Jeśli myślicie, że w kinie widzieliście już wszystko, to idźcie na Climax – recenzja

Recenzja/Film 19.10.2018
Nasza ocena:
Jeśli myślicie, że w kinie widzieliście już wszystko, to idźcie na Climax – recenzja

Jeśli myślicie, że w kinie widzieliście już wszystko, to idźcie na Climax – recenzja

Możecie mi uwierzyć na słowo – takiego popisu tanecznego w życiu nie widzieliście. “Climax” to danse macabre XXI wieku. Psychodeliczny film taneczny, wizualny trip i body horror w jednym. Tego nie można przegapić!

Gaspar Noe i jego filmy niezmiennie fascynują mnie od momentu, gdy po raz pierwszy obejrzałem szokujące “Nieodwracalne”. I choć od tamtego czasu zapoznałem się z wieloma reżyserami-prowokatorami, undergroundowymi artystami lubującymi się w szokowaniu, to kino Noego nadal pozostaje równie mocnym i unikalnym doświadczeniem. I niemal zawsze wzbudza potężne kontrowersje.

Podczas pierwszych seansów filmu “Nieodwracalne” na festiwalach ludzie wychodzili z sali, mdleli, nie mogli znieść tego, co reżyser chce im pokazać. Film ten “zasłynął” z 9-minutowej sceny gwałtu analnego dokonanego na postaci granej przez Monicę Bellucci. A to wcale nie była jedyna tak ponura, sugestywna i mroczna scena w tym nihilistycznym i depresyjnym filmie opowiadającym historię od końca.

W niedawnym “Love” z kolei reżyser zwrócił się bardziej ku życiu, emocjom i zmysłowości, tyle że posługując się poetyką pełnoprawnego filmu erotycznego/porno i to pokazywanym w 3D!.

O ile w poprzednich filmach Noe przyglądał się swoim postaciom i ich psychice poprzez wiwisekcję ich wnętrza, tak w obrazie “Climax” w końcu zdecydował się poświęcić swą uwagę zewnętrznej powłoce.

Snuje on hipnotyzującą i porywającą wizualnie odyseję taneczną, która zatopiona jest w muzyce, pulsującej rytmice, neonowych barwach i psychodelicznych jazdach na kwasie. I to dosłownie!

Na dobrą sprawę “Climax” nie ma fabuły. W najnowszym filmie Noego przyglądamy się grupce 20 tancerzy, którzy tuż po jednej z prób postanawiają się rozerwać, rozluźnić i oddać się niezobowiązującemu tańcowi z lekkim wspomaganiem alkoholu. Gdy jednak w pewnym momencie tancerze zaczynają zachowywać się nadzwyczaj dziwie i tracić nad sobą kontrolę, pojawia się podejrzenie, że ktoś dodał do ich drinków LSD.

“Climax” można oglądać na wiele sposobów. Jednym z nich jest po prostu poddanie się psychodelii, którą przyjdzie nam podziwiać patrząc w kinowy ekran. A dzieje się na nim tyle, że niełatwo to ogarnąć za pierwszym podejściem. Dostajemy serię długich ujęć, które fenomenalnie ukazują genialne układy i figury taneczne bohaterów. Kamera filmuje ich z różnych, bardzo niestandardowych ujęć i punktów widzenia. Raz stoi w miejscu, innym razem Noe stosuje powolne najazdy i odjazdy. Jeszcze innym razem śledzi poszczególnych tancerzy, poruszając za nimi obiektywem. Obraca kamerę do góry nogami. Ustawia ją nad głowami postaci. Przechodzi od jednej perspektywy do drugiej. Ruchome ujęcia przeplata statycznymi. Wszystko to, w połączeniu z klubową muzyką (znakomity soundtrack na który składają się m.in. Apex Twin, Daft Punk, Giorgio Moroder i inni) sprawia, że zostajemy porwani do wizualnej krainy Oz.

Obraz niemalże samoistnie pulsuje, poszczególne sekwencje wydają się zespojone z rytmiką bitów oraz kinetyką fantazyjnych ruchów tanecznych.

Już w pierwszych 30 sekundach witają nas… napisy końcowe. Potem, mniej więcej w środku filmu, pojawiają się… napisy początkowe, wraz z tytułem i szaloną zabawą różnokolorowymi czcionkami. Oto szalony świat Gaspara Noe, gdzie jakiekolwiek reguły to luźny koncept, który nie jest zbyt szanowany. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz jakiś film tak mocno namieszał mi w głowie.

Oczywiście przy okazji nietrudno znaleźć w filmie wiele metafor, które składają się na drugie dno tej produkcji. Dziki i opętańczy taniec można traktować z jednej strony jako nietypową zabawę z poetyką horroru, tu podaną w wersji muzyczno-klubowej.  W pewnym momencie tancerze zaczynają wić się, jakby coś wyżerało ich od środka. Trochę tak, jakby próbowali odpędzić od siebie demony, wyrzucić obce ciało ze swego wnętrza, wydrapać czy wydrzeć coś z siebie. “Coś”, co ich swędzi, uwiera, przejmuje nad nimi kontrolę. Tak jakby nagle ich ciała przestały należeć do nich. Albo owo “coś” przejęło nad nimi kontrolę.

To ich wicie się, krzyki, uciekanie się do przemocy, płacze i nieracjonalne zachowanie stają się w pewnym momencie wręcz nie do zniesienia. Ale właśnie taki powinien być horror. Szczególnie jego podgatunek, jakim jest body horror. Jeśli znacie stare filmy Cronenberga z lat 70. i 80. to powinniście zrozumieć i z fascynacją przyglądać się wizji Gaspara Noe.

Zresztą, już w pierwszych kadrach Noe podrzuca nam prosto pod nos filmowe tropy, pokazując okładki kaset wideo z filami, które stanowiły dla niego inspirację. Znajdziemy tam “Suspirę” Dario Argento, “Psa Andaluzyjskiego”, “Harakiri”-  jest też i “Opętanie” Andrzeja Żuławskiego.

Ale też to, co oglądamy w filmie, można traktować jako parabolę rozpadu społeczeństwa, czy wręcz studium upadku człowieczeństwa. Pokazane z wizualną fantazją i fenomenalną zabawą z formą.

Jeśli uważacie, że w kinie widzieliście już wszystko, to stawiam przed wami wyzwanie – idźcie na “Climax”.

Przekonajcie się, że ciągle jeszcze można pokazać coś nowego, śmiałego, świeżego i nieszablonowego.

Czeka was niezapomniana jazda bez trzymanki. Nawet jeśli film Noego wam się nie spodoba, wymęczy was i uznacie go za kakofoniczną, chaotyczną pustkę i sztukę dla sztuki, to gwarantuję, że czegoś takiego jeszcze nie widzieliście. Koniecznie na dużym ekranie. Aż żałuję, że nie będzie go można obejrzeć w kinach IMAX.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...