Humorem i groteską w rasistowskich wrogów. Czarne bractwo. BlacKkKlansman – recenzja

Recenzja/Film 14.09.2018
Nasza ocena:
Humorem i groteską w rasistowskich wrogów. Czarne bractwo. BlacKkKlansman – recenzja

Humorem i groteską w rasistowskich wrogów. Czarne bractwo. BlacKkKlansman – recenzja

Czarne bractwo. BlacKkKlansman da wam powody do śmiechu, ale nie wypuści bez chwili refleksji. Dawno nie widziałam tak świetnego duetu aktorskiego, jak John David Washington i Adam Driver.

Adam Driver? Zapomnijcie. To John David Washington jest królem. Tak, z tych Washingtonów. Gdy jego ojciec, Danzel, promuje właśnie Bez litości 2, John wymiata w nowym filmie Spike’a Lee. Niedoszły gwiazdor futbolu amerykańskiego postanowił pójść w ślady ojca. Jak się okazuje – słusznie.

John David Washington w filmie Czarne bractwo. BlacKkKlansman gra Rona Stallwortha, pierwszego czarnoskórego detektywa w Colorado Springs. Stalworth razem z detektywem Flipem Zimmermanem (Adam Driver) infiltruje środowisko członków Ku Klux Klanu. Stallworth jest na komendzie świeżakiem. Pewnego dnia chwyta za słuchawkę telefonu i dzwoni pod numer KKK znaleziony w ogłoszeniu. Tak zaczyna się ta historia.

A jest ona momentami tak nieprawdopodobna i absurdalna, że przywodzi na myśli scenariusze braci Coen. Przez cały czas masz to dziwne przeczucie, że akcja dąży do tragicznego finału, że już za chwileczkę, za momencik wydarzy się coś strasznego. Krew się poleje i wszyscy zginą. Trochę jak u Tarantino. Ale to nie jest Tarantino.

Ta historia wydarzyła się naprawdę.

Ron Stallworth spisał swoje wspomnienia w książce Black Klansman: Race, Hate, and the Undercover Investigation of a Lifetime, na podstawie której powstał scenariusz filmu Spike’a Lee. Akcja dzieje się pod koniec lat 70. Stallworth kontaktuje się z przedstawicielem rasistowskiej organizacji za pomocą telefonu. Stróż prawa udaje białego Amerykanina, który nienawidzi czarnoskórych, wypowiadając się na ich temat oczywiście za pomocą o wiele gorszych określeń. I w tak przekonujący sposób, że mężczyzna po drugiej stronie kabla nie podejrzewa, jak bardzo jest wkręcany. Aby nie zepsuć iluzji, na spotkaniach z członkami Ku Klux Klanu pojawia się detektyw Flip Zimmerman, udający Stalwortha.

Czarne bractwo. BlacKkKlansman

O dziwo, wszyscy łykają ten haczyk. Nawet Wielki Mag Ku Klux Klanu, David Duke.

Czarne bractwo. BlacKkKlansman niemalże kipi od zabawnych scen.

Począwszy od absurdalnego pomysłu młodego policjanta, przez zabawne rozmowy telefoniczne i udawanie mowy “prawdziwych białych Amerykanów”, skończywszy na przerysowanych, groteskowych, stereotypowych postaciach. Przykłady takowych znajdziemy w środowisku Ku Klux Klanu, przedstawionego jako banda niezbyt mądrych, za to często porywczych gości. Spike Lee świadomie operuje czarnym humorem i satyrą. Ma to pewien cel.

Nie zapominajmy bowiem, że film Spike’a Lee opowiada o ważnych z perspektywy każdego czarnoskórego obywatela Ameryki (a przecież i nie tylko) sprawach. Ruchy rasistowskie, dyskryminacja, agresja wobec przedstawicieli mniejszości rasowych były w latach 70. na stałe wpisane w krajobraz Colorado Springs. Rola Rona Stallwortha choć niewielka, jest w tej historii niezwykle ważna. Spike Lee podkreśla zresztą ważkość tematu na koniec seansu, dokładając do wniosków także co nieco na temat współczesnej narracji wokół mniejszości w Ameryce. Nie pozostawiając wątpliwości – historia zatoczyła koło, a prawa mniejszości znów są w sposób skandaliczny łamane.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (9)

11 odpowiedzi na “Humorem i groteską w rasistowskich wrogów. Czarne bractwo. BlacKkKlansman – recenzja”

  1. Ja mam problem z oceną tego typu filmów przez pryzmat recenzji. Biorąc pod uwagę, że dziennikarze, co było widać po ostatniej dramie w ich wykonaniu, są SJW do poziomu absurdalności to ocena filmów o takiej tematyce może być zaburzona. Mam wrażenie, że im więcej białych SJW (bo to chyba zawsze biała, klasa średnia) to tym bardziej obrzydza słuszne fundamenty tolerancji.

    Przykład? Black Panther. FIlm średni, mnie się podobał umiarkowanie, może ciut lepiej od Thora 1. Recenzje? Zawsze wspaniałe! Dla mnie za dużo głupotek, nawet jak na Marvela, dużo dziur i płaskie postaci. Na plus klimat tech-Afryki, z jej unikalnym klimatem. Czułem się trochę jak w opowieściach z XIX wieku, gdzie odkrywano ukrytą cywilizację.

    Co do filmu – lubię Denzela jako aktora i jego filmy, bo Denzel sprawnie trzyma się daleko od linii z filmami klasy B, którą dawno przekroczyli Bruce Willis i Cage. Mam nadzieję, że jego syn pójdzie w ślady ojca.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...