak barwni, jak Escobar i jego ekipa, ale równoważył to agent DEA, który okazał się ciekawszy niż protagoniści poprzednich serii.

narcos: meksyk netflix recenzja spin-off prequel

Po przeciwległych stronach barykady stanęli Michael Pena i Diego Luna.

Narcos: Meksyk ma dwóch głównych bohaterów. Jednym z nich jest Kiki Camarena – prawdziwy agent DEA, który walczył w Meksyku z narkotykowym biznesem w latach 80. ubiegłego wieku. To ambitny, szlachetny człowiek, który chce zrobić coś dobrego dla świata. Poznajemy go, jeszcze zanim dotarł na właściwe miejsce akcji.

Z początku trudno mi było przywyknąć do tego, że Michael Pena jest w stanie wcielić się w postać na poważnie. Cały czas miałem w głowie jego kreację z filmów o Ant-Manie. Jego pierwsze sceny w Narcos: Mexico zbliżały się niebezpiecznie do granicy autoparodii, ale na szczęście potem było już tylko lepiej.

narcos: meksyk netflix recenzja spin-off prequel

Jego całkowitym przeciwieństwem jest bohater Diego Luny, Felix Gallardo. Poczciwy członek sojuszu Rebeliantów z Rogue One wcielił się tym razem w ambitnego byłego policjanta, który postanowił zbudować narkotykowe imperium obejmujące swoich zasięgiem cały Meksyk. Oczywiście mu się to udaje.

Narcos: Meksyk pokazuje naprzemiennie kolejne sceny z życia obu postaci.

Ich losy wielokrotnie się krzyżują. Dziesięcioodcinkowy sezon jest kroniką zabawy w kotka i myszkę. Amerykańscy agenci DEA mają związane ręce, ale i tak szukają sposobu, by zastawić na przestępców kolejne pułapki. Ci z kolei pomocą przekupionych policjantów i państwowych urzędników wymykają się raz po raz, budując dalej swoje imperium.

narcos: meksyk netflix recenzja spin-off prequel

Oprócz dwójki głównych bohaterów pojawiła się też cała masa świetnych postaci pobocznych. Na szczególną uwagę zasługuje dwóch pomagierów Gallardo, którzy byli z nim od samego początku. Wiele scen z ich udziałem można zaliczyć do najlepszych w całej serii. Charyzma, z jaką portretują swoje postaci – złych do szpiku kości bandytów – poraża.

Jednym z nich jest Rafa, czyli młody wirtuoz marihuany, który zarządzał największą plantacją tego krzewu w kraju. Jest pewny siebie i zadziorny. Fortuna uderzyła mu do głowy, zaczął poważnie ćpać. Don Nete to z kolei starszy gość, będący często głosem rozsądku. Również i on nie stroi od używek i ma bardzo wybuchowy temperament.

Trójka tych antybohaterów to mieszanka iście wybuchowa.

Narcos: Meksyk przestawia nam też kilku agentów DEA. Kiki jest tym najważniejszym i to jego losy śledzimy, ale ciekawie został zarysowany również jego szef. Zaraził go entuzjazm Camareny, chociaż wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią im, by dali sobie spokój. W końcu skorumpowany Meksyk bynajmniej nie chce pomocy przebrzydłych gringos.

Agenci nie zamierzają oczywiście się poddawać. Narcos: Meksyk pokazuje nam kolejne próby rozgryzienia, kto jest bossem największej operacji narkotykowej w dziejach. Jak już im się to udało, to aż czuć wylewającą się z ekranu gorycz, że ich wysiłki spełzają na niczym. Rzeczywistość z nowego serialu jest przytłaczająca i dobijająca.

narcos: meksyk netflix recenzja spin-off prequel

Cieszy natomiast, że Narcos: Meksyk nie zatracił ducha oryginału.

Pierwsze odcinki oglądałem bez większego entuzjazmu, ale by dokończyć drugą połowę sezonu, zarwałem noc – wciągnąłem je jeden po drugim niczym Rafa kolejne kreski swojej ukochanej koki. Aktorzy i scenarzyści dali z siebie, by odtworzyć uczucie, które towarzyszyło widzom podczas śledzenia losów Pablo Escobara. To nie jest oczywiście już to samo, ale Narcos: Mexico do poprzednich serii niewiele brakuje.

Jeśli miałbym się jednak do czegoś na koniec przyczepić, to do postaci pobocznych. Rozbudowane zostały relacje pomiędzy głównymi bohaterami po obu stronach barykady, ale z perspektywy widza zabrakło nieco zagłębienia się w to ich nieco bardziej prywatne życie. Niewykluczone jednak, że serial stara się po prostu wiernie oddać te realia, gdzie miłość, rodzina i przyjaźń wraz z upływem czasu schodziły na drugi plan.

narcos: meksyk netflix recenzja spin-off prequel

Narcos: Meksyk zadebiutuje w serwisie Netflix już 16 listopada 2018 roku, a na pierwszy sezon spin-offa składa się 10 odcinków, nierzadko nawet dłuższych niż godzina. Na koniec zaś ode mnie dobra rada: jeśli nie macie historii meksykańskich karteli w małym palcu, to nie zaglądajcie na Wikipedię, by nie popsuć sobie różnych opartych na faktach twistów fabularnych. Nadrobicie to pewnie i tak zaraz po seansie, jak dzisiaj ja.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (4)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...