Druga strona wiatru Orsona Wellesa fascynuje swoimi niedoskonałościami

Recenzja/Film 29.10.2018
Nasza ocena:
Druga strona wiatru Orsona Wellesa fascynuje swoimi niedoskonałościami

Druga strona wiatru Orsona Wellesa fascynuje swoimi niedoskonałościami

Chaotyczna, niedoskonała, dziwna, hermetyczna, a jednocześnie fascynująca, oryginalna i jedyna w swoim rodzaju. Taka jest “Druga strona wiatru” – ostatnie, nieukończone za życia dzieło Orsona Wellesa. Po latach film został odnaleziony i dokończony z pomocą platformy Netflix.

Ci, który zabierając się za oglądanie “Drugiej strony wiatru” liczą na klasyczną filmową opowieść, powinni mieć na uwadze, że absolutnie nie jest to film dla każdego. Choć warto dać mu szansę. Ostatnie dzieło Orsona Wellesa to awangarda pełną parą. “Druga strona wiatru” fascynuje swoimi niedoskonałościami. Tym samym udowadniając, jak wielkim geniuszem kina był Orson Welles. Nie znam bowiem drugiego filmowca, którego nieskończone, eksperymentalne i nie do końca udane produkcje potrafiły tak oddziaływać na widza i zabierać w równie wspaniałą podróż.

Orson Welles akurat w niedokończonych i filmowych eksperymentach miał “wprawę” jak mało kto. Wszyscy znamy, choćby tylko ze słyszenia, jego najwybitniejszy obraz, czyli “Obywatela Kane’a”. Arcydzieło, które przeszło do historii kina oraz formalnie i narracyjnie wyprzedzało swoje czasy, było jego debiutem! “Obywatel Kane” zmienił myślenie o filmie na zawsze. Tak ogromny sukces nie otworzył przed nim jednak bram Hollywood.

Branża filmowa doceniła Wellesa dopiero po latach. Wcześniej reżyser przez długie lata borykał się z problemami w finansowaniu jego kolejnych dzieł. Doszło do tego, że w pewnym momencie wyjechał do Europy, kręcił filmy m.in. w Hiszpanii (“Otello”) czy w Jugosławii (“Proces”). Część z nich, jak np. “Otello”, powstała za niewielkie pieniądze, półprofesjonalnie, co też zresztą widać w przypadku tej produkcji. Wielu ze swoich projektów Welles nigdy nie dokończył. A zabierał się m.in. za “Don Kichota”, “Kupca weneckiego”, a nawet “Diunę”.

“Druga strona wiatru” jednak obrosła największą legendą pośród wszystkich niesfinalizowanych dokonań Wellesa.

Zdjęcia do tej produkcji rozpoczęły się w 1970 roku i trwały aż do 1976 ze względu na liczne przerwy i problemy finansowe. W międzyczasie Welles nakręcił swój ostatni w pełni ukończony film, pseudo-dokument “F jak fałszerstwo”. Prace nad “Drugą stroną wiatru” nie posuwały się zbyt prędko. Cały proces post-produkcji wydłużał się i ostatecznie reżyser nie zdążył go ukończyć do momentu swojej śmierci w 1985 roku.

Po latach znaleziono taśmy z ponad 100 godzinami materiału i obszernymi notatkami Wellesa. Montażysta Bob Murawski był gotów do podjęcia się zadania, aczkolwiek nawet po śmierci reżysera widmo problemów finansowych ciągle się nad nim unosiło. Finansowania odmówili m.in. Oliver Stone czy nawet George Lucas, który uznali, że film jest zbyt eksperymentalny i nie ma żadnego potencjału.

I poniekąd trudno się z tym nie zgodzić. “Druga strona wiatru” to dzieło na wskroś chaotyczne, rozedrgane, psychodeliczne. To szalona zabawa z formą, filmowy kolaż, mozaika luźnych formalnych i narracyjnych pomysłów.

Zbyt hermetyczna, nawet dla w miarę wyrobionego widza i kinomana. Welles atakuje serią ujęć, montowanych tak, jakby były wystrzeliwane z karabinu automatycznego. Filmuje swoich bohaterów pod dziwnymi, niestandardowymi kątami, mieszając ze sobą style, łącząc formę dokumentu, reportażu, wywiadu i filmu amatorskiego. Używa do tego różnych kamer, odmiennego oświetlenia. Raz stosuje statyczne ujęcia, by za moment filmować z ręki. Potrafi w obrębie jednego dialogu przeskakiwać z obrazu czarno-białego na kolorowy i na odwrót.

Z tego chaosu  jednak, o dziwo, wyłania się całkiem spójna i czytelnie opowiedziana historia.

I ostatecznie to właśnie to odróżnia wielkiego filmowca od początkującego amatora, który ma na celu popisanie się swoimi trikami.

“Druga strona wiatru” opowiada o przyjęciu, które urządza uznany w branży legendarny filmowiec, Jake Hannaford (w tej roli inny wybitny reżyser, John Huston). Zbiera się na nim cała śmietanka filmowego światka. Od dziennikarzy, krytyków, na młodych reżyserach i aktorach kończąc. Podczas przyjęcia Hannaford próbuje pokazać zebranym swój najnowszy, jeszcze nieukończony film “Druga strona wiatru”.

Poziomów meta jest tu co niemiara. Wystarczy podstawowa znajomość biografii Wellesa, by z miejsca dojść do wniosku, że przedstawiona w filmie historia jest w dużej mierze autobiograficzna. Jake Hannaford to mikstura pisarza Ernesta Hemingwaya, Johna Forda, ale też i samego Wellesa oraz wcielającego się w niego Johna Hustona w jednym. Już sam fakt, że “Druga strona wiatru” opowiada o nieskończonym filmie pod tym samym tytułem daje nam do myślenia.

Reżyser stawia się tu poniekąd sam jako przedstawiciel “starego kina”, pierwszego pokolenia wielkich filmowców złotej ery, które staje u progu wyginięcia. Bo oto nadchodzi nowe. Zbliża się fala, która odmieni Hollywood na zawsze.

Oglądanie “Drugiej strony wiatru” dziś, ponad 40 lat po tym, jak zakończyły się zdjęcia do tego filmu, jest fascynującym doświadczeniem.

Na ile Welles przeczuwał, że rzeczywiście w latach 70. nastąpi zupełnie nowe rozdanie w kinie, które zdefiniuje się na nowo i podąży zupełnie innymi torami? A przypominam, że film ten powstawał jeszcze przed premierami “Szczęk” Spielberga i “Gwiezdnych wojen” Lucasa. Ciekawi mnie to, bo w latach 70. Hollywood było w kryzysie, więc można się było spodziewać, że wydarzy się jakiś przełom. Czy eksperymentalna forma “Drugiej strony wiatru” wskazuje na to, że Welles miał nadzieję na to, że pojawi się pokolenie prawdziwej awangardy? Odważnych filmowców-autorów, którzy wprowadzą X muzę na wyższe stadium sztuki? Czy może raczej przewidywał, że jedyną drogą jest pójście w stronę skomercjalizowanej rozrywki popcornowej, a awangardowy sznyt “Drugiej strony wiatru” stanowić ma niejako łabędzi śpiew odchodzących autorów w kinie?

Nawet jeśli tak, to Welles opowiedział o tym w iście brawurowym stylu. Obserwacje społecznie oraz te dotyczące branży filmowej są nie tylko inteligentnie wyłożone, ale też doprawione solidną porcją erudycji i dawki sarkazmu oraz ironii.

Wracając jeszcze do warstwy formalnej, to znawców filmografii Wellesa nie powinna ona specjalnie zdziwić. “Druga strona wiatru” chwilami sprawia wrażenie, jakby była starszym, trochę bardziej niesfornym kuzynem mimo wszystko bardziej uporządkowanego “F jak fałszerstwo”. Welles stosuje tu podobne, przełomowe techniki montażu, zabawy obrazem, użycia kamer oraz światła. Dzieło Wellesa nie powinno odrzucić nikogo, kto mniej więcej zna amerykańskie kino z przełomu lat 60. i 70., kiedy to twórcy często sięgali po eksperymentalne formy. Wystarczy spojrzeć na pierwsze filmy Martina Scorsese czy Briana De Palmy, a znajdziemy w nich sporo podobnych rozwiązań narracyjnych i montażowych.

Orson Welles był zdecydowanie znudzony, bądź jak kto woli, zniechęcony tradycyjnymi formami opowiadania obrazem. Trudno się dziwić. Człowiek, który rozpoczął swoją karierę jednym z najbardziej nowatorskich filmów wszech czasów, nie mógł skończyć jako twórca klasycznych produkcji.

Jego potencjał i wyobraźnia jednak tylko się marnowały w systemie studyjnym, dlatego też chadzał własnymi ścieżkami. Szkoda tylko, że ewidentnie urodził się trochę za wcześnie. W swoich czasach uchodził raczej za geniusza-dziwaka i przez to nie miał zbyt wielu okazji do wykorzystywania swoich nowatorskich pomysłów w pełni. Dziś, gdy filmy można kręcić za pomocą iPhone’ów czy nawet kamer w laptopach i publikować je w sieci dla całego świata, Orson Welles byłby w siódmym niebie, bo nie musiałby aż tak polegać na finansowaniu przez wielkie studia.

Już sam fakt, że przez tyle lat nikt nie chciał zająć się dokończeniem i dystrybucją “Drugiej strony wiatru” i dopiero w 2018 roku sięgnął po nią Netflix pokazuje, jak wiele się zmieniło, na lepsze, jeśli chodzi o infrastrukturę i istniejące platformy dające głos filmowcom. Do tego okazuje się, że owe platformy mogą też dać głos tym, których już z nami nie ma od dawna.

O ile oczywiście Orson Welles chciał, by “Druga strona wiatru” kiedykolwiek ujrzała światło dzienne.

Tak, by zabawić się trochę z formułą miejskich legend, stworzyć swój własny mit, wciągnąć ludzi w narrację wychodzącą poza ramy taśmy filmowej do realnego świata. Przecież jego kariera zaczęła się od legendarnego słuchowiska radiowego, “Wojna światów”, które opowiadał z takim realizmem, że ludzie naprawdę uwierzyli, iż ziemię atakują kosmici. Jeśli więc i tym razem postanowił wciągnąć ludzi do swojej zabawy, to czapki z głów, bo oznaczałoby to, że wszyscy wzięliśmy udział w największym magicznym triku (albo pranku) w historii sztuki. A Welles potwierdziłby tylko, że jest najwybitniejszym reżyserem wszech czasów, któremu jako jedynemu udało się wpływać także na rzeczywistość pozafilmową.

Druga strona wiatru – premiera

Film znajdziecie na platformie Netflix. Premiera zaplanowana jest na 2 listopada.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisement

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...