Ktoś w internecie myśli inaczej niż ty? Tak, to prawdopodobne

Felieton/Film 04.10.2018
Ktoś w internecie myśli inaczej niż ty? Tak, to prawdopodobne

Ktoś w internecie myśli inaczej niż ty? Tak, to prawdopodobne

Czy to możliwe, że cały internet nie myśli tak jak ty, a opinia odmienna od twojej nie musi być atakiem? Wiem, że to nieprawdopodobne, ale to… prawda!

Dowiedziałam się ostatnio, że jeśli wygłaszam swoją opinię na jakiś temat, a przecież wygłaszam te opinie regularnie w ramach m.in. niniejszego medium, to jest równoznaczne z tym, że zmuszam innych do myślenia tak jak ja. Ba, ja wręcz prowadzę działania militarne, wystukując słowa na klawiaturze, by wymusić jakieś postępowanie na wszystkich jednostkach. Interesujące, nie wiedziałam nawet, że mam taką władzę. Biedny lud, czyli bezpośredni odbiorcy moich niecnych manipulacji i ataków, czuje się zgorszony i przerażony taką śmiałością. To prawdziwe oblężenie! – rzuca ktoś pod nosem. – Jak ona śmie mnie zmuszać do swoich racji? – pyta drugi, próbując znaleźć kompanów swojej niedoli.

Wygląda na to, że niebezpiecznie mieć dzisiaj swój własny punkt widzenia.

Ale nie zawsze. Oponenci bowiem mogą. Przecież to do nich należy tłumaczenie takich prawd uniwersalnych, jak to że Dunkierka nie może być arcydziełem, seksowny strój podręcznej z Opowieści podręcznej jest przecież w porządku, Kler – żeby odrzucić wszelkie podejrzenia o nierzetelność i bycie kupionym przez jakieś lobby (wybierzcie, jakie) – mogą krytykować tylko zdeklarowani antyklerykałowie, a Ciri w Wiedźminie Netfliksa powinna być biała, tak jak ją Pan Bóg stworzył. I niech będzie, że wymienione tematy rzeczywiście mogą stanowić punkt zapalny. Niektóre z nich ocierają się o kontrowersję, elektryzują, a ludzie zdają kłócić się o te kwestie z większą zawziętością niż ta, z jaką walczyliby o swoje życie. Być może kolor skóry postaci w świecie fantasy to poważniejsza sprawa niż niejedno życie, choć jeśli to prawda, należałoby przyjąć ją ze smutkiem.

Ach, i nie zapominajmy jeszcze o najważniejszym. O świętym oburzeniu, jakie towarzyszy wszystkim, którzy nie mogą pogodzić się z tym, że recenzent myśli inaczej, albo że nie poleca tych samych dzieł, które poleciłby, oczywiście, czytelnik.

Na nic zdaje się argumentacja, że proponowane zestawienie to tytuły najlepiej oceniane przez użytkowników różnych serwisów społecznościowych. Że dobór dzieł podyktowany jest jakimś obiektywnym kryterium, albo – zupełnie przeciwnie – jest po prostu subiektywnym wyborem autora.

Skąd w ogóle przekonanie, że prezentowanie swojej opinii to próba zmiany zdania odbiorców?

Jest to założenie co najmniej dziwne i – jak dla mnie – nietypowe. Prezentacja własnej opinii to raczej zaproszenie do dyskusji, głos w jakimś sporze, a nie manipulacja lub zakładanie, że teraz wszyscy powinni zostać oświeceni i zmienić swoje zdanie. Pisząc recenzję, nie zbiera się zwykle jednocześnie głosów wyborców i nie chce przeforsować jakiejś ustawy, a tak właśnie mogłoby się wydawać po reakcjach odbiorców treści wszelakich, w różnych mediach czy na forach dyskusyjnych.

Niechęć do dyskusji, nadinterpretacja, czytanie bez zrozumienia i ogromna chęć znalezienia poparcia dla swoich racji zdają się być tutaj największymi problemami.

Internauta-agresor ma na celu się nie zgadzać. To jest zresztą jego celem nadrzędnym, czasem niezależnym od toku ewentualnej dyskusji. Czuje się też w obowiązku o tej niezgodzie poinformować z pełną zapalczywością, najlepiej nieprzyjemnie, by obrazić. By ktoś poczuł się gorszy, bo właśnie on – internauta-agresor – poczuć gorszy się nie może. A chyba zaczyna wtedy, gdy odkrywa, że jego gust nie musi być powszechnie uznany, a jego opinia jedyną właściwą. Ale ten internauta nie tylko lubi zaczepiać agresywnie, lubi też się wyzłośliwiać. Lubi punktować cudzą niewiedzę, nawet jeśli ta „niewiedza” ma polegać na innym guście filmowym czy serialowym. Jego po prostu musi być na wierzchu.

