Jak oni to nakręcili #3: rewolucje w Gwiezdnych wojnach wynikały z oszczędności

Artykuł/Film 27.09.2018
Jak oni to nakręcili #3: rewolucje w Gwiezdnych wojnach wynikały z oszczędności

Jak oni to nakręcili #3: rewolucje w Gwiezdnych wojnach wynikały z oszczędności

Oglądając najnowsze superprodukcje ze stajni Walta Disneya, łatwo zapomnieć, że pierwszy film z cyklu Gwiezdne wojny był niskobudżetowym kinem klasy B. To nie pieniądze, a pasja i kreatywność stały za tym przełomowym dla branży dziełem.

Gwiezdne wojny zmieniły kino na zawsze. Wprowadziły do niego dynamikę, nowoczesną technikę i niespotykaną wcześniej formę. Struktura filmu przygodowego, estetyka science-fiction, scenariusz z gatunku fantasy, no i te efekty specjalne. Nie był to jednak film, za którym stały duże pieniądze. Za jego realizację odpowiadali amatorzy. Sukces to nie tylko dzieło kreatywności i geniuszu, ale niejednokrotnie i przypadku.

Świadczyć może o tym chociażby sama geneza filmu. Z początku Gwiezdne wojny miały być ekranizacją przygód komiksowego Flasha Gordona, ale (na szczęście!) nie udało się ich nabyć. George Lucas – przyszły reżyser i scenarzysta filmu – postanowił więc wymyślić autorskie tło fabularne.

Inspiracją były historie z gazet. Stany Zjednoczone, nie mogąc uzasadnić swojej dalszej obecności w Wietnamie, posuwały się do działań niezgodnych z prawem, w tym względem swoich obywateli. Lucas, zafascynowany transformacją jego ojczyzny z – wedle jego rozumienia – demokracji do dyktatury, wykoncypował Galaktyczne Imperium Zła. Przekonał wytwórnię 20th Century Fox do sfinansowania jego dziwnego filmu fantasy ale w kosmosie. Mając do dyspozycji śmieszny budżet w wysokości 10 mln dol. rozpoczął prace nad scenariuszem i preprodukcją.

Scenariusz ewoluował wielokrotnie.

Nie będziemy jednak skupiać się na procesie twórczym Lucasa, wszak w naszym cyklu chodzi przede wszystkim o samą technologię filmu. Choć warto wspomnieć, dla przykładu, że Han Solo miał być wielkim, zielonym potworem z mackami, a Chewbacca miał nazywać się Indiana i przypominać psa rasy Alaskan Malamute…

Proces pisania scenariusza jednak ważny w kontekście podjęcia pierwszej znakomitej decyzji co do samej produkcji filmu. By pomóc przekonać wytwórnię filmową do sfinansowania dzieła, Lucas zaprosił do współpracy Colina Cantwella, by pomógł mu zaprojektować ilustracje do scenariusza. Cantwell pracował wcześniej nad genialną i uznaną przez krytyków 2001: Odyseję kosmiczną. Z kolei rekwizyty, postacie i stroje zaprojektował Ralph McQuarrie.

gwiezdne wojny efekty specjalne

Obaj panowie stworzyli projekty, jakich świat filmów science-fiction jeszcze nie widział. Lucas, zamiast poprosić o utemperowanie ich ambicji, zdecydował się być wiernym ich wyobraźni. I zupełnie się nie przejmował, że go zupełnie na to nie stać. Dorzucił jednak własny pomysł na estetykę filmu. Żaden model, element scenografii, okręt czy inny element z przyszłości ma się nie wyróżniać na ekranie i nie odwracać uwagi widza o reszty kadru. Wszystko ma być zużyte, podniszczone, nadgryzione zębem czasu.

To nie był genialny pomysł koncepcyjnie. Otworzył jednak nowe możliwości na osobliwe oszczędzanie na wydatkach.

