53 wojny to nieudany debiut reżyserski. Ani to Lynch, ani dramat psychologiczny – recenzja

Recenzja/Film 22.10.2018
Nasza ocena:
53 wojny to nieudany debiut reżyserski. Ani to Lynch, ani dramat psychologiczny – recenzja

53 wojny to nieudany debiut reżyserski. Ani to Lynch, ani dramat psychologiczny – recenzja

Kino kobiece było przez lata traktowane w Polsce nieco po macoszemu. Od pewnego czasu na rynku pojawia się coraz więcej reżyserek, które prezentują nowe spojrzenie na film. Jedną z nich jest Ewa Bukowska debiutująca obrazem 53 wojny. Tylko czy opowieść o życiu żony korespondenta wojennego ma w sobie wystarczającą moc przekazu?

Pełnometrażowy debiut Ewy Bukowskiej opowiada historię Anny, żony zaangażowanego korespondenta wojennego, Witka. Para jest mocno w sobie zakochana. Jednak częste wyjazdy mężczyzny do najniebezpieczniejszych miejsc na Ziemi coraz bardziej stresują Annę i destabilizują jej i Witka życie rodzinne. Lata życia w niekończącym się martwieniu o męża sprawiają, że bohaterka zaczyna coraz mocniej tracić kontakt z rzeczywistością.

Jeżeli myślicie, że tego typu skrótowy opis jest niewystarczający do opowiedzenia całości tej historii, to niestety jesteście w błędzie. Niemal cały (poza ostatnimi piętnastoma minutami) film Ewy Bukowskiej można bez problemu zamknąć w tych ramach. Bohaterowie są dokładnie tacy sami na początku 53 wojen, co po pół godzinie, czy po godzinie. Nie zmieniają się ani ich zachowania, ani motywacje i emocje.

53 wojny to zapis powolnego zanurzania się Anny w odmęty choroby.

Produkcja została zainspirowana autobiograficzną książką Grażyny Jagielskiej, Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym, w której przedstawiła kulisy swojego związku ze słynnym reporterem, Wojciechem Jagielskim, oraz pobytu w klinice leczenia stresu pourazowego. Bukowska w swej decyzji, żeby całkowicie uprościć drugi plan i zamknąć kamerę niemal wyłącznie na postaci Anny, gubi wszelki kontekst i charakterologiczne zawiłości.

53 wojny to opowieść pozbawiona głębi. Reżyserka nie daje widzom szansy na emocjonalne połączenie się z postaciami. Witek od razu wyjeżdża, a jego dalsze pojawianie się na ekranie to mało interesujące, płaskie epizody. Anna z kolei bardziej irytuje niż wzbudza sympatię lub współczucie. Duża w tym wina Magdaleny Popławskiej, która traktuje 53 wojny jak film instruktażowy pt. “Jak zagrać smutek na kilkadziesiąt różnych sposobów”. Aktorka płacze, wije się, rozwala mieszkanie, bije się, wali głową w ścianę. To niesamowicie przeszarżowany aktorski popis, który przeradza historię Anny z tragedii w groteskę.

Nie pomaga w tym także niewiarygodny drugi plan. Rodzina i przyjaciele nie reagują na postępującą chorobę bohaterki, ograniczając się do niemej dezaprobaty. 53 wojny można by potraktować jako film o braku ludzkiej empatii, gdyby nie to, że drugoplanowi bohaterzy zachowują się absolutnie niewiarygodnie.

Bukowska stara się na poziomie formalnym zrobić po kolei trzy filmy: najpierw przez chwilę romans, potem psychologiczne kino kobiece, a na koniec dziwaczną opowieść o szaleństwie w stylu Davida Lyncha.

53 wojny

Żadna z tych prób nie wychodzi zbyt dobrze (najlepiej część środkowa), ponieważ reżyserka wykorzystuje nazbyt standardowy zestaw filmowych sztuczek. Popisuje się najróżniejszymi ujęciami, jakby chciała udowodnić, że jej debiut – mimo ograniczonych środków – nie musi być nakręcony prostymi metodami. Dołącza do tego muzykę i efekty dźwiękowe, które mają wzbudzić lęk u widzów, ale za bardzo przypominają motywy albo ze wspomnianego Lyncha (tylko że bez mistrzowskiej atmosfery), albo typowego horroru. To uczucie jeszcze potęguje się w końcowej sekwencji rozgrywającej się w klinice psychiatrycznej.

Ewie Bukowskiej nie sposób odmówić ambicji. Na swój debiutancki film wybrała temat bardzo interesujący, ale niełatwy do zrealizowania. Finalnie trudno uznać 53 wojny za dzieło udane. Za dużo w nim rzemieślniczej imitacji, a za mało pomysłowości w rozwijaniu fabuły i budowaniu postaci.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (2)

3 odpowiedzi na “53 wojny to nieudany debiut reżyserski. Ani to Lynch, ani dramat psychologiczny – recenzja”

  1. Chyba ktoś nie oglądał filmu ze zrozumieniem i ogląda za dużo filmów z serii “zabili go i uciekł”. Moim zdaniem bardzo mądry i potrzebny film. Polecam!

  2. Recnezent nazywa wadami zabiegi fabularne, które były zastosowane w konkretnym celu, nie uwzględniając w argumentacji owego celu.
    Zajmując się przyrównywaniem do klasycznych filmów wyciągaja fragmenty z kontekstu jak losy z worka. Nie wspomina nawet o pozytywnych aspektach filmu, a spektakularną grę aktorską nazywa “popisywaniem się”. No żal, durne po prostu. Ten film został napisany specjalnie pod grę aktorską, a realizm scen przedstawionych w filmie jest tak prawdziwy, że angażuje widza w swoje realia… Ten gościu jest jednym z tych, które ubierają świat w sztywne ramy i nie kupią obrazu który wyjdzie poza nie, bo sie nie zmieszczą

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...