Jeszcze dzień życia to film, z którego Ryszard Kapuściński chyba nie byłby dumny

Recenzja/Film 31.10.2018
Nasza ocena:
Jeszcze dzień życia to film, z którego Ryszard Kapuściński chyba nie byłby dumny

Jeszcze dzień życia to film, z którego Ryszard Kapuściński chyba nie byłby dumny

Animacja „Jeszcze dzień życia”, oparta na książce Ryszarda Kapuścińskiego pod tym samym tytułem, pomimo dobrych i szlachetnych chęci, nie dorównuje literackiemu pierwowzorowi.

„Jeszcze dzień życia”, w wersji książkowej wydane w 1976 roku, to jedno z najlepszych dokonań w pisarskiej i reporterskiej karierze Ryszarda Kapuścińskiego. Akcja filmu, tak samo jak papierowego oryginału, rozgrywa się w Angoli w 1975 roku. Główny bohater, czyli sam Kapuściński, reporter Polskiej Agencji Prasowej, znajduje się w środku wojny domowej. Ricardo, bo tak zwracają się do niego tubylcy, relacjonuje przebieg walk wojsk rządowych MPLA, które wspiera Kuba, z rebeliantami UNITA.

Długo czekałem na premierę animacji „Jeszcze dzień życia”, bo widziałem w niej nadzieję na odczarowanie Polski i polskiego kina w skali międzynarodowej.

Sama postać Ryszarda Kapuścińskiego jawi się jako nadwiślańska wersja bohaterskiego reportera wojennego i Indiany Jonesa w jednym. A przynajmniej tak można go przedstawić globalnemu widzowi. I nie chodzi mi tu wcale o trywializowanie pracy Kapuścińskiego, robienie z niego superbohatera czy popcornowego reportażysty. Zręczną ręką reżysera i scenarzysty można ubrać to wszystko w przejmujące widowisko i poruszający traktat o potworności wojny oraz walce o wolność.

Ale niestety twórcom filmu nie udało się stworzyć ani jednego ani drugiego. „Jeszcze dzień życia” dość niefrasobliwie przeskakuje po wątkach zawartych w książce. Reżyser, Damian Nenow, prowadzi nas przez kolejne rozdziały opowieści, jednak poza świetną warstwą wizualną, niewiele ma do zaoferowania.

Jest tu kilka mocnych scen, jak np. ta, w której Kapuściński wraz z towarzyszem podróży natrafiają na leżące pośrodku drogi zwłoki kilkunastu osób. Jest też, chyba najbardziej poruszający, wątek bojowniczki Carloty, który chwyta za serce tylko po to, by zaraz je złamać. Zabrakło mi tu jednak pogłębienia psychologicznego. Twórcy jedynie napominają o tym, czemu Kapuścińskiego tak bardzo ciągnęło do targanej wojną Afryki. Na głębszą analizę i przyjrzenie się jego postaci już sobie nie pozwalają.

Gdzieś w tle unosi się nad tym wszystkim temat roli reportera i tego, jak jego obecność może wpłynąć na losy wojny.

To ciekawe zagadnienie do przemyśleń, ale i w tym przypadku ukazane dość płytko, na tyle, że udaje im się jedynie zainspirować widza do zainteresowania się tematem i sięgnięcia po książki Kapuścińskiego. I niby nie ma w tym niczego złego, ale sądzę, że konkretnie dzieło filmowe powinno być autonomicznym bytem.

„Jeszcze dzień życia” ma też, przynajmniej moim zdaniem, problem z narracją. Już sam finał został tak niesprawnie i błyskawicznie przedstawiony, że nietrudno go przegapić. Wplecione w fabułę sekwencje wizji i koszmarów Kapuścińskiego są tyleż samo efektowne (i efekciarskie), co zahaczające o kicz. Niby wykorzystują one poetykę animacji, by pokazać widzom odrealnione, abstrakcyjne obrazy, ale mi one tylko przeszkadzały, odwracały uwagę od przebiegu akcji i jej dramaturgii.

Podobnie jak fabularne wstawki, prezentujące wywiady z uczestnikami wojny domowej, którzy towarzyszyli przed laty Kapuścińskiemu. Z jednej strony, przynajmniej na papierze, wydaje się to ciekawym pomysłem. Przypomina nam o tym, że nie oglądamy zwykłej animacji, tylko film o prawdziwych wydarzeniach i ludziach z krwi i kości. Z ich własnymi dramatami i historiami. Ale też niestety rozbijało to moją uwagę, wyciągając nagle ze śledzenia głównego wątku, czasem w samym środku akcji. Trochę tak, jakby twórcy nie mogli się zdecydować, czy robią animowany dramat wojenny, reportaż czy film dokumentalny.

Temat okropieństw wojny na pewno jest ważny i potrzebny. Dobrze, że twórcy animacji postanowili o nim opowiedzieć, przy okazji przedstawiając młodszemu pokoleniu postać Ryszarda Kapuścińskiego.

Historia wojny domowej w Angoli, która trwała ponad 20 lat i zakończyła się w 2002 roku, zapewne nie jest szeroko znana. Szkoda tylko, że „Jeszcze jeden dzień” nie wychodzi poza dość suche przedstawianie wydarzeń i faktów. I nawet jak robi to w całkiem sprawny i atrakcyjny wizualnie sposób, zwracając tym samym na siebie uwagę, to jednak mnie ta produkcja rozczarowała.

Z książki „Jeszcze dzień życia” emanuje nieustanny niepokój, bo na dobrą sprawę nie wiemy, czy nowy dzień nie okaże się dla bohaterów tym ostatnim. Podczas oglądania filmu nie miałem takiego odczucia. Co najwyżej pojawiały mi się przed oczami dość wyraźne skojarzenia z „Walcem z Baszirem”, na którym chwilami twórcy zbyt mocno się wzorowali.

Największym sukcesem tego filmu jest jednak to, że potrafi skutecznie zainspirować widza do sięgnięcia po reportaże Ryszarda Kapuścińskiego. I choćby tylko z tego powodu cieszę się, że pomimo swoich wad, ta animacja w ogóle powstała.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (1)

0 odpowiedzi na “Jeszcze dzień życia to film, z którego Ryszard Kapuściński chyba nie byłby dumny”

  1. Przykre jeśli osobiste flustracje (a może po prostu niestrawność) przekłada się na recenzję. Chyba byliśmy na dwóch różnych filmach, bo ja odebrałem film jako głęboko przemyślana adaptację dzieła autora. Poza tym co drugi “zgryźliwiec” przypisuje autorom wzorowanie się na filmie “walc z Bashirem” zapominając, że frealizacja “Jeszcze jeden dzień” rozpoczęła się znacznie wcześniej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...