Lenny Kravitz ma dla was pozytywne wibracje. Raise Vibration – recenzja

Recenzja/Muzyka 07.09.2018
Nasza ocena:
Lenny Kravitz ma dla was pozytywne wibracje. Raise Vibration – recenzja

Lenny Kravitz ma dla was pozytywne wibracje. Raise Vibration – recenzja

U schyłku lata Lenny Kravitz powraca po czteroletniej przerwie z nowym, jedenastym już albumem. “Raise Vibration” przynosi fanom całą gamę pozytywnych dźwięków. Choć płyta jest nierówna, to z pewnością wprowadzi was w przyjemny nastrój.

Od razu muszę się przyznać, że nigdy nie byłem wielkim fanem Lenny’ego Kravitza. Powiem więcej, uważam, że jego miejsce pośród kultowych postaci rocka jest zdecydowanie wielką dziejową pomyłką. To niezły muzyk, przyzwoity gitarzysta, czasem uda mu się napisać w miarę udany przebój, ale w żadnym wypadku nie uznałbym go za “wielką postać” w branży.

W dodatku jego legenda na dobrą sprawę opiera się na trzech pierwszych albumach. Na przełomie lat 80. i 90., kiedy rock i heavy metal powoli odchodziły do lamusa, pojawił się Lenny Kravitz, który zawojował MTV, a co za tym idzie – masową wyobraźnię młodzieży przyjemnym głosem, przebojowymi singlami oraz ewidentnym seksapilem. Wyglądał jak egzotyczny model, z jednej strony trochę dziki, a z drugiej delikatny, romantyczny i kipiący seksem. W świecie popkultury zdominowanej przez obraz i wygląd Kravitz wpisał się idealnie w zapotrzebowanie publiki, stając się tym samym kapłanem “zmysłowego soul-rocka”.

Jego muzyka nigdy nie była moją bajką. Rock w wersji Kravitza skąpany jest w funkowo-soulowym sosie, który niestety rozmiękcza i rozwadnia gitarowe granie.

Jego melodie i kompozycje prawie nigdy mi nie podchodziły. Właściwie to ze wszystkich jego kawałków lubiłem balladę Again. To okraszony naprawdę piękną linią melodyjną udany popowy kawałek.

Być może właśnie fakt, że Kravitz jest muzykiem będącym w rozkroku pomiędzy rockiem, soulem, funkiem a popem sprawił, że nie mogę się do niego w pełni przekonać. Jest on za mało ostry na rocka, za mało melodyjny na komercyjny pop, zbyt przeciętny na soul. Jakoś tam prześlizguje się przez te gatunki i trafia w uśrednione gusta i zapewne to stanowi o tajemnicy jego sukcesu.

Jego najnowsza płyta Raise Vibration nie przynosi właściwie żadnych zmian, ani na lepsze, ani na gorsze.

Startujemy od We Can Get It All Together, który po nastrojowym intro przechodzi w solidne rytmy wygrywane na perkusji i basie. Potem, gdy dochodzą gitary, brzmi on praktycznie tak samo jak jego sztandarowe kawałki z lat 90. Wtórny, ale z drugiej strony nieszkodliwy, można się przy nim przyjemnie rozerwać i powspominać mijające lato.

Low to już inna para kaloszy. Powiem wręcz, że jest to jeden z najlepszych kawałków Kravitza, jakie w ogóle słyszałem.

Brzmi jakby został przeniesiony prosto z jakiegoś funkowego winyla z lat 70. Towarzyszy mu fantastyczna linia basu i świetna linia wokalna w refrenie, które czynią z niego spóźniony przebój lata. Co ciekawe, w Low zostały wykorzystane kawałki wokaliz Michaela Jacksona. Pasują idealnie, bo kawałek ten spokojnie mógłby znaleźć się na krążku Off The Wall.

W takich “poza rockowych” eksperymentach Lenny Kravitz czuje się, moim zdaniem, najlepiej. Who Really Are The Monsters to zaskakująco świeża i ciekawie zaaranżowana mieszanka electro-funku oraz muzyki klubowej. Gdyby ktoś mi wcześniej pokazał ten utwór i nie powiedział, kto go napisał, w życiu bym nie podejrzewał, że coś takiego wyjdzie spod pióra właśnie Kravitza. Gdyby cała płyta taka była, to mielibyśmy do czynienia z albumem roku. Niestety nie jest.

O ile jeszcze utwór tytułowy, Raise Vibration, oferuje słuchaczowi rasowego, szorstkiego, knajpianego blues-rocka, w dodatku na koniec raczącego nas plemiennymi zaśpiewami, tak dalej jest przeważnie tylko gorzej.