Są jednak rzeczy, które wspomniany agresor lubi. To przymiotniki. Na przykład: żałosny, śmieszny (ale nie zabawny czy dowcipny), głupi, idiotyczny, nieprawdziwy. Jeśli chodzi o czasowniki, to też ma parę swoich ulubionych: nie znasz się, brakuje, piszesz bzdury itp. On nie chce rozmawiać, on chce być przeczytany, wysłuchany.

I chce, aby przyznać mu rację.

Ciekawe jest też to, że dana opinia „uruchamia” zwykle wyłącznie kontrataki. Moja pozytywna recenzja Kleru przyciągnęła głównie tych, którzy z wysoką oceną filmu Smarzowskiego się nie zgadzają. A przynajmniej to takie osoby postanowiły nierzadko agresywnie wypowiedzieć swoje zdanie na temat filmu i oczywiście autora, który rzeczony film pochwalił, w tym wypadku mnie. Z kolei negatywna opinia o produkcji polskiego reżysera zaciekawiła komentatorów mających zgoła odmienne zdanie. I – jak powszechnie wiadomo – jeżeli komuś coś się nie podoba, to się nie zna. Nie zrozumiał albo zazdrości. Albo niech nakręci swoje. Lepiej.

Można odnieść wrażenie, że tylko inny reżyser, najlepiej taki bardziej uznany i z większym dorobkiem, miałby prawo skomentować Kler Smarzowskiego. To oczywiście, jeżeli recenzja byłaby negatywna, rodziłoby inne problemy, o których – w odniesieniu do książek – pisał w jednym z felietonów Szczepan Twardoch, ale kogo to obchodzi. Na pewno nie tego, kto nie chce rozmawiać, a zamierza drugą stronę jedynie „zakrzyczeć”. Zresztą ten inny reżyser to najlepiej, żeby był antyklerykałem i skrytykował film. To dopiero byłaby naprawdę rzetelna opinia. Bo przecież, jak nie lubi Kościoła albo nie wierzy, to na pewno chce „dokopać” całemu klerowi. A jeżeli mimo wszystko nie dokopał – jest uczciwy.

A zatem cóż autor może zrobić? Albo – ostatecznie bez merytorycznej dyskusji – zmienić zdanie i napisać swoją opinię od nowa, albo zignorować, bo nie sprzyja dialogowi. Zresztą, czego by nie zrobił i tak wyjdzie na tym najgorzej, jak się da. Bo jeśli zmienia zdanie, to – co jest dla oponenta bardzo satysfakcjonujące – jest głupi i od początku nie miał racji, jak gdyby wszystko musiało być zaczynem konfliktu. A jeśli ignoruje, to jest głupi, bo nie potrafi odpisać.

Nie ma chyba miejsca na dyskusję dwóch szanujących się osób. Tak przynajmniej od lat udowadnia spora część internautów.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (3)

8 odpowiedzi na “Ktoś w internecie myśli inaczej niż ty? Tak, to prawdopodobne”

  1. Zasadniczo zgadzam się w 99 procentach z autorką tekstu – w internecie nie ma dyskusji jest tylko przekrzykiwanie się nawzajem. Bardzo brakuje mi takiej kultury dyskusji jak była na usenecie czy nawet niektórych forach.
    Ale sama struktura waszego bloga prowokuje do kłótni. Bajtowe tytuły, opinie celowo nie popularne, dziwna moderacja i teksty reklamowe. W razie krytyki uciekanie w słynne już w sieci “to blog i autor może napisać co chce”. No to też nie pomaga dyskusji.
    Ja wiem ze dobry news to żaden news ale czasami przeginacie :(
    Podsumowując – dobry tekst i dobre wnioski. Ale mam nadzieję że redakcja serwisu weźmie się też za siebie i za moderacje.

  2. Jest taka zasada że o gustach się nie dyskutuje bo każdemu podoba się co innego. Ale często pojawiają się osoby które swoje subiektywne odczucia próbują tłumaczyć w logiczny sposób, i tu pojawiają się problemy kiedy ktoś ma węższe lub szersze spojrzenie na problem. Komentując różne wpisy razi mnie że osoby o wąskiej wiedzy stawiają się w roli ekspertów – często nie dopuszczając drugiego punktu widzenia do swojej świadomości. Wtedy jest to problem kiedy osoba widzi świat tylko z własnej perspektywy a przedstawia ją jak wiedzę objawioną. Rzadko kiedy ktoś pisze że coś mu się podobało, częściej pojawia się krytyka i wtedy temat staje się kontrowersyjny a media jeszcze bardziej go rozdmuchują bo jest klikalny. Im większa kontrowersja tym lepszy temat… :/ więc droga autorko myślę że po części z tego żyjecie ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...