Skoro przyszłość w Gwiezdnych wojnach ma być stara i zniszczona, to nie ma potrzeby tworzenia zupełnie nowych rekwizytów i elementów scenografii, by następnie je sztucznie postarzać. To generuje niepotrzebne koszty, skoro równie dobrze można… pójść na pobliskie złomowisko. Prawie cały Sokół Milenium został wykonany ze złomu (te żarty w scenariuszu z jego wyglądu miały więc podwójne dno), a miecz świetlny był jedną z części do kamery.

Lucas zdawał sobie też sprawę, że żadne studio od efektów specjalnych nie będzie w stanie zrealizować scen opisanych w scenariuszu za pieniądze, którymi dysponuje. Dlatego też powołał własne. Dziś nazwa Industrial Light & Magic entuzjastom kina kojarzy się z oscarowymi superprodukcjami. Jego początki jednak były dość skromne: niewielki warsztat i pomysł, by zastosować cyfrowe sterowniki do filmujących miniaturowe modele kamer – co w efekcie miałoby dać iluzję ogromnych rozmiarów okrętów kosmicznych majestatycznie poruszających się po ekranie.

Na planie nie działało nic.

Sprzęt psuł się notorycznie, powodując kosztowne opóźnienia w realizacji filmu. Nie pomagało też nastawienie Lucasa do swoich podwładnych, który nie darzył ich szacunkiem czy autorytetem – często ten ostatni podkopując przez wprowadzanie własnoręcznych poprawek bez ich wiedzy czy zgody. W tym jeśli chodzi o stosowne obiektywy czy sposób oświetlenia planu. Brak szacunku był zresztą wzajemny – większość filmowców zatrudnionych do pracy nad Gwiezdnymi wojnami uważało je za niedorzeczny i głupi film dla dzieci.

gwiezdne wojny efekty specjalne

Samego Lucasa też trudno nazwać genialnym filmowcem. Twórca Gwiezdnych wojen miał doskonały pomysł na uniwersum, w jakim odbywała się akcja filmu i wiedział, jakimi ludźmi się otaczać. Nie umiał jednak ciekawie opowiedzieć swojej historii – pierwsze wstępnie zmontowane wersje filmu oglądało się ponoć okropnie, był nudny, nielogiczny i wypełniony dłużyznami. Film musiała ratować małżonka Lucasa – gdyby nie jej koncepcja tempa narracji i montażu, prawdopodobnie mielibyśmy do czynienia z niedającym się do oglądania dziełem.

Potrzebna była szczypta magii.

A tę zapewnił niezdyscyplinowany, zblazowany kolektyw młodych ludzi spod szyldu Industrial Light & Magic. Studio musiało być wielokrotnie dyscyplinowane przez Lucasa, spóźniało się ze wszystkim, atmosfera w nim panująca przypominała bardziej imprezę nerdów niż profesjonalną produkcję filmu. Nie zmienia to jednak faktu, że za śmieszne pieniądze udało się zrealizować sceny, jakich świat kina jeszcze nie widział.

gwiezdne wojny efekty specjalne

Kluczowym elementem wizualnego sukcesu Gwiezdnych wojen – poza wspomnianą wyżej zużytą przyszłością – były cyfrowe sterowniki kamer. Do tej pory sceny w kosmosie realizowano za pomocą statycznych kadrów, filmując na stosownym tle plastikowe miniatury statków kosmicznych. Industrial Light & Magic opracowało mechanizm Dystraflex – od nazwiska wynalazcy, Johna Dykstry – do automatycznego precyzyjnego sterowania kamerą.

Ta mogła dzięki temu powtarzać w sposób bardzo precyzyjny wielokrotnie swoje ruchy. Można więc było filmować w ten sam sposób wiele obiektów. Najpierw jeden statek, potem drugi, potem trzeci, potem tło – a następnie cały zarejestrowany materiał na siebie nałożyć. To dało możliwość zaprezentowania na ekranie wielu różnych pojazdów wykonujących przeróżne kamery przy jednoczesnym zastosowaniu dynamicznego kadru i szerszych możliwości doświetlania poszczególnych modeli.

gwiezdne wojny efekty specjalne

To cud, że się udało.