Ballady Johnny Cash jeszcze jakoś da się słuchać. Ociera się trochę o kiczowaty pop, ale w warstwie lirycznej jest dość poruszająca, bowiem Kravitz mierzy się w niej z tematem miłości, ale i straty, w tym ze śmiercią własnej mamy. Here To Love jest już jednak nie do obronienia. To utwór banalnie prostolinijny, ze słabą i tandetnie pompatyczną linią melodyjną oraz potwornie dosłownym tekstem. Oczywiście trudno się nie zgodzić z Kravitzem śpiewającym podniośle o tym, byśmy się szanowali, odrzucili nienawiść i kochali się nawzajem, ale jak dla mnie za dużo tu lukru.

It’s Enough pozytywnie zaskoczył mnie na początku.

Kawałek  inspirowany jest twórczością Curtisa Mayfielda z lat 70. Dawno już nie słyszałem współczesnego wykonawcy, który ewidentnie odnosiłby się do tego stylu.

Przyjemnie buczący bas i delikatne partie perkusyjne tworzą z tego utworu całkiem zajmujący hymn nawołujący do nie poddawania się systemowi i skorumpowanej władzy. Trwa prawie 8 minut i wprowadza słuchacza w muzyczny trans, który wprawdzie nie wywlecze nikogo na ulice z protestami, ale pozwoli, choć na chwilę, zastanowić się nad stanem rzeczy.

Naczelny problem, jaki mam z “Raise Vibration”, to fakt, że album ten jest potwornie nierówny. Nie pamiętam, kiedy ostatnio słuchałem płyty, która raz by mnie przyciągała swoimi dźwiękami i umiejętnym recyklingiem funku z lat 70., by po chwili odrzucać kiczowatymi i słabymi popowymi tworami. Takimi jak 5 More Days ‘Till Summer, który brzmi jak rockowa biesiada nagrywana z myślą o cyrkulacji w stacjach radiowych.

W rejony funkowo-R&B Kravitz powraca jeszcze m.in. w The Majesty of Love, w tym przypadku jednak całość wypada już dość przeciętnie. Muzyk po prostu odtwarza znane już wszystkim motywy i nie robi z nimi nic nadzwyczaj ciekawego. Sekcja rytmiczna oraz gitarowy riff w The Majesty of Love są świetne. Z chęcią przygarnąłbym instrumentalną wersję tego utworu. Słuchając go, przed oczami miałem albumy Marvina Gaye’a czy Stevie’ego Wondera. Nie na zasadzie inspiracji, tylko niebezpiecznie blisko plagiatu.

Trochę narzekam i smęcę, ale “Raise Vibration” nie jest płytą absolutnie złą.

Jej pozytywny przekaz, głoszący, że miłość jest najważniejsza, nawet jeśli brzmi wtórnie i trochę kiczowato, działa i dociera do słuchacza. Kravitzowi udaje się to dzięki przyjemnej w obyciu formie, nastawionej na masowego słuchacza i takie też gusta. Muzyk chwilami niebezpiecznie blisko fruwa przy granicy kiczu, ale co jakiś czas wyrównuje go paroma dobrymi kawałkami. Na pewno też szacunek wzbudza fakt, że Kravitz nie tylko wyprodukował swój najnowszy krążek, ale i zagrał na większości słyszanych na nim instrumentach.

Jeśli więc potrzebujecie zastrzyku pozytywnej energii, ale bez żadnych wielkich wyskoków i erupcji emocji, to przyjemnie stonowana “Raise Vibration” z pewnością umili wam zbliżające się jesienne wieczory.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (1)

154 odpowiedzi na “Lenny Kravitz ma dla was pozytywne wibracje. Raise Vibration – recenzja”

  1. Who Really Are The Monsters to zaskakująco świeża i ciekawie zaaranżowana mieszanka electro-funku oraz muzyki klubowej. Gdyby ktoś mi wcześniej pokazał ten utwór i nie powiedział, kto go napisał, w życiu bym nie podejrzewał, że coś takiego wyjdzie spod pióra właśnie Kravitza. Gdyby cała płyta taka była, to mielibyśmy do czynienia z albumem roku. Niestety nie jest.
    Najgorszy, syfiasty, przesterowany, okropny utwór bez charakteru, ginący w tłumie.
    Doskonale rozumiem większosc komentarzy pod artykułami recenzenta, wszystko trzeba traktować na odwrót, niż jest opisane.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisement

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...