Nawet gra w statki ma w sobie więcej emocji niż film Ocean ognia – recenzja

Recenzja/Film 26.10.2018
Nasza ocena:
Nawet gra w statki ma w sobie więcej emocji niż film Ocean ognia – recenzja

Nawet gra w statki ma w sobie więcej emocji niż film Ocean ognia – recenzja

Na seansie filmu “Ocean ognia” zasnąłby nawet Michael Bay, a po przebudzeniu zapałałby chęcią do nakręcenia czarno-białego niemego dramatu egzystencjalnego.

Fabuła jest tak niedorzeczna, że w sumie samo jej streszczanie daje mi więcej frajdy niż seans filmu. Gerard Butler wciela się w Joe Glassa, doświadczonego kapitana łodzi podwodnej. Zostaje on ściągnięty z urlopu, by pomóc w misji ratunkowej rosyjskiego prezydenta. Ten bowiem stał się ofiarą zamachu stanu i został wzięty do niewoli przez swojego własnego ministra obrony. Jeśli załoga łodzi podwodnej nie zdoła uratować prezydenta, istnieje realna groźba wywołania III wojny światowej.

“Ocean ognia” to film, który trzyma w napięciu i jest całkiem efektowny. Pod warunkiem, że miałby on swoją premierę w 1995 roku.

W 2018 pozostaje niczym więcej ponad anachroniczną i nudną głupotkę. Przeznaczoną już chyba tylko dla tych, którzy darzą “stare” sensacyjne widowiska z lat 80. i 90. potężnym sentymentem. Nie ma tu niczego, co nie byłoby znane nawet średnio zorientowanemu współczesnemu widzowi. Już sam scenariusz jest wzięty rodem z filmów klasy C z lat 70.

“Ocean ognia” nie zdobędzie uznania ani ciekawą intrygą, bo takowej nie posiada. Nie zachwyci aktorstwem, bo to jest drewniane (Gerald Butler pod tym względem nie zawodzi), albo w najlepszym wypadku niewykorzystane (Gary Oldman, który idzie w ślady De Niro i rozmienia się na drobne). Co ciekawe, jego postać pojawia się na chwilę na samym początku, po czym znika na około godzinę i wraca nagle w drugiej połowie. Ktoś tu nie uważał na lekcjach z konstrukcji narracji w scenariuszach. A to jeden z wielu problemów tej produkcji.

Nie ma tu też niestety widowiskowych scen. A przynajmniej na tyle widowiskowych, by warto je było oglądać na dużym ekranie. Jest kilka strzelanin, parę sekwencji nastawionych na wzbudzenie napięcia u widowni (nieskutecznie). Nie brakuje też scen z łodziami podwodnymi w roli głównej. Przeważnie w sytuacji, gdy próbują one stawić czoła wystrzeliwanym pociskom. To wszystko pod względem formalnym wypada co najwyżej poprawnie. Pod warunkiem, że jest to wasze pierwsze widowisko na przestrzeni 15 lat.

“Ocean ognia” jest za to w stanie skutecznie rozbawić widza.

Raczej niezamierzenie, jako że całość zrobiona jest z wielką powagą i patosem. Twórcy niby nie chcieli za dużo machać amerykańską flagą, ale powstrzymać się nie mogli i miga nam ona parę razy w podniosłych ujęciach. Do tego bohater grany przez Butlera, tak papierowy, nijaki i przezroczysty jak tylko można sobie wyobrazić, musi standardowo wygłosić parę wielkich przemówień do załogi.

Jeśli to was nie rusza to może rozbawi was fakt, że nie wiedzieć czemu rosyjski prezydent rozmawia ze swoim ministrem obrony w swoim własnym kraju po angielsku? Ten sam minister wydaje także rozkazy w swojej bazie w języku Shakespeare’a (wprawdzie z mocnym rosyjskim akcentem, ale zawsze).

Gerard Butler miał swoje pięć minut w filmie “300” Zacka Snydera, ale od czasu premiery tego filmu nie zagrał w niczym wartym uwagi. Co więcej, większość produkcji z jego udziałem w ogóle nie przynosiła zysków. Jakim więc cudem powstają kolejne? Przyznam, że o wiele chętniej obejrzałbym film o tym niż o łodzi podwodnej, która próbuje powstrzymać wybuch III wojny światowej.

Chwilami mam wrażenie, że Hollywood próbuje usilnie przekonać widownię, że oto przed nami stoi kolejny heros kina akcji na miarę XXI wieku w postaci Geralda Butlera.

I pomimo tego, że mało kogo to obchodzi, wciskają go w schematyczne powtórki znanych nam już produkcji sprzed lat. W “Olimpie w ogniu” próbowano zrobić z niego nowego Bruce’a Willisa z czasów “Szklanej pułapki”. W niedawnym “Skoku stulecia” udawał Ala Pacino z czasów “Gorączki”. “Ocean ognia” to z kolei próba zabawy Butlera w statki śladami filmu “Polowanie na czerwony październik”. Sęk w tym, że wszystkie wymienione wyżej produkcje to kiepskie zamienniki, na które w większości szkoda czasu.

Nie twierdzę, że na “Oceanie ognia” nie da się przyjemnie odmóżdżyć i rozerwać po ciężkim dniu pracy, bo można. Nie wiem tylko czy koniecznie trzeba wybierać się na to do kina. W telewizji bądź serwisach VOD znajdziecie całą masę podobnych perełek.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...