O technologii Gwiezdnych wojen można by pisać ciekawe i opasłe tomiska, takowe zresztą już powstały. To fascynujące studium przypadku ilustrującego, jak ważny w realizacji filmu jest sam pomysł. A w przypadku Gwiezdnych wojen dobrych pomysłów było wiele. Zużyta przyszłość George’a Lucasa i jego pomysł na opowieść fantasy w estetyce science-fiction. Porzucenie tradycyjnych hollywoodzkich sposobów na produkcję filmu na rzecz oszczędności szukanych, całkiem dosłownie, w śmietniku. A do tego wszystkiego techniczna rewolucja, jaką był Dystraflex, a który właściwie sprowadzał się do zadania prostego pytania a gdyby to tak kamera się ruszała, a nie modele?

Gwiezdne wojny miały być filmem bardzo złym. Tanie filmidło klasy B o niskim budżecie i niedorzecznej historii, nadzorowane przez despotycznego twórcę. Który na dodatek niechętnie przyjmował do wiadomości, że dwa nieźle przyjęte przez krytyków filmy nie czynią z niego guru kinematografii i że nie umie ciekawie opowiadać historii. Niewiele brakowało, a Gwiezdne wojny nawet nie byłyby klapą – nikt nie spodziewał się ich komercyjnego sukcesu. Scenariusz i montaż uratowały najbliższe osoby z otoczenia Lucasa. Resztę załatwiła niespotykana wcześniej technika realizacji. Efekty znamy wszyscy: Gwiezdne wojny to marka zarabiająca miliardy, a Industrial Light & Magic funkcjonuje po dziś dzień, dokonując – film po filmie – kolejnych technicznych przełomów.

Teksty, które musisz przeczytać:

Disney i Pixar mają monopol na Oscary za animacje. Wszystko przez lenistwo oraz ignorancję członków Akademii

Rozdająca Oscary Akademia Filmowa w ostatnich miesiącach jest z każdej strony krytykowana. Wiele osób wciąż nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, jak źle wygląda sytuacja. Osoby głosujące na najlepsze filmy w mniej znanych kategoriach są przeważnie niedouczone w danej dziedzinie, a nawet pozbawione gustu. Najlepiej pokazują to nagrody za najlepszy film animowany.

Artykuł/Film 20.02.2019

Dołącz do dyskusji (9)

43 odpowiedzi na “Jak oni to nakręcili #3: rewolucje w Gwiezdnych wojnach wynikały z oszczędności”

  1. Bardzo mi przykro, ale Lucas sam sobie tego wszystkiego nie wykoncypował. Cała idea Gwiezdnych Wojen jest żywcem zerżnięta z cyklu powieści o Fundacji autorstwa Isaaca Asimova. Lucas nie wymyślił nic nowego. Asimov w 1951 i 1952 roku napisał książki “Fundacja” i “Fundacja i Imperium”, w których to pojawia się nazwa: imperium galaktyczne. A książki Asimova przebijają SW pod każdym względem. Po pierwsze ich fabuła jest poważna a nie głupkowata. Pozdro

    • Ideą Gwiezdnych wojen nie jest oryginalność a wtórność wlasnie, zmieszanie ze sobą toposów, które w kulturze wystepuja od lat tysięcy. Prawie wszystkie postaci, mimo że teraz już kultowe, sa archetypami. Wszak Lucas tworząc uniwersum czerpał z teorii monomitu.

  2. “Nudne, nielogiczne, pełne dłużyzn”. Wypisz, wymaluj chyba każdy jego film. Zresztą te części SW nad którymi trzymał pieczę są najgorsze. O ile IV można zrozumieć bo pierwsza była, to w Mrocznym widmie popsuł wiele rzeczy, wprowadzając chociażby midichloriany i “niepokalane” poczęcie Anakina;(

